Nasze recenzje

stat

Scorsese na misji. Recenzja "Milczenia"


Blichtr, rozpustę i degrengoladę Wall Street Martin Scorsese oddziela grubą kreską. "Milczenie" jest poniekąd pokutą, jaką reżyser wymierza sobie za grzechy ekranowego Jordana Belforta. Opowieść o pogromie chrześcijańskich misjonarzy w XVII-wiecznej Japonii to nad wyraz sugestywny w przekazie i ascetyczny w formie traktat o istocie wiary i granicach ludzkiego cierpienia.



Ekranizacja powieści Shusaku Endo była brakującym klejnotem w reżyserskiej koronie Martina Scorsese. Na nic dziesiątki nakręconych filmów, setki nagród, miliardy zarobionych dolarów. Mistrzowi kina przez niemal trzydzieści lat doskwierało nieznośne uczucie niespełnienia, a wszystko z powodu obsesyjnej wręcz chęci przeniesienia na wielki ekran historii jezuickich misjonarzy kroczących z podniesionym krzyżem przez malownicze plenery Japonii. Już w latach 80. bowiem Scorsese robił pierwsze przymiarki do "Milczenia". Projekt sukcesywnie odkładano - a to przez brak funduszy, a to napięty grafik, a to w końcu przez powiększające się luki w obsadzie. Po komercyjnym sukcesie "Wilka z Wall Street" wszystkie brakujące elementy nareszcie współgrały, spełniając wielkie marzenie równie wielkiego reżysera.

Rok 1640. Dwójka jezuickich księży z Portugalii, Sebastiao Rodrigues (Andrew Garfield) i Francisco Garupe (Adam Driver) otrzymuje zgodę przełożonych na poszukiwania zaginionego w Japonii ojca Ferreiry (Liam Neeson). Młodzi duchowni ambicjonalnie podchodzą do powierzonego im zadania. Wszak zaginiony był ich mentorem i przewodnikiem po zakamarkach chrześcijańskiej wiary. Dodatkowym bodźcem do podjęcia misji ratunkowej stają się pogłoski o porzuceniu religii przez Ferreirę i przejściu na buddyzm. Chcąc zadać kłam gorszącym plotkom Rodrigues i Garupe decydują się wkroczyć na niebezpieczny grunt, jakim w XVII wieku dla chrześcijan była Japonia, która w tym kontekście bardziej przypominała Rzym pod władzą Nerona, gdzie wyznawcy Chrystusa poddawani byli okrutnym torturom i prześladowaniom. Świadomi zagrożeń, ale jednocześnie ufający w boską opatrzność księża im bardziej przenikają w głąb złowrogiego kraju, tym mocniej ich niezmącona wiara drży w posadach. Wkrótce zaczynają wątpić, czy ludzkie cierpienie jest adekwatną ceną za wyznawane poglądy.

"Milczenie" to opowieść o dwójce jezuitów, którzy na niebezpiecznym gruncie XVII-wiecznej Japonii wyruszają na poszukiwania swojego mentora. Po drodze zostaną wystawieni na ciężką próbę wiary i będą musieli zdecydować, na ile zaufanie do Boga jest w stanie przezwyciężyć piętrzące się wątpliwości.
"Milczenie" to opowieść o dwójce jezuitów, którzy na niebezpiecznym gruncie XVII-wiecznej Japonii wyruszają na poszukiwania swojego mentora. Po drodze zostaną wystawieni na ciężką próbę wiary i będą musieli zdecydować, na ile zaufanie do Boga jest w stanie przezwyciężyć piętrzące się wątpliwości. mat. prasowe/ Gutek Film
Podobnych powątpiewań w "Milczeniu" można odnaleźć znacznie więcej. Scorsese, choć w bezceremonialny sposób kreśli apoteozę bohaterstwa chrześcijańskich misjonarzy i ich męczeństwa, nie omieszka przy okazji pytać o granice ludzkiej godności i cierpienia w imię obrony wiary. Otwarcie zastanawia się nad strukturą relacji człowiek - Bóg. Rozkłada na czynniki pierwsze istotę apostazji, której nawet nadaje dodatkowego sensu. Szuka balansu pomiędzy ziemską agonią w torturach a obiecanym życiem wiecznym w niebie. W końcu też pyta o tytułowe milczenie - dlaczego Bóg nie potrafi przemówić, gdy japońscy katolicy płoną na stosie lub wykrwawiają się w wykopanej w ziemi dziurze zwisając głową w dół. "Milczenie" obrazuje także proces osłabiania ludzkiej woli. Bohaterowie mają przecież (w perspektywie bolesnej katorgi) dość "komfortową" alternatywę - wystarczy, że postawią stopę na świętym obrazie (fumi-e), skazując duszę na potępienie, ale ratując cielesną formę. Paradoksalnie to wcale nie fizyczne, a psychiczne tortury okazują się być najbardziej dokuczliwe.

Nie brakuje również w "Milczeniu" rozważań nad samym sensem chrześcijańskiej ekspansji i kosztem, jaki ta za sobą niesie. Znakomicie ilustruje to scena dialogu pomiędzy ojcem Sebastiao a inkwizytorem Inoue, który opowiada młodemu jezuicie o japońskim władcy, który mając dość niekończących się kłótni czterech kochanek odprawia je z dworu. Kochankami w tym kontekście są Holandia, Hiszpania, Portugalia i Anglia panoszące się po japońskim cesarstwie i wyrywające z zazdrości każdy skrawek państwa, które przecież do nich nie należy. Misyjne chrześcijaństwo postrzegane jest jako próba ingerowania w wewnętrzną, integralną kulturę i tradycję Japonii, w której nie ma miejsca na symbol krzyża. Pod tym względem Kraj Kwitnącej Wiśni jest bagnem, na którym katolicyzm nie jest w stanie zapuścić korzeni.

Scorsese "Milczeniem" odcina się od ludycznej, teledyskowej i lekkostrawnej konwencji znanej choćby z "Wilka z Wall Street". Zaskakujące, że nawet pomimo 74 lat reżyser wciąż otwiera się na nowe filmowe horyzonty i odważnie przeinacza swój dotychczasowy warsztat. Jego najnowsze dzieło to bodaj najbardziej intymne, stonowane i intelektualne kino spod ręki mistrza, przypominające momentami osobisty dialog reżysera z Bogiem. Eksperymenty mają jednak to do siebie, że mimowolnie z upływem czasu objawiają się efekty uboczne i tak niestety jest również w przypadku "Milczenia". Choć zdjęcia autorstwa Rodrigo Prieto zachwycają swoją plastycznością i dopasowaniem do fabularnego porządku (zasłużona nominacja do Oscara), to seans dłuży się w nieskończoność. Mozolnie artykułowane dialogi są niestety powtarzalne, schematyczne i na ogół jałowe. Poszczególne kadry są przeciągnięte, brakuje dynamiki, większość scen jest jakby zawieszona w gęstej mgle. Wszystko to powoduje, że "Milczenie" ma zadatki na artystyczną ciekawostkę dla zaprawionego kinomana, bo przeciętny widz niemiłosiernie na seansie się wynudzi.

Martin Scorsese, który w swojej dotychczasowej karierze reżyserskiej otwarcie nie krył swoich katolickich przekonań, w "Milczeniu" do kwestii wiary podchodzi w różnoraki sposób. Niestety nie potrafi ubrać tego w zgrabną i przystępną opowieść, która finalnie gubi tempo, choć za sprawą postaci ojca Rodriguesa i jego indywidualnych wyborów trzyma w napięciu.
Martin Scorsese, który w swojej dotychczasowej karierze reżyserskiej otwarcie nie krył swoich katolickich przekonań, w "Milczeniu" do kwestii wiary podchodzi w różnoraki sposób. Niestety nie potrafi ubrać tego w zgrabną i przystępną opowieść, która finalnie gubi tempo, choć za sprawą postaci ojca Rodriguesa i jego indywidualnych wyborów trzyma w napięciu. mat. prasowe/ Gutek Film
Odpowiedniej jakości nie dodali też niestety sami aktorzy. Andrew Garfield jako targany wątpliwościami męczennik w pewnym momencie zostaje rozbrojony z filmowej amunicji. Gwiazdor "Przełęczy ocalonych" oszczędność środków nadrabia irytującą nadekspresją, która finalnie zupełnie już nas zobojętnia na jego losy. Adam Driver snuje się po filmowym planie i właściwie na tym jego rola się kończy, staje się niewidzialny. Liam Neeson, nawet mimo arcyciekawej postaci z ogromnym potencjałem (skojarzenia z postacią pułkownika Kurtza z "Czasu Apokalipsy" jak najbardziej na miejscu), nie daje z siebie nawet połowy możliwości. Braki nadrabiają za to japońscy aktorzy. Shinya Tsukamoto (Mokichi) i Yoshi Oida (Ichizo) intrygują od momentu, gdy pojawiają się na ekranie. Issei Ogata jako inkwizytor Inoue wręcz hipnotyzuje, a i Yosuke Kubozuka wnosi sporo wartości dodanej jako notoryczny grzesznik i uosobienie Judasza.

Monumentalnym dziełem Martin Scorsese spełnił swoje reżyserskie marzenie. Nie poniósł porażki, ale chwały też "Milczeniem" sobie nie dodał. Nie sprowokował również kontrowersji, choćby tych towarzyszących "Ostatniemu kuszeniu Chrystusa". "Milczenie" zostało... przemilczane. Przynajmniej przez Amerykańską Akademię Filmową, która przy nominacjach do Oscarów doszukała się tylko wyróżnienia za zdjęcia. Misja Scorsese najdobitniej trafi zapewne do wierzących, którzy przekonają się, że wątpienie też wpisane jest w ideę chrześcijaństwa. Oponentów z kolei zapewne umocni w ich przekonaniach. "Milczenie" daje solidne podstawy do szerszego dyskursu na temat wiary, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że w głuchej ciszy zabrakło bardziej wybrzmiewających dźwięków.

OCENA: 6,5/10

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 58)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

24.03.2017 r.

17.03.2017 r.

Zapowiedzi