• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Recenzja filmu "Fabelmanowie". Najlepszy Spielberg w XXI wieku

Tomasz Zacharczuk
31 grudnia 2022, godz. 13:00 
Opinie (20)

Na tle nieśmiertelnych filmowych szlagierów, których przecież Steven Spielberg ma na swoim koncie bez liku, jego najnowsze dzieło prezentuje się raczej niepozornie. Nie ma tu dramatyzmu rodem ze "Szczęk", epickiego rozmachu jak w "Szeregowcu Ryanie" czy spektakularnej akcji towarzyszącej wojażom Indiany Jonesa. Pod niedosłowną autobiografią reżysera kryje się jednak cudowna w swojej prostocie i szczerości opowieść o filmowej pasji oraz przejmująca, acz jednocześnie dość cierpka historia rodziny targanej różnymi życiowymi zawirowaniami. "Fabelmanowie" to kapitalny powrót do formy Spielberga, który pod adresem X Muzy napisał jeden z najpiękniejszych miłosnych listów na przestrzeni kilku dekad kina.



Zdumiewające w swoich konsekwencjach bywają nieraz zrządzenia losu. Jeszcze trzy lata temu Steven Spielberg intensywnie pracował nad wizją piątej części przygód Indiany Jonesa. Nadeszła jednak pandemia, która niespodziewanie przeorganizowała grafik słynnego reżysera. Wymuszona przerwa zawodowa i domowa izolacja sprawiły, że twórca "E.T." i "Parku Jurajskiego", jak zapewne wielu z nas, poddał się refleksjom na temat przemijalności i kruchości ludzkiego życia.

Repertuar kin w Trójmieście



Właśnie wtedy w głowie Spielberga zakiełkował pomysł na autobiografię mającą niejako domknąć jego filmowe dokonania. Być może był to ostatni moment, by podjąć artystyczne ryzyko i wysokobudżetowy projekt zastąpić kameralną i intymną opowieścią o miłości do kina. Lepszej decyzji jeden z największych wizjonerów dużego ekranu podjąć nie mógł. "Fabelmanowie" to dzieło na wskroś inne od tego, czym Spielberg zasłynął, lecz zarazem to poruszające na wielu płaszczyznach filmowe świadectwo jego dojrzałości i mądrości.

W "Fabelmanach" Steven Spielberg wraca wspomnieniami do początków fascynacji sztuką filmową. Widzimy, w jaki sposób u jednego z najwybitniejszych twórców kina narodziła się pasja do opowiadania historii na dużym ekranie. W "Fabelmanach" Steven Spielberg wraca wspomnieniami do początków fascynacji sztuką filmową. Widzimy, w jaki sposób u jednego z najwybitniejszych twórców kina narodziła się pasja do opowiadania historii na dużym ekranie.

Spielberg odmraża kinowe wspomnienia



Niebywałe, że twórca zarabiających setki milionów dolarów widowisk pierwszego kontaktu z kinem nie mógł zaliczyć do zbyt przyjemnych doświadczeń. "Fabelmanów" otwiera bowiem scena, w której przerażony kilkuletni Sammy (filmowe alter ego Spielberga) czeka z rodzicami na seans "Największego widowiska świata". Maluch boi się panującej wewnątrz sali ciemności i obawia się gigantycznych postaci na równie gigantycznym ekranie, przed którym zasiądzie przecież po raz pierwszy. Strach stopniowo jednak wypiera fascynacja ruchomymi obrazkami. Po pokazie Sammy'ego prześladuje w myślach scena katastrofy pociągu. Okazuje się, że kluczem do przepracowania traumy jest nagranie przez chłopca domową kamerą kraksy zabawkowego pociągu.

Terapeutyczną funkcję kina Spielberg akcentuje w "Fabelmanach" jeszcze kilkukrotnie. Nastoletni już Sammy (świetny młody Gabriel LaBelle) za pomocą amatorskich (aczkolwiek coraz bardziej zaawansowanych technicznie) nagrań odreagowuje napiętą sytuację w domu czy szkolne niepowodzenia. Z pomocą rówieśników najpierw kręci western, a potem wojenne widowisko (które kilkadziesiąt lat później u Spielberga przybiera już formę "Szeregowca Ryana") oraz film z wypadu na plażę swojej maturalnej klasy (tu z kolei widać zalążki "Szczęk"). Spielberg zresztą wiele razy mruga do nas z ekranu okiem, odsłania filmowe inspiracje, pokazuje sposób, w jaki narodził się szlifowany przez kolejne dekady reżyserski styl.

Z tej sentymentalnej, a jednocześnie pozbawionej nadmiernej nostalgii i ckliwości, podróży w głąb kina lat 50. i 60. przemawia czysta, niewinna i szczera fascynacja sztuką filmową i możliwościami, jakie oferuje praca z kamerą. W wystylizowanych na klimat ówczesnych realiów kadrach Janusza Kamińskiego Spielberg zamyka magię X Muzy. "Cinema Paradiso" Giuseppe Tornatore przenika się tutaj z "Pewnego razu... w Hollywood" Quentina Tarantino i "Licorice Pizza" Paula Thomasa Andersona. Wspominający swoje początki autor "Fabelmanów" mimowolnie sprawia, że sami jeszcze podczas seansu zaczynamy przed oczami wyświetlać migawki pierwszego obejrzanego przez nas w kinie filmu.

Sporo miejsca Spielberg poświęca też opowieści o rodzinie, którą targają różne zawirowania. Mnóstwo jest tutaj humoru, ale i także bolesnych oraz trudnych tematów związanych z dorastaniem, miłością i poświęceniem. Sporo miejsca Spielberg poświęca też opowieści o rodzinie, którą targają różne zawirowania. Mnóstwo jest tutaj humoru, ale i także bolesnych oraz trudnych tematów związanych z dorastaniem, miłością i poświęceniem.

W obiektywie przede wszystkim rodzina



Nazwanie najnowszego dzieła Spielberga filmem o kinie byłoby jednak sporym przekłamaniem, bo od początku do końca niezmiennie w centrum uwagi znajduje się tutaj rodzina. Nieprzypadkowo tytuł brzmi "Fabelmanowie", bo właśnie z bohaterem zbiorowym mamy w tym przypadku do czynienia. Fabularne, a przede wszystkim emocjonalne akcenty rozłożone są pomiędzy Sammy'ego, jego ojca (stonowany i skoncentrowany na swojej kreacji Paul Dano) i matkę (ekspresyjna, czasami aż za bardzo, Michelle Williams). On jest inżynierem-geniuszem budującym komputery, ona niespełnioną pianistką, która karierę świadomie poświęciła w imię rodzinnych obowiązków. Umysł ścisły kontra artystyczna dusza. A pośrodku rozdarty pomiędzy ojcowskim pragmatyzmem a matczyną fantazją chłopak.

Właśnie z tej perspektywy Spielberg uświadamia widzowi, jak wiele poświęceń i trudnych decyzji wymaga tworzenie kina. Świetnie zresztą ilustruje to scena, w której wujek Boris (Judd Hirsch), poskramiacz cyrkowych lwów, tłumaczy Sammy'emu ogrom cierpienia i skalę samotności, jakie towarzyszą artyście. Nastolatek przekona się o tym na własnej skórze, gdy podczas montowania rodzinnego filmu odkryje sekret, który zaburzy funkcjonowanie na pozór szczęśliwej i zgranej familii. Spielberg bowiem bez wybielania i upiększania rzeczywistości portretuje własną rodzinę. Czy rozlicza się w ten sposób z przeszłością? Chyba niekoniecznie. Wszak mówimy o 76-latku, który bolesne wspomnienia zapewne już dawno ukoił i zrozumiał ich znaczenie. W "Fabelmanach" najbardziej obiektywnie, jak to możliwe, stara się widzowi poddać pod ocenę model funkcjonowania rodziny, w której - tak jak w filmie - fikcja czasami mocno zamazuje prawdę.

"Fabelmanowie" to bez wątpienia najlepszy film Spielberga w XXI wieku i jedno z jego największych reżyserskich osiągnięć. "Fabelmanowie" to bez wątpienia najlepszy film Spielberga w XXI wieku i jedno z jego największych reżyserskich osiągnięć.

Spielberg spełniony



Tak prawdziwy, bezpośredni i szczery Spielberg nie był chyba nigdy. Osobiste zaangażowanie reżysera w swój najbardziej intymny projekt zaowocowało nadzwyczajnym filmowym przeżyciem, lecz do pełnego chłonięcia tych zarówno zabawnych, jak i wzruszających momentów niezbędne są jednak odpowiednia wrażliwość, pasja do kina i słabość do filmowych sentymentów. W przeciwnym razie towarzystwo "Fabelmanów" wyda nam się nużące i bezcelowe. Nie znajdziemy w tej opowieści efekciarskiego Spielberga. Przemawia do nas doświadczony nestor współczesnego kina, który ma jeszcze sporo ciekawego, ważnego i mądrego do powiedzenia.

Film wieńczy absolutnie genialna scena, w której pewien legendarny reżyser (grany zresztą przez równie wybitnego kolegę po fachu) wykłada młodemu Sammy'emu istotę kręcenia filmów. Nie chcę zdradzać szczegółów. Warto jednak zwrócić uwagę na to, co następuje potem. Szczególnie na ruch kamerą podczas finałowego kadru. To esencja spielbergowskiej wizji kina, dzięki której autor "Listy Schindlera" zapracował na swój status we współczesnej kinematografii. Nie mam wątpliwości, że Steven Spielberg jeszcze chwyci za kamerę. Wydaje się, że dopiero teraz jednak może poczuć się spełnionym filmowcem. Do swojego przebogatego portfolio dodał brakującą pozycję. Dla nas, kochających kino, pozycję obowiązkową do obejrzenia.

OCENA: 9/10

Film

8.1
59 ocen

Fabelmanowie

dramat

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (20)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

BTS: Yet to Come in Cinemas

spektakl muzyczny, projekcje filmowe

BTS: Yet To Come in Cinemas

projekcje filmowe

IO + Na los szczęścia, Baltazarze

projekcje filmowe, przegląd, wykład / prezentacja