Nasze recenzje

stat

Filmowa demolka. Recenzja filmu "Kong. Wyspa Czaszki"


Gigantyczna małpa zapisała na swoim koncie niejedną ekranową demolkę, jednak w tak imponującej formie fizycznej jeszcze nie była. Wizyta na Wyspie Czaszki zapewnia spektakularną kanonadę wizualnych fajerwerków, a wgnieceni w kinowy fotel zdołamy jedynie bić pokłony przed wszechwładnym Kongiem, który olbrzymią łapą zagarnia dla siebie to, co królewskie.



Twórcy najnowszego obrazu poświęconego małpiemu olbrzymowi podeszli do postawionego im wyzwania dość ostrożnie. Taka postawa dziwić jednak nie powinna, bo historię Konga zna niemal każdy i jakakolwiek próba jej naginania czy wręcz zrewolucjonizowania mogłaby się już nieopatrznie ocierać o pastisz. Bezpiecznym rozwiązaniem okazała się być więc wierność oryginałowi, w której gigantyczna małpa hasa po egzotycznej wyspie i tłucze niemiłosiernie prehistoryczne stwory. Dzikie batalie rozgrywają się na oczach zszokowanych ludzi, którzy, jak to mają w zwyczaju, z nabitą bronią pchają się tam, gdzie są najbardziej zbędni.

Tym razem grupa nieświadomych zagrożenia śmiałków odwiedza małpiego króla na początku lat 70. Amerykanie pakują właśnie manatki przed opuszczeniem Wietnamu, a w obliczu wojennej klęski głód sukcesu doskwiera bardziej niż kiedykolwiek. Okazję do rehabilitacji na międzynarodowej arenie otwiera nieco szalona wizja naukowca, Billa Randy'ego (John Goodman). Udaje mu się zorganizować wyprawę na jedną z pacyficznych wysp, która jakimś cudem nie została jeszcze skolonizowana przez człowieka. Co więcej, nieodkryty ląd ma w sobie kryć tajemnice, które warto odkryć przed Rosjanami. Amerykańscy decydenci, obsesyjnie rywalizujący z Sowietami, łapią przynętę, wędka idzie w górę i cała eskapada zyskuje finansowe i militarne wsparcie.

Kong wywiązuje się ze swojej roli pierwszorzędnie. Niszczy, zgniata, rozrywa, miażdży. Krótko mówiąc: sieje oczekiwaną przez widza demolkę, która na dodatek dzięki komputerowym efektom na najwyższym poziomie wygląda imponująco.
Kong wywiązuje się ze swojej roli pierwszorzędnie. Niszczy, zgniata, rozrywa, miażdży. Krótko mówiąc: sieje oczekiwaną przez widza demolkę, która na dodatek dzięki komputerowym efektom na najwyższym poziomie wygląda imponująco. mat. prasowe/ Warner Bros
Na czele barwnego korowodu staje podpułkownik Preston Packard (Samuel L. Jackson) - zadeklarowany patriota, żołnierz z krwi i kości, dla którego koniec misji w Wietnamie oznacza nie tylko personalną, ale i zawodową porażkę. Wyprawa na tajemniczą wyspę staje się okazją do przedłużenia umiłowanej wojennej tułaczki. Bilety na egzotyczne wakacje dostają również niepokorny tropiciel i najemnik, James Conrad (Tom Hiddleston) oraz zadziorna pani fotograf, Mason Weaver (Brie Larson). Kompanię uzupełniają wierni żołnierze Packarda: latynoski twardziel, czarnoskóry wesołek, zobojętniały na wszystko wyjadacz, wątły żółtodziób i tęskniący za rodziną domator. Ot, dla każdego coś miłego.

Ekspozycja bohaterów przebiega błyskawicznie. Nie ma czasu na zbędne wtrącenia, rozwijanie postaci i wątki poboczne. Po kilku minutach wiemy, kto jest kim i kto pierwszy powędruje do małpiego menu na przystawkę. Gdy już reżyser wszystkich zapakuje na statek, a następnie do śmigłowców, pora poznać gwiazdę wieczoru. A pierwsze spotkanie z Kongiem - trzeba przyznać - wypada imponująco. Gigantyczny małpiszon, jak to ma w zwyczaju, nie jest zbyt gościnny i z nadlatującymi maszynami zaczyna pogrywać w ping-ponga. Obserwując pojedynek można nawet zapomnieć o coraz bardziej opadającej szczęce. Cała sekwencja "powitalna" na wyspie dosłownie wgniata w fotel i jednoznacznie zapowiada, że pora szykować się na wizualną ucztę, której przedsmak robi ogromny apetyt na więcej.

Ekipa badawcza złożona z naukowców, żołnierzy, najemnika i pani fotograf stanowi dość bogaty przekrój społeczny. Niestety w ślad za mnogością postaci nie podąża ich ekranowa jakość. Ich działania często są nielogiczne, reakcje przerysowane, a dialogi monotonne i przewidywalne.
Ekipa badawcza złożona z naukowców, żołnierzy, najemnika i pani fotograf stanowi dość bogaty przekrój społeczny. Niestety w ślad za mnogością postaci nie podąża ich ekranowa jakość. Ich działania często są nielogiczne, reakcje przerysowane, a dialogi monotonne i przewidywalne. mat. prasowe/ Warner Bros
Oburzony nieproszonymi gośćmi Kong to jedynie "skromny" przedstawiciel komitetu powitalnego. Gdy zdziesiątkowanej ekipie uda się względnie bezpiecznie osiąść na lądzie, w kolejce do wymiany "uprzejmości" czekają jeszcze monstrualne pająki, przerośnięte bawoły, drapieżne ptaki oraz wyjątkowo paskudne i szpetne podziemne jaszczury. Każdy kolejny kadr odsłania przeraźliwe tajemnice wyspy, na której człowiek przypomina bezbronną mrówkę.

W prehistorycznym zwierzyńcu niespodziewanie to Kong okazuje się być całkiem fajnym gościem. Dogląda swojego "gospodarstwa", pomoże rannym sąsiadom, spuści manto awanturującym się gadom, które terroryzują całą wyspę. Po kilku minutach zaczynamy nawet rozumieć jego początkowy wybuch agresji. Wszak nie lubimy, gdy intruz panoszy się w naszym domu. Człowiek, mniej lub bardziej kulturalnie, wskaże takowemu drzwi. Konga kultury nikt przecież nie nauczył, więc ten stosuje dość radykalne środki - zamiast nieproszonym gościom pokazać drzwi, rozgniata ich zanim ci pomyślą o chwyceniu za klamkę.

Wędrówka wraz z bohaterami filmu po niebezpiecznej wyspie dostarcza niesamowitych wrażeń wizualnych. Piękna, acz jednocześnie brutalna natura niemal nas osacza, wprawia w zachwyt, by po chwili wywołać przeszywający dreszcz grozy. Imponująco malownicze są niektóre kadry, wśród których można wyłapać takie perełki, jak choćby scena, w której gigantyczna małpa przysłania zachodzące słońce. Magia technologii CGI pozwala twórcom "Konga" na pokazanie nawet najbardziej fantazyjnych pojedynków. Filmowe stwory na przemian fascynują, zaskakują i przerażają. Błyskawicznie jesteśmy w stanie poczuć beznadziejność sytuacji, w jakiej znaleźli się członkowie ekipy badawczej, których scenarzyści za pomocą wymyślnych drapieżników nie oszczędzają. "Wyspa Czaszki" to kino stricte przygodowe, jednak z dużą domieszką sensacji i elementów makabrycznego horroru, które łagodzą komediowe wtrącenia.

Pod tym względem pierwsze skrzypce gra znakomity John C. Reilly, wcielający się w postać amerykańskiego pilota, który w latach 40. rozbił się na wyspie i przez blisko 30 lat musiał sobie radzić w spartańskich warunkach. Komediowy aktor posiada ten niezwykły dar, że wystarczy szybki rzut oka na jego facjatę, by już po chwili pojawił się na naszych ustach uśmiech. Reilly dodatkowo rozpieszcza nas kąśliwymi komentarzami i zabawnymi docinkami, które skutecznie łagodzą bijący z ekranu patos.

Niestety to właściwie jedyny ludzki bohater, z którym warto spędzić blisko dwie godziny na egzotycznej wyspie. Tom Hiddleston w roli najemnika wypada bardzo słabo. Nie jest bezbarwny. Jest wręcz przezroczysty. Nie posiada żadnych argumentów, by przekonać nas do siebie. Świetny aktor, znany szerokiej publiczności choćby z roli Lokiego w marvelowskich produkcjach, zwyczajnie jednak nie ma czym grać. Scenarzyści zafundowali mu banalne pół-zdania, które Hiddleston recytuje niczym cyborg z nieskrywanym na dodatek zażenowaniem. Brie Larson wielce daleko choćby do Jessiki Lange, natomiast Samuel L. Jackson udowadnia, że role-perełki jak ta w "Nienawistnej ósemce" będą mu się trafiać coraz rzadziej.

Największym atutem filmu, oprócz tytułowego bohatera, jest żwawe tempo akcji, niesamowita dynamika scen, piękna sceneria i spektakularny finał.
Największym atutem filmu, oprócz tytułowego bohatera, jest żwawe tempo akcji, niesamowita dynamika scen, piękna sceneria i spektakularny finał. mat. prasowe/ Warner Bros
Nawet jednak gdyby aktorską obsadę naszpikować Nicholsonem, Pacino czy Streep, to i tak wszystkie nasze oczy będą zwrócone na bijącego się w piersi małpiego giganta. Oczekujemy potężnego, wojowniczego i brutalnego Konga i takiego na szczęście dostajemy. Tytułowy bohater wygląda imponująco, majestatycznie i przerażająco. Naprzemiennie budzi nasz strach, podziw i sympatię. W finałowej potyczce niemal chce się wyskoczyć z fotela, by pomóc przerośniętej małpie w potyczce z odwiecznym rywalem, z którym ma zresztą sporo rachunków do wyrównania. Kong nie tylko z dumą i olbrzymim poświęceniem broni swojej wyspy, ale ratuje również cały film. Bezapelacyjnie jest postacią numer jeden, a ze swych obowiązków ekranowych wywiązuje się pierwszorzędnie.

"Kong. Wyspa Czaszki" to stuprocentowe kino rozrywkowe, które fanom widowiskowych produkcji zapewni wszystko, czego tylko zapragną. Twórcom udało się zachować dynamiczne tempo opowieści, nie ma tu bowiem czasu na nudę czy zbędny przestój. Akcja trzyma w napięciu do spektakularnego finału, który godzien jest tego miana. Jeżeli jesteśmy w stanie przymknąć oko na piętrzące się nielogiczności, scenariuszowe dyrdymały, bzdurne dialogi (rzadko tylko okraszone godnym uznania humorem) i prostotę opowieści, to zabawa w berka z Kongiem będzie przednia i dostarczy niemałej frajdy.

OCENA: 7/10

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 43)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

26.05.2017 r.

19.05.2017 r.

Zapowiedzi