Nasze recenzje

stat

Udane zamknięcie trylogii. Recenzja filmu "Wojna o planetę małp"


Decydujące (przynajmniej na razie) starcie inteligentnych małp ze zdziesiątkowanymi morderczym wirusem ludźmi tylko fragmentami przypomina podkręcone efektami rozrywkowe widowisko. Zwieńczenie małpiej trylogii najsilniej bowiem przemawia wówczas, gdy twórcy filmu wykorzystują konwencję postapokaliptycznego dramatu, w którym przeszyta bólem twarz zwierzęcia ma większą siłę rażenia od człowieka z karabinem.



Mija 15 lat od małpiej rewolty, w wyniku której rasa zmutowanych zwierząt przejęła kontrolę nad własnym losem i wypowiedziała ludziom otwarty konflikt. Upływający czas dobitnie zaznaczył swoją obecność w każdym z walczących obozów. Podporządkowane Ceasarowi (Andy Serkis) małpy toczą niemal partyzancki żywot, ukrywając się w lasach i broniąc kurczącego się stada przed armią uzbrojonych ludzi. Tych gotowych podjąć walkę ze zwierzętami wciąż ubywa. Zabójczy wirus skutecznie przetrzebił ludzkie szeregi, zaś nowa odmiana choroby dziesiątkom ocalałych zgotowała los gorszy niż nawet najboleśniejsza śmierć.

Po krwawej eskalacji konfliktu, której mogliśmy przypatrywać się w "Ewolucji planety małp", stłamszone zwierzęta wyraźnie wycofują się z dalszej walki. Pod dowództwem Ceasara próbują odnaleźć nową przestrzeń do spokojnego życia, z dala od bliskiego sąsiedztwa z ludźmi. Pacyfistycznym planom skutecznie jednak przeciwstawia się obłąkany żądzą zemsty Pułkownik (Woody Harrelson). Dysponujący militarnym zapleczem szaleniec nie spocznie, póki ostatnia inteligentna małpa nie podzieli losu milionów ludzkich ofiar. Brutalny atak na zwierzęcy bastion spowoduje, że udręczony przeszłością Ceasar wędrówkę do "ziemi obiecanej" zamieni na prywatną wendetę.

Dowodzący małpami Ceasar pragnie odnaleźć bezpieczne schronienie dla swoich poddanych. Brutalny atak wojsk Pułkownika sprawia jednak, że porzuca pacyfistyczne zamiary i rusza w pościg za ludźmi, chcąc wziąć rewanż za osobiste krzywdy.
Dowodzący małpami Ceasar pragnie odnaleźć bezpieczne schronienie dla swoich poddanych. Brutalny atak wojsk Pułkownika sprawia jednak, że porzuca pacyfistyczne zamiary i rusza w pościg za ludźmi, chcąc wziąć rewanż za osobiste krzywdy. mat. prasowe/ Imperial-Cinepix
Zemsta zresztą i nieposkromione pragnienie przetrwania warunkują w głównej mierze poczynania głównych bohaterów. Mimo to, "Wojna o planetę małp" daleka jest od blockbusterowego widowiska nastawionego na krwawą jatkę z serią batalistycznych kadrów. Paradoskalnie, tytułową wojnę w ścisłym tego słowa znaczeniu widać jedynie w sekwencji otwierającej film i w końcowych jego fragmentach. Właściwie dopiero wtedy fantazja speców od efektów specjalnych wydostaje się spod reżyserskiej dyscypliny. Tej ciężko odmówić Mattowi Reevesowi, który niezwykle starannie i w skrupulatnie przemyślany sposób waży każdy komputerowy trik, dzięki czemu efektowność nie ma nic wspólnego z efekciarstwem.

Dzieło wieńczące małpią trylogię tworzy pasjonujący gatunkowy kolaż. Podszyte wojenną stylizacją kino przygodowe przenika się naprzemiennie z psychologicznym dramatem, a wszystko przyprawione jest surowym, podbitym zimowymi panoramami, postapokaliptycznym klimatem, doskonale wyczuwalnym na każdym kroku Ceasara i jego świty. Reeves znakomicie potrafi pogodzić żwawe tempo akcji z melancholijnymi kadrami, w których bohaterowie przystają nawet na dłuższą chwilę i zwyczajnie milczą. W tych z pozoru tylko głuchych kadrach zapisany jest niemy emocjonalny krzyk poszczególnych postaci.

Fakt, że potrafimy go usłyszeć i autentycznie przeżyć wyrażane na ekranie uczucia, jest zasługą znakomitych aktorów, skrzętnie schowanych za komputerową maską. Oczywiście bez technologii CGI "Wojna o planetę małp" praktycznie nie miałaby racji bytu, ale w równie dużym stopniu należy docenić starania odtwórców nie najłatwiejszych przecież ról. Ukryty pod postacią Ceasara Andy Serkis potwierdza, że jest absolutnym geniuszem motion capture. Specjalizujący się w odgrywaniu komputerowo wygenerowanych bohaterów aktor wykonał tytaniczną pracę, dzięki której małpia twarz, paradoksalnie, jest tą najbardziej ludzką w całym filmie.

Konflikt pomiędzy ludźmi a małpami wkracza w finałową fazę, w której nie ma już praktycznie szans na kompromis. Iluzoryczną nadzieją na międzygatunkowe pojednanie staje się Nova - zarażona małpim wirusem dziewczynka, która jako jedyna potrafi zachować balans pomiędzy dwoma spornymi racjami.
Konflikt pomiędzy ludźmi a małpami wkracza w finałową fazę, w której nie ma już praktycznie szans na kompromis. Iluzoryczną nadzieją na międzygatunkowe pojednanie staje się Nova - zarażona małpim wirusem dziewczynka, która jako jedyna potrafi zachować balans pomiędzy dwoma spornymi racjami. mat. prasowe/ Imperial-Cinepix
Przede wszystkim dlatego, iż ludziom w obrazie Matta Reevesa ciężko kibicować, a o wzbudzaniu jakiejkolwiek sympatii wręcz nie ma mowy. Horda żołnierzy pod dowództwem Pułkownika w swoim postępowaniu kieruje się zwierzęcymi właśnie instynktami - brutalną wolą przetrwania i dominacją nad słabszym gatunkiem. Owa słabość jednak staje się dyskusyjna, gdy to małpy, a nie ludzie, potrafią wykazać się empatią, solidarnością, poświęceniem i bezwarunkową odwagą. Smutna to wizja, ale jakże obrazowa przestroga w czasach, gdy skrajność i bezkompromisowość biorą górę nad rozsądkiem i humanizmem. W przeciwieństwie do poprzednich części, właściwie nie istnieje ludzki bohater, który emocjonalnie i intelektualnie mógłby dorównać Ceasarowi.

Poniekąd jest to zrozumiałe, bo wątek regresu i drogi, jaką przebył człowiek od roli dominatora do ofiary, sukcesywnie rozwijano we wcześniejszych filmach. W "Wojnie ..." po prostu musiała nastąpić kumulacja ekstremalnie ciężkich doświadczeń, jakich doznali ludzie. Doskonale widać to w osobie Pułkownika - wyizolowanego od zewnętrznego świata furiata i szaleńca, który w świetle osobistego dramatu wyrzekł się jakichkolwiek wyższych wartości. Podobieństwo w sposobie konstrukcji bardzo udanej kreacji Woody'ego Harrelsona z filmowym pułkownikiem Kurtzem z "Czasu Apokalipsy" jest aż nadto widoczne. Podobnie jak moralne dno, od którego z hukiem odbijają się jego towarzysze broni. Na upartego można nawet doszukiwać się alegorii współczesnego świata i jego bolesnej historii, zarówno tej dalszej, jak i bliższej (obozy pracy, budowanie murów, kwestia imigrantów, kolaboracja z wrogiem, marsz do ziemi obiecanej).

Można oczywiście, w pewnym stopniu nawet słusznie, zarzucić reżyserowi zbyt jednostronną wizję przedstawiania konfliktu i opowiedzenia się za małpią racją w tym sporze. Brakuje szerszej ludzkiej perspektywy. Niemal wszystkie humanitarne atrybuty przejmują zwierzęta, którym, chcąc nie chcąc, pozostaje kibicować. Jednak nawet po tej stronie barykady nie brakuje typowej ludziom zawiści i żądzy zemsty, z którymi wewnętrzny bój toczy Ceasar, nękany wizjami krwawej przeszłości i nawiedzany duchem Koby - pobratymca, którego osobiście musiał skarcić za wywołanie wojny z ludźmi w poprzednim epizodzie.

Pułkownik, niczym bohater z "Czasu Apokalipsy", pośrodku pustkowia tworzy alternatywny porządek, gromadząc setki wyznawców, którym przyświeca jeden cel - wyeliminować małpi gatunek. Okazuje się jednak, że nie jest to ich jedyny wróg.
Pułkownik, niczym bohater z "Czasu Apokalipsy", pośrodku pustkowia tworzy alternatywny porządek, gromadząc setki wyznawców, którym przyświeca jeden cel - wyeliminować małpi gatunek. Okazuje się jednak, że nie jest to ich jedyny wróg. mat. prasowe/ Imperial-Cinepix
Sporo więc odnajdziemy w filmie odwołań do ludzkiej psychiki i sfery emocjonalnej, ale absolutnie nie należy pojmować tego jako zarzut. W finałowym kwadransie jednak twórcy filmu korzystają z tak oczywistych i uproszczonych zabiegów, że spływające po małpiej twarzy łzy mają gorzki posmak przeciętności i taniej egzaltacji. Syndrom masowego blockbustera właśnie tu najmocniej przebija się niestety na pierwszy plan, przecząc trochę stylowi narracji i poprowadzenia fabuły, którą reżyser obiera od pierwszej minuty seansu.

"Wojna o planetę małp" z pewnością nie rozczaruje tych, którzy poza widowiskiem opatrzonym perfekcyjną dbałością o komputerowo wygenerowane drobiazgi, poszukują jeszcze wartościowej treści zmuszającej do refleksji, wzruszenia, a nawet złości czy uśmiechu (w tym przypadku udany pomysł scenarzystów z postacią Złej Małpy, z którą świetnie dał sobie radę Steve Zahn). Co ważne, nie do końca wymagana jest znajomość poprzednich epizodów. Już początkowe napisy z wytłuszczonymi tytułami poprzednich produkcji nakreślą odpowiednie tło całej opowieści. Jeśli jednak zapisaliśmy w pamięci beztroskie chwile Ceasara z Jamesem Franco sprzed sześciu lat, wówczas domknięcie trylogii i zarazem najlepsza jej część przemówi do nas z podwójną siłą, a całość nabierze wyjątkowego sentymentalnego wydźwięku.

OCENA: 7/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (17)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

20.10.2017 r.

13.10.2017 r.

Zapowiedzi