Nasze recenzje

stat

Tak się kręci wakacyjne hity. Recenzja "Barry Seal: Król przemytu"


Błyskotliwa i tryskająca humorem opowieść o "facecie, który zawsze dostarczał" z powodzeniem może kandydować do miana najlepszego wakacyjnego hitu tego lata. Duetowi Doug Liman i Tom Cruise, z precyzją i pomysłowością godną samego Barry'ego Seala, udało się przemycić widzom świetne rozrywkowe kino z wartką akcją, pośrodku której niepozorny as przestworzy prowadzi niebezpieczną grę z agentami CIA i kartelem Pablo Escobara.



Nazwisko narkotykowego barona z Medellin działa tu zresztą niczym magnes przyciągający miliony fanów zahipnotyzowanych bijącym rekordy popularności serialem "Narcos". Genialnego w roli Escobara Waltera Moury oczywiście w filmie nie znajdziemy. Obrazowo wytłumaczył nam to trailer, w którym wąsaty Latynos jest jedynie namiastką króla kokainy z netflixowego hitu. Sam zwiastun również potraktować można jako namiastkę. Ni to komedii, ni to sensacji, ni to kina gangsterskiego. Trochę z przekąsem, trochę na poważnie. Wydawało się, że "Barry Seal" z rozmieniającym się na drobne w ostatnim czasie Tomem Cruisem, niczym poza zasięgiem amerykańskich radarów, przeleci przez letni repertuar kin zupełnie niezauważalny.

Na szczęście dość miałki zwiastun "Króla przemytu" nawet w 10 proc. nie oddaje wartości opartego na faktach komediodramatu o brawurowym pilocie, który na pokład maszyny pakował niemal wszystko, co przynosiło zysk: narkotyki, broń, a nawet ludzi. Barry Seal najbardziej jednak uwielbiał zabierać w przestworza adrenalinę, od której przez kilka lat przestępczej działalności wprost się uzależnił. Taki też film stworzył Doug Liman. Twórca "Tożsamości Bourne'a" i "Na skraju jutra" doskonale przeniósł na wielki ekran dozę szaleństwa i absurdu, jakimi wypełnione było życie utalentowanego pilota, który dał się wmanewrować w wojnę karteli i polityczne przepychanki z agenturalną działalnością w tle.

Spotkanie Seala (Tom Cruise) z Schaferem (Domhnall Gleeson) otworzy przed pilotem linii lotniczych zupełnie nowy świat pełen niewyobrażalnych sum pieniędzy, narkotyków, broni i... śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Spotkanie Seala (Tom Cruise) z Schaferem (Domhnall Gleeson) otworzy przed pilotem linii lotniczych zupełnie nowy świat pełen niewyobrażalnych sum pieniędzy, narkotyków, broni i... śmiertelnego niebezpieczeństwa. mat. prasowe/ UIP
Gdy już w wieku 15 lat po raz pierwszy usiadł w kokpicie samolotu, a kilka lat później został najmłodszym pilotem Boeinga 707, ani Barry Seal, ani nikt z jego bliskich nie zdawał sobie sprawy, jak wielkie i niebezpieczne konsekwencje przyniesie pasja granicząca z brawurą. Zwykłe cywilne kursy do Miami czy Bakersfield nie były w stanie spełnić wygórowanych ambicji. Nudę rutyny Barry (Tom Cruise) tłumi więc przemycaniem kubańskich cygar. Dryg do szmuglowania połączony z fantazją za sterami błyskawicznie wychwytuje agent CIA, Monty Schafer (Domhnall Gleeson). Po części z przymusu, po trochu z ciekawości Barry zostaje współpracownikiem Agencji.

W prezencie od kraju dostaje nowoczesny samolot, mapę bezpiecznych szlaków lotniczych, z biegiem czasu nawet własne lotnisko i firmę. Jedyne, czym musi się odwdzięczyć, to fotografowanie partyzanckich obozów w Ameryce Środkowej i dostarczanie pieniędzy pułkownikowi (później generałowi) Noriedze z Nikaragui. Barry jest jednak tyleż efektowny, co przedsiębiorczy, więc wraz z rozwojem szpiegowskiej działalności wpada na dochodowy biznes: po co wracać pustym samolotem, skoro można go załadować narkotykami i przy okazji dorobić na boku. Towar dostarczają bossowie kartelu Medellin: Jorge Ochoa, Carlos Lehder i sam Pablo Escobar. Barry Seal rozpoczyna niebezpieczną grę na dwa fronty, która oprócz gigantycznej fortuny wkrótce przyniesie równie olbrzymie problemy.

Film Douga Limana nie jest schematyczną, usztywnioną od chronologicznego porządku biografią, w której reżyser ze swoją opowieścią podróżuje od punktu A do punktu B. "Barry Seal" przypomina bardziej szalony lot pełen karkołomnych ewolucji i turbulencji, podczas którego nikt nie ma zapiętych pasów. Międzynarodowe polityczne rozgrywki, agenturalna działalność na dwa fronty, współpraca z narkotykowym kartelem kierowanym przez psychopatę i terrorystę - wydawałoby się, że więcej w tej historii dramatu i grozy niż komizmu i groteski. A jednak. Twórcy "Barry'ego Seala" konstruują szaleńczo dynamiczną fabułę w oparciu o nieustanny dowcip, często makabryczny i dosłowny rodem z filmów Scorsese.

Film Douga Limana idealnie wpisuje się w ramy wakacyjnego hitu, w którym dynamiczna akcja przeplata się z groteskowym humorem, a napięcie trzyma do samego końca.
Film Douga Limana idealnie wpisuje się w ramy wakacyjnego hitu, w którym dynamiczna akcja przeplata się z groteskowym humorem, a napięcie trzyma do samego końca. mat. prasowe/ UIP
I nie jest to przypadek. Życie Barry'ego Seala i wszystko, co mu się przytrafiło jest na tyle nieprawdopodobne, że nie można tej unikalnej biografii zamknąć w ramach typowego "akcyjniaka" czy umoralniającego na siłę dramatu. Opowieści o facecie, który "przypudrowany" rozsypaną kokainą ucieka przed policją na dziecięcym rowerze, przydomowy ogródek nadziewa paczkami z pieniędzmi, bo nie ma gdzie ich upchać, a przy odpalaniu samochodu ostrzega przechodniów, by się odsunęli, bo nie jest pewien, czy za chwilę nie eksploduje, nie należy traktować całkowicie serio. Oczywiście niemałą fantazją wykazują się twórcy filmu, którzy sporo do prawdziwej historii dodają od siebie, ale wszystko utrzymane jest w granicach konsekwentnie realizowanej konwencji. "Barry Seal" po prostu fascynuje, śmieszy i przeraża jednocześnie.

Interesujący materiał łatwo można zepsuć kiepską realizacją i brakiem odpowiedniego pomysłu. Limanowi to nie grozi, bo reżyser od pierwszej do ostatniej sekundy ma koncept, może niezbyt oryginalny i świeży (skojarzenia z "Wilkiem z Wall Street" bardzo wskazane), ale dzięki niemu trzyma napięcie u widza do bardzo sugestywnego finału. Narratorem jest Seal, który przemawia do nas z taśm VHS własnoręcznie nagranych. W ten sposób bohater relacjonuje swoje perypetie, oszczędzając długawych dialogów, nudnego wprowadzania każdego wątku, a dodając niezwykle ironiczny komentarz uzupełniony muzyką lat 70. i 80. Do tego szybki montaż, ciekawa niekiedy perspektywa kamery, przełamanie chronologii i... voila! Wakacyjny hit jak malowany.

Przy okazji "Barry Seal" nareszcie zabrał w dalszą podróż Toma Cruise'a, który ostatnimi laty albo odrabiał filmową pańszczyznę w kontynuacjach "Mission Impossible", albo dał się pogrzebać aktorsko z "Mumią". Główny bohater w jego wykonaniu to "swój chłop", ryzykant z żyłką do interesów, nieświadomy aż do końca niebezpieczeństwa, z którego albo kpi, albo go nie dostrzega. Jednocześnie przecież to wciąż przestępca, handlarz narkotyków i broni, zachłanny kryminalista, manipulator, któremu nie można odmówić sympatii i dopingu w starciu ze stróżami prawa z różnymi kombinacjami liter na kurtkach (CIA, FBI, DEA itp. itd.). Bodaj od niewielkiego, ale niezwykle barwnego epizodu w "Jajach w tropiku" to pierwsza tak wyrazista kreacja Cruise'a. Oczywiście z zachowaniem odpowiednich proporcji.

Podręczników aktorstwa pisać na nowo z tego powodu nie trzeba będzie, a i role w "Urodzonym 4.lipca", "Vanilla Sky" czy "Jerrym Maguirze" wciąż swoją świetnością nie są zagrożone. Duże uznania również w kierunku Domnhalla Gleesona (agent Schafer) i Caleba Landry'ego Jonesa (jego epizodyczny JB rozkłada na łopatki od pierwszego spojrzenia).

"Barry Seal" to jednocześnie skromna próba obśmiania amerykańskiej dyplomacji i agencji wywiadowczych, które często łamały prawo w walce o własne korzyści w Ameryce Środkowej czy na Bliskim Wschodzie.
"Barry Seal" to jednocześnie skromna próba obśmiania amerykańskiej dyplomacji i agencji wywiadowczych, które często łamały prawo w walce o własne korzyści w Ameryce Środkowej czy na Bliskim Wschodzie. mat. prasowe/ UIP
Sugerowany przez zwiastun, ocierający się o kicz mariaż różnych gatunków, na szczęście nie pogrążył ostatecznego efektu. Doug Liman udowodnił, że nawet kopiując pomysły innych filmowców, można to zrobić całkiem zgrabnie i atrakcyjnie. W "Królu przemytu" mignie nam wspomnienie "Chłopców z ferajny", odnajdziemy klimat "Wilka z Wall Street", wyczujemy inspirację "Panem życia i śmierci". Limanowi udaje się nawet niepozornie ośmieszyć amerykańską politykę i wywiadowcze mechanizmy. Przede wszystkim jednak "Barry Seal" przybliża sylwetkę postaci, która swym nietuzinkowym życiem aż prosiła się o ekranizację, choć w "Narcos" pojawia się tylko w jednym odcinku, a w świetnym dwuczęściowym dokumencie "Cocaine cowboys" poświęcono jej ledwie kilka minut.

"Barry Seal" to letni przebój dokładnie taki, jaki ma być: lekkostrawny, nieco kiczowaty, ale dynamicznie nakręcony, energicznie zagrany i doskonale bawiący przez niemal dwie godziny. Właśnie takimi produkcjami powinno wypełniać się wakacyjną próżnię w kinach. Siedząc w poczekalni i nerwowo przebierając nogami w oczekiwaniu na "Blade Runnera", nowego "Thora", "Morderstwo w Orient Expressie" czy kontynuację "Przebudzenia mocy", warto skorzystać z zaproszenia Seala i wsiąść na pokład jego samolotu. Ten pan ma licencję na zabawianie tłumów.

OCENA: 8/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (28)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
12.12.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

08.12.2017 r.

01.12.2017 r.

Zapowiedzi