Nasze recenzje

stat

"Transformers" na bis. Recenzja filmu "Pacific Rim: Rebelia"


W filmowym ringu gigantyczne roboty znów stają naprzeciwko monstrualnych poczwar, a stawką tradycyjnie są losy zagrożonego kataklizmem świata. Rewanż za efektowny pojedynek sprzed 5 lat przypomina jednak bardziej chaotyczną bijatykę amatorów, niż klasowe starcie czempionów. Potężnych ciosów i widowiskowych knockdownów nie brakuje, ale na mistrzowski pas nikt tutaj nie zasłużył.



Jak przystało na film akcji z elementami kina katastroficznego, dotkliwie pobity i upokorzony przeciwnik zawsze znajdzie sposób, by jeszcze raz rzucić wyzwanie swemu pogromcy. Nie dziwi więc fakt, że po 10 latach gigantyczni najeźdźcy określani mianem "Kaiju" znów zaczynają terroryzować świat. W "Pacific Rim" metodą na bezlitosnych obcych okazały się olbrzymie roboty, Jaegery, sterowane przez dwójkę pilotów. Udoskonalone maszyny ponownie więc stają oko w oko z rywalem. A ten świetnie już sobie zdaje sprawę z wcześniej popełnionych błędów i obiera nową, zabójczą taktykę.

Przyznać należy twórcom filmu, że powrót odstręczających kreatur wydaje się być nieźle uzasadniony i pomysłowo zaaranżowany. Wytłumaczenie ich ponownej inwazji na wciąż leczącą rany Ziemię, pokracznie, ale mieści się jeszcze w ramach filmowej logiki. Niestety, ten akurat element fabuły wydaje się już być szczytem możliwości czwórki (!) scenarzystów. Nowym bohaterom brakuje charyzmy i ciekawej charakterystyki, soczyste dialogi wyparte są sztywnymi pół-hasłami lub pompatyczną gadką rodem z filmików motywacyjnych, a efekty specjalne są tak potężnie przeładowane, że za niektórymi scenami nie sposób nadążyć.

Klimatyczne i hołdujące japońskiej klasyce filmów katastroficznych kino z pierwszej części "Pacific Rim" zastąpiono komercyjnym zlepkiem przypadkowych scen i postaci, które i tak nikną w gąszczu przeładowanych efektów specjalnych. Skojarzenia z serią "Transformers" wyczuwalne są niemal od pierwszych scen, a nie świadczy to dobrze o "Rebelii".
Klimatyczne i hołdujące japońskiej klasyce filmów katastroficznych kino z pierwszej części "Pacific Rim" zastąpiono komercyjnym zlepkiem przypadkowych scen i postaci, które i tak nikną w gąszczu przeładowanych efektów specjalnych. Skojarzenia z serią "Transformers" wyczuwalne są niemal od pierwszych scen, a nie świadczy to dobrze o "Rebelii". mat. prasowe/UIP
Bałagan towarzyszący tytułowej rebelii nie dziwi, bo wspomniany kwartet scenarzystów zdaje się, że przed realizacją filmu zadał sobie niewłaściwe pytanie: nie "jaki zrobić film?", a "jak zrobić film?". A odpowiedź jest banalnie prosta: tak, by zarobić na nim jak najwięcej. Sposobów na zysk jest kilka. Punkt pierwszy - zadbać o poprawność rasową i nie zrazić do tytułu żadnej nacji. Stąd bojową eskadrę tworzą bohaterowie o różnym odcieniu skóry oraz z tendencyjnymi i oklepanymi stereotypami (waleczny czarnoskóry, szlachetny biały, piękna Latynoska, inteligentny Hindus, pracowita Azjatka, opryskliwa Rosjanka).

Punkt drugi - zaciągnąć przed ekran młodego widza. I tak większość pilotów Jaegerów tworzą niedoświadczeni w walce rekruci, którzy bardziej niż wyszkolonych żołnierzy, przypominają nastolatków na harcerskim obozie. Punkt trzeci - zainkasować zysk z azjatyckiego rynku, dlatego zapewne nie dziwi ponadprzeciętna liczba postaci właśnie z tego regionu i umiejscowienie finałowej batalii na ulicach Tokio. Punkt czwarty - skrupulatnie wyważyć proporcje damskich i męskich bohaterów, a każdej płci przypisać równie ważny w filmie epizod. Zabrakło chyba jedynie wątku homoseksualnego, aczkolwiek gdyby się mocno uprzeć, to w jednej ze scen można jego nieśmiałą namiastkę wyczuć.

I żeby było całkowicie jasne - wszelka różnorodność płciowa, rasowa czy kulturalna z poszanowaniem równouprawnienia jest w kinie nawet nie tyle wskazana, co po prostu ciekawa i rozszerzająca filmowe horyzonty. Problem w tym, że w "Pacific Rim: Rebelia" takie zabiegi są jedynie marną, misternie zaplanowaną operacją finansową, mającą napchać kieszenie producentów. Cierpią na tym słabo napisane, mdłe, nijakie i sztampowe postaci, a aktorzy wypełniają jedynie filmową kliszę pomiędzy kolejnymi sekwencjami efektów specjalnych. Fabuła nadziana jest logicznymi lukami, a większość dialogów ustępuje nawet tym, jakie możemy usłyszeć w grach komputerowych.

Aktorzy i ludzkie postaci bez wątpienia są tu jedynie dodatkiem i pretekstem do przemycenia na wielki ekran ogranych stereotypów. Dominują maszyny i wszystko jest właściwie mechaniczne, łącznie z budową fabuły, aktorską grą i charakterystyką bohaterów.
Aktorzy i ludzkie postaci bez wątpienia są tu jedynie dodatkiem i pretekstem do przemycenia na wielki ekran ogranych stereotypów. Dominują maszyny i wszystko jest właściwie mechaniczne, łącznie z budową fabuły, aktorską grą i charakterystyką bohaterów. mat. prasowe/ UIP
Siłą rzeczy więc poziom aktorskich popisów razi minimalizmem i płytkością. Znany z sagi "Gwiezdnych wojen" John Boyega uparcie próbuje znaleźć dla siebie nową przestrzeń, choć i tak ostatecznie przypomina Finna, który wnętrze Sokoła Millenium zamienia na kokpit Jaegera. Nieźle z kolei wypada debiutująca na wielkim ekranie Cailee Speany w roli zadziornej Amary. Wydaje się być po prostu najbardziej naturalna i spontaniczna spośród całej aktorskiej świty.

Natomiast znani z "jedynki" Burn GormanCharlie Day, którzy w oryginale dostarczali sporej porcji humoru, tym razem głównie irytują i męczą karykaturalnymi już rolami. Scotta Eastwooda należy tymczasem bardziej potraktować jako ciekawostkę, bo i tak większość czasu zajmuje nam porównywanie jego fizjonomii do słynnego ojca niż delektowanie się jego "grą".

Motorem napędowym są oczywiście efekty specjalne i dudniącą od nich akcja. Gigantyczne maszyny robią wrażenie, jednak gdy wkraczają do akcji, trudno już nadążyć za niechlujnie poprowadzoną kamerą. Sceny batalistyczne, bezmyślnie zmontowane, tracą dynamikę. Walki obserwujemy z bardzo bliska, przez co mamy wrażenie, że niektóre kadry są wręcz identyczne. Rozmachu twórcom filmu z pewnością nie zabrakło podczas finałowego pojedynku, ale poziom nonsensu osiąga już wartość krytyczną. Pozostaje jedynie śmiać się z rozbijanych w pył wieżowców, które w następnych ujęciach ... stoją tam, gdzie dotychczas.

"Pacific Rim: Rebelia" nie ma kompletnie nic nowego do zaoferowania niż to, co widzieliśmy już we współczesnym kinie akcji. Z całym natłokiem niestety wad tego gatunku filmowego.
"Pacific Rim: Rebelia" nie ma kompletnie nic nowego do zaoferowania niż to, co widzieliśmy już we współczesnym kinie akcji. Z całym natłokiem niestety wad tego gatunku filmowego. mat. prasowe/ UIP
Śmiać się przez łzy na pewno będzie ten, kto od "Pacific Rim: Rebelia" oczekuje nie tylko zachwycającego wizualnie widowiska, ale i porządnie skonstruowanego kina akcji z ciekawymi postaciami i choć poprawną fabułą. To nie ten adres. Reżyserowi, Stevenowi S. DeKnight'owi, nie udało się nawet zbliżyć do osiągnięć Guillermo Del Toro, który odpowiadał za kształt oryginału. Ten daleki był od ideału, ale nie można mu było odmówić technicznej precyzji, wyważonej akcji i nieźle rozpisanej historii z postaciami, które naprawdę dało się lubić. W kontynuacji tego zwyczajnie zabrakło. Zamiast tego mamy powtórkę z "Transfomersów" i hołd oddany Michaelowi Bayowi. Dlatego do tytułowych rebeliantów warto dołączyć tylko wtedy, gdy film oceniamy wyłącznie po liczbie efektów specjalnych.

OCENA: 3/10

Film

Pacific Rim: Rebelia

Pacific Rim: Rebelia

4.6
produkcja
USA
gatunek
Akcja
premiera
23 marca 2018
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (19)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

14.12.2018 r.

12.12.2018 r.

07.12.2018 r.

06.12.2018 r.

Zapowiedzi