Nasze recenzje

stat

Transformery po tuningu. Recenzja filmu "Bumblebee"


Pod stalowym pancerzem Transformerów nareszcie słychać niemrawe jeszcze bicie serca. "Bumblebee", w przeciwieństwie do ostatnich części popularnej serii, to film z duszą, który generuje sporo sympatycznych wrażeń i zrywa z bezsensownym efekciarstwem na rzecz kameralnej, wypełnionej uśmiechem i wzruszeniem, opowieści o niezwykłej przyjaźni. Przyjemna odskocznia od rutyny Michaela Baya i udany tuning przyrdzewiałej już bajki o robotach.



Od śmiałego wizjonera do bezdusznego rzemieślnika. Taką, nomen omen, transformację w ostatnich latach przeszedł Michael Bay, który swój flagowy filmowy okręt nieudolnie przerobił w dryfującą bez celu, zapchaną po brzegi efekciarstwem, łajbę. Najpierw na wielkim ekranie spełnił marzenia milionów małych chłopców bawiących się godzinami zabawkami od Hasbro. Potem, z każdym kolejnym epizodem "Transformers", rozmontowywał z uporem sens i urok całej serii. Po tym, jak w ostatniej części wysłał Autoboty na pola Camelotu i pod komendę króla Artura, wielu nawet zagorzałych fanów wieszczyło nieuchronny kurs Transformerów i ich filmowego konstruktora na złomowisko.

Powierzenie reżyserii "Bumblebee" Travisowi Knightowi było bodaj najrozsądniejszą decyzją Michaela Baya od lat. Zajmując miejsce z boku (jako producent) twórca wielu filmowych hitów być może będzie teraz w stanie odnaleźć dawną frajdę, a przede wszystkim na nowo uruchomić bujną przecież wyobraźnię. Najnowsza część poświęcona sympatycznemu "Trzmielowi" stanowi bowiem dowód na to, że ze współczesnej bajki o robotach można jeszcze skonstruować coś równie kreatywnego, co stabilnego. I to z całkiem niegłupim morałem w gratisie.

Bumblebee zmuszony jest do ucieczki z rodzinnego Cybertronu na Ziemię. Pod postacią żółtego garbusa trafia pod skrzydła nastoletniej Charlie. Dla obojga będzie to spotkanie, które wiele zmieni w ich nastawieniu i sposobie postrzegania świata.
Bumblebee zmuszony jest do ucieczki z rodzinnego Cybertronu na Ziemię. Pod postacią żółtego garbusa trafia pod skrzydła nastoletniej Charlie. Dla obojga będzie to spotkanie, które wiele zmieni w ich nastawieniu i sposobie postrzegania świata. mat. prasowe/ UIP
Tytułowy Bumblebee stanowi zresztą dość wdzięczne narzędzie do przebudowy całego cyklu. Dobroduszny i skory do psot Autobot, właściwie od pierwszego spotkania z Samem Witwickym (Shia LeBeouf z pierwszej części "Transformers") zaimponował widowni fajtłapowatą czasami nieporadnością, ale zarazem walecznością i kodeksem honorowym, którym poszczycić mógłby się nawet japoński samuraj. Wybór akurat tej postaci na oddzielny film,Fpoza nawiązujący stylistyką i fabułą do "Transformers" okazał się strzałem w dziesiątkę.

W filmie Travisa Knighta cofamy się do końcówki lat 80. i poznajemy okoliczności, w jakich Bumblebee z rodzimego Cybertronu, jako członek ruchu oporu, uciekł na Ziemię. Traf chciał, że do beztroskiej Kalifornii skąpanej nie tylko w słońcu, ale i w czarującym, ejtisowym klimacie. Właśnie w tych okolicznościach tytułowy bohater, pozbawiony już głosu i z amnezją, przypadkowo poznaje Charlie Watson (Hailee Steinfeld) - nastoletnią buntowniczkę i autsajderkę, która w gruncie rzeczy jest uroczą dziewczyną o gołębim sercu, ale nie potrafi uporać się ze śmiercią ojca i odnaleźć się w obcej dla niej rzeczywistości. Dwójce "zbiegów" przyjdzie się bardzo łatwo dogadać, ale zacieśniającą się przyjaźń mogą przerwać polujące na Bumblebee Decepticony i rządowe wojsko.

Wydawało się, że świetnie zgranego duetu Bumblebee-Witwicky nie da się odwzorować w skali 1:1. Sympatyczny żółty Autobot równie doskonale odnalazł się jednak w damsko-męskiej konfiguracji, tworząc z Charlie parę, za którą można pójść w ogień. Razem bezapelacyjnie unoszą ten film, napędzają tempo, wypełniają go barwami, humorem i wzruszeniami. Stajemy się świadkami niezwykłej, międzyplanetarnej symbiozy zagubionej maszyny i równie pogubionej nastolatki. Wspólnie są w stanie poradzić sobie z przeciwnościami losu, a kibicuje im się z nieskrywaną sympatią od pierwszych kadrów. Duża w tym także zasługa świetnie zapowiadającej się aktorsko Hailee Steinfeld.

W najnowszym filmie spod szyldu "Transformers" dowiemy się m.in. jak doszło do utraty głosu przez Bumblebee. Poznamy również okoliczności jego przybycia na Ziemię i odsłonimy kulisy przyjaźni z pewną bardzo krnąbrną dziewczyną, dla której robot stanie się bliższy niż członkowie rodziny.
W najnowszym filmie spod szyldu "Transformers" dowiemy się m.in. jak doszło do utraty głosu przez Bumblebee. Poznamy również okoliczności jego przybycia na Ziemię i odsłonimy kulisy przyjaźni z pewną bardzo krnąbrną dziewczyną, dla której robot stanie się bliższy niż członkowie rodziny. mat. prasowe/ UIP
Stylistycznie "Bumblebee" wpisuje się w popularny ostatnio trend, który staje się powoli natręctwem współczesnego kina. Lata 80. czuć, widać i słychać w każdej niemal scenie. Czy to w muzycznych przebojach, w których zasłuchuje się tytułowy bohater, czy to w sposobie prowadzenia opowieści nawiązującej mimochodem do słynnego "E.T". Spielbergowski klimat, słoneczna Kalifornia i luźna przygodowa formuła "Bumblebee" fundują nam ciepły, przyjemny, dwugodzinny urlop od zimowej zawieruchy za oknem. Trudno więc i tego atutu nie docenić.

Choć filmowi Knighta, który dał się już poznać widzom jako autor świetnej animacji "Kubo i dwie struny", zdecydowanie bliżej do kameralnej opowiastki o sile przyjaźni niż do rozpasanego efektami widowiska, wciąż oczywiście mamy do czynienia z czysto rozrywkowym kinem. Z całym jego dobrodziejstwem, ale i słabościami. Natłok wizualnych trików (może poza sceną otwarcia na Cybertronie) jest niemal niezauważalny, sceny akcji odpowiednio stonowane, a finał, jak na "Transformers", nawet zbyt statyczny. Fabuła jednak pozszywana jest z utartych już klisz, które twórcy filmu dodatkowo wypełniają od czasu do czasu nietrafionym żartem, przesłodzonym przekazem czy zbędnym patosem (czy sceny z salutującym Johnem Ceną naprawdę nie dało się wyciąć?!). Poza dwójką przyjaciół, ciężko doszukać się również ciekawych postaci na dalszym planie.

"Bumblebee" to udany mix kina przygodowego, efektownego widowiska i kameralnej opowieści o magii przyjaźni. Na szczęście twórcy najmocniej akcentują ostatni z tych elementów, dzięki czemu film Travisa Knighta jest nieporównywalnie lepszy niż ostatnie części "Transformers".
"Bumblebee" to udany mix kina przygodowego, efektownego widowiska i kameralnej opowieści o magii przyjaźni. Na szczęście twórcy najmocniej akcentują ostatni z tych elementów, dzięki czemu film Travisa Knighta jest nieporównywalnie lepszy niż ostatnie części "Transformers". mat. prasowe/ UIP
Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli do tej pory na widok filmowych Transformerów krzywiliśmy się bardziej niż po zjedzeniu cytryny, to nowy "Bumblebee" może nam te cierpienia skutecznie osłodzić. Travis Knight stworzył kawał solidnego przygodowego kina, w którym nareszcie bardziej od jatki serwowanej przez Autoboty z Decepticonami liczą się relacje pomiędzy maszyną a człowiekiem. Wystarczy przymknąć oko na typową dla tego kina sztampę, aby spotkanie z Bumblebee było równie fascynujące jak pierwsza przejażdżka Charlie urokliwym, żółtym garbusem. Zamiana zresztą szpanerskiego camaro na pociesznego volkswagena doskonale oddaje klimat tej filmowej transformacji - bardzo potrzebnej i z pewnością udanej.

OCENA: 6,5/10

Film

Bumblebee

Bumblebee (4 opinie)

5.6
produkcja
USA
premiera
4 stycznia 2019
czas trwania
1 godz. 53 min.

Opinie (32) 1 zablokowana

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

22.03.2019 r.

21.03.2019 r.

15.03.2019 r.