Nasze recenzje

stat

Zmierzch jakości. Recenzja filmu "Batman v Superman. Świt sprawiedliwości"



DC Comics podejmuje rękawicę rzuconą przez Marvela i wyciąga do kinowej batalii najcięższe działa w osobie Batmana i Supermana. Na naszych oczach rodzi się kolejna komiksowa saga na wielkim ekranie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że "Świt sprawiedliwości" to tylko złe miłego początki.



Zack Snyder doskonale wie, jak zareklamować na ekranie komiksową fikcję i przekonać do niej nawet tych, którzy na co dzień lubują się w bardziej opasłych dziełach światowej literatury. W "300" zaskoczył niebywałą dynamiką opowieści udekorowanej wyszukanymi formami wizualnymi. Reżyserski kunszt i cenną umiejętność wyczucia klimatu udowodnił w "Strażnikach". W końcu skusił się na ekranizację ikony amerykańskiej popkultury i po latach kinowej nieobecności wskrzesił "Człowieka ze stali", czyli Supermana. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia. Jeden kultowy superbohater to mało. Ba, nawet dwóch pozostawia jeszcze niedosyt. Prawdziwym wyzwaniem jest dopiero konfrontacja obu, wydawałoby się krystalicznie dobrych i nieskazitelnych, herosów. Konfrontacja, która w tym przypadku niebezpiecznie ociera się momentami o kompromitację.

Wiele jest w tym winy samego reżysera, choć materiał, na którym pracował stwarzał okazję do wszechstronnej interpretacji. Snyder wzgardził jednak niebywałym potencjałem Nietoperza z Gotham i Syna Kryptonu. Mimo że dość niemrawo i jakby od niechcenia nakreślał mozolny portret psychologiczny swoich bohaterów, to ostatecznie wszelkie próby zabawy wizerunkiem herosów porzucił na rzecz ogłuszającej i oślepiającej jatki z bałaganiarskim nadmiarem efektów, denerwującymi spowolnieniami kamery i trudnym do zaakceptowania zakończeniem.

Żal jest tym większy, że w pierwszej części filmu Snyder zrywa nieco ze sztampową ekspozycją Batmana i Supermana. Pierwszy w osobie Bena Afflecka to styrany stylem życia i wycieńczony mentalnie obrońca Gotham, który w pogoni za zbrodnią sam często chwyta za nieetyczne i pół-zbrodnicze metody. Takiego rozdzielonego na pół Batmana widz jeszcze nie widział. Supermana z kolei Snyder kreuje na bóstwo - miłosierne, ale i nieobliczalne, którego heroiczne akty prowadzą jednak do indywidualnych dramatów przypadkowych ludzi. W efekcie mocarz z czerwoną peleryną staje się niejako renegatem, społecznym wyrzutkiem, żeby nie powiedzieć niechcianym kosmicznym imigrantem, którego działania już nie imponują ludzkości.

Wszelki czar i eksperymentalne podejście do dwójki superbohaterów pryskają w momencie, gdy twórcy filmu skupiają się na tytułowej konfrontacji. Gwałtownie urywa się fabularna logika, a zupełnie kontrastowy w stosunku do marvelowskich widowisk mroczny klimat rozjaśnia lawina dublujących się eksplozji. Zaczyna się rewia efekciarskich dyrdymałów, beznadziejnie spisanych dialogów i mnożących się kretynizmów. Geneza konfliktu Batmana i Supermana razi sztucznością, sprawia wrażenie wymuszonej konfrontacji. Tak naprawdę nie do końca wiadomo, o co chodzi samym bohaterom. Szczują się wzajemnie z zazdrości, ze strachu, a może z nudów i potrzeby męskiej rywalizacji? Do końca chyba nikt tego nie wie i to boli mocniej od ciosów, jakie sobie wzajemnie wymierzają.

A przecież wystarczyłby przebłysk logicznego myślenia, chwila zastanowienia jednej z postaci. Może gdyby obaj bohaterowie po godzinach pracy nad ratowaniem ludzkości wybraliby się na męskie piwo i zwyczajnie wylali z siebie gorzkie żale, wszystko rozeszłoby się po kościach i przekonaliby się, jak zidiociały jest ich pseudokonflikt. Zamiast tego, Batman i Superman są niestety kreowani na naiwnych, otępiałych osiłków, którymi manipuluje zniewieściały złoczyńca o charyzmie łyżki do zupy.

Złoczyńca, czyli Lex Luthor, a właściwie karykatura tej postaci w wykonaniu Jessego Eisenberga, który stworzył prawdopodobnie jeden z najgorszych, najbardziej niedorzecznych, przerysowanych i irytujących czarnych charakterów w kinie ostatnich lat. To postać, która nie wzbudza ani grozy, ani niepewności, ani nawet śmiechu. Jedyne, co wywołuje, to ciągła irytacja granicząca wręcz z błagalnym wołaniem o zabranie go z ekranu. Dobrego aktorstwa jest tu zresztą jak na lekarstwo. Przebłyski niezłej formy ma Ben Affleck, który jednak lepiej wypada w roli Bruce'a Wayne'a niż pod maską Batmana, który w jego wydaniu jest, delikatnie mówiąc, niezgrabny. Henry Cavill to jedynie posąg przestawiany przez scenarzystów z miejsca na miejsce. Amy Adams jako Lois Lane wypada nawet solidnie, gdyby nie usilne wrażenie, że scenarzyści zrobili z niej niejako czwartego superbohatera, o czym przekonać się możemy szczególnie podczas finałowej sceny walki. Czwartego, bo trzecim jest niezła Gal Gadot jako Wonder Woman. Koniec końców grać tu jednak w pełni tego słowa znaczeniu potrafi jedynie stary wyjadacz, czyli Jeremy Irons jako Alfred. Klasa sama w sobie.

Zmasakrowaną przez twórców fabułę można było jeszcze jakoś załatać warstwą wizualną. Ta jednak jest dość nierówna. Przez większą część filmu na dynamiczne sekwencje nie ma co kręcić nosem, można nawet przyklasnąć. Jednak to, co wykiełkowało w głowie Zacka Snydera podczas finałowej walki mogłoby zszokować nawet wybitnego mistrza ekranowych eksplozji, jakim jest twórca "Transformers", Michael Bay. Na ten przesłodzony deser twórcy "Batman vs Superman" serwują tak intensywną mieszankę laserowych wystrzałów i pirotechnicznych pokazów, że potężną dawką światła z ekranu można byłoby kogoś oślepić. Generalnie, jest tyle fajerwerków, że ostatecznie... nic nie widać.

Jeśli jednak ktoś nad ład fabularny przedkłada widowiskowość, marnymi dialogami i logiką nie zaprząta sobie głowy, a uwielbienia dla Batmana i Supermana nie kryje, ten z pewnością salę kinową odwiedzi. Co więcej, wyjdzie z niej wniebowzięty i nastawiony na kontynuację serii "League of Justice", której to film Snydera jest prologiem. Choć naprawdę szkoda mrocznego i pozbawionego zawadiackiego marveloskiego luzu klimatu, znakomitej ścieżki dźwiękowej Hansa ZimmeraJunkie XL, a przede wszystkim samych superbohaterów, którzy po prostu nie zasługują na takie poniżające traktowanie. "Świt sprawiedliwości" stał się zmierzchem dobrego smaku.

OCENA: 4/10

Film

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (7 opinii)

5.9
produkcja
USA
gatunek
Science Fiction, Akcja
premiera
1 kwietnia 2016
czas trwania
2 godz. 31 min.

Opinie (19) 2 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

14.06.2019 r.

07.06.2019 r.

Zapowiedzi