Nasze recenzje

stat

Szukasz dobrego filmu? Idź na "Bone Tomahawk"

W krwistym westernie S.Craiga Zahlera wyrewolwerowany Dziki Zachód pustoszy horda bestialskich kanibali. Męstwo i brawura ustępują miejsca szaleńczej i nieraz beznadziejnej grze o przetrwanie, a mityczny wizerunek szybkostrzelnego kowboja wypiera dziki i nieokrzesany troglodyta. Miłość, poświęcenie i odwaga mieszają się ze słownym absurdem i surowym minimalizmem. Jednak to dziwaczne i niepokojące dzieło wypada zaskakująco dobrze.



Przeróżne już plagi zastępy filmowców zsyłały na pustkowia Dzikiego Zachodu, wliczając w to nawet inwazję obcych. Jednak wynaturzonych kanibali z tomahawkami wyciosanymi z ludzkich kości nie przypomniałby sobie nawet najstarszy rewolwerowiec czy najbardziej wytrwały poszukiwacz złota. Reżyser "Bone Tomahawk", S.Craig Zahler, razem ze swoim śmiercionośnym plemieniem wkroczył na zupełnie dziewicze filmowe tereny. Jak na debiutanta przystało, bezkompromisowo rozprawił się z klasyczną konwencją, dorzucając od siebie ekstra bonus. W efekcie dostajemy na tacy iście tarantinowski eksperyment filmowy, w którym twórca w dość oryginalny sposób składa hołd zarówno wirtuozowi westernowych ballad, Samowi Peckinpahowi, jak i rzeszy często anonimowych szerokiej publice twórców kina grozy spod znaku gore.

Czterech jeźdźców grupy pościgowej nie tylko walczy z przerażająco brutalnym wrogiem. W tej niewielkiej grupce po cichu rozgrywa się walka o przywództwo i dochodzi do tarcia skrajnie odmiennych charakterów.
Czterech jeźdźców grupy pościgowej nie tylko walczy z przerażająco brutalnym wrogiem. W tej niewielkiej grupce po cichu rozgrywa się walka o przywództwo i dochodzi do tarcia skrajnie odmiennych charakterów. mat. prasowe/RLJ Entertainment
Do spokojnego, acz przesiąkniętego rutyną i nudą miasteczka o wdzięcznej nazwie Bright Hope przybywa tajemniczy nieznajomy. Intruzem natychmiast zaciekawia się miejscowy szeryf Hunt (Kurt Russell), który jeśli tylko wywęszy nieczyste intencje, raczy delikwenta kulką w nogę. Postrzelony przybysz trafia do celi pod opiekę młodszego zastępcy stróża prawa i miejscowej lekarki. Rankiem mieszkańcy odkrywają, że po całej trójce słuch zaginął. Okazuje się, że za porwaniem nieszczęśników stoi plemię krwiożerczych kanibali, których do miasteczka ściągnął ów nieznajomy, bezczeszcząc wcześniej świętą ziemię ludożerców. Do pogoni za porywaczami staje czwórka osobliwych śmiałków: prostolinijny, ale nadmiernie podejrzliwy szeryf, jego lekko zbzikowany i gadatliwy starszy zastępca (Richard Jenkins), zadufany w sobie, wymuskany rewolwerowiec Brooder (Matthew Fox) oraz mąż porwanej lekarki, Arthur (Patrick Wilson).

Komicznie niedopasowany kwartet genialnie uzupełnia filmowe dzieło Zahlera nieszablonowym humorem i silnie nacechowanym indywidualizmem każdej z postaci. Narwany i przesądny Brooker realizuje mit typowego westernowego rewolwerowca. Relacja obu szeryfów i ich osobliwe dialogi wprowadzają tyle rozluźnienia, ile konsternującego absurdu. Poważnie kontuzjowany Arthur w pędzie za porwaną ukochaną potrafi przełamać przenikliwy ból i ograniczenia, wprowadzając do "Bone Tomahawk" pierwiastek romantyzmu, którego na pierwszy rzut oka mógłby doszukiwać się w filmie jedynie ktoś bardzo naiwny. Cała czwórka przebojowo podbija ekranową opowieść, tworząc znakomite kreacje i godnie rozdzielając między siebie sympatię widzów. Każdego z nich razem i osobno chce się oglądać jak najdłużej.

Zasłużeni i zaprawieni w bojach kowboje tym razem stają do walki z plemieniem dzikich troglodytów, dla których człowiek jest jedynie materiałem na posiłek.
Zasłużeni i zaprawieni w bojach kowboje tym razem stają do walki z plemieniem dzikich troglodytów, dla których człowiek jest jedynie materiałem na posiłek. mat. prasowe/RLJ Entertainment
Zahler z zaskakującą łatwością spina przenikające się wzajemnie konwencje, obdarowuje swoich bohaterów nieraz świetnymi dialogami, a do tego skrupulatnie pilnuje tempa akcji i podsyca napięcie prostymi mechanizmami: ponurą i minimalistyczną ścieżką dźwiękową i ascetycznymi kadrami. Potrafi też czerpać z bogatego dorobku poprzedników. Wykorzystuje nieśpieszną narrację rodem z ubiegłorocznego "Slow West", żongluje osobowościami bohaterów niczym Tommy Lee Jones w "Eskorcie", ogrywa tło wydarzeń jak John Hillcoat w "Propozycji" i szokuje brutalnością wzorem ostatniego dzieła Quentina Tarantino.

Kondycji reżyserowi nie wystarczyło już na finisz. Ten wydaje się zbyt pospieszny, płytki i nieprecyzyjny, jakby zabrakło Zahlerowi cierpliwości i wyrafinowania. Niektóre sceny można też było pozostawić jedynie na papierze filmowego skryptu, gdyż "Bone Tomahawk" wydaje się co najmniej o kilkanaście minut przeciągnięty. Sporo do życzenia pozostawiają też sekwencje strzelanin i walki z kanibalami (kłania się niski budżet). Debiutantowi można jednak wybaczyć chaos i ostatecznie przymknąć oko. Całość i tak, biorąc pod uwagę ryzykowny, a dla wielu obrazoburczy pomysł, wypaliła jak z porządnie wyczyszczonej dubeltówki. Prosto w cel, rozkładając widza na łopatki formą i sposobem poprowadzenia opowieści.

A wszystko udało się zrobić w zaledwie nieco ponad 20 dni zdjęciowych i za absurdalnie niską, jak na hollywoodzkie standardy, kwotę niespełna dwóch milionów dolarów, gromadząc do tego plejadę gwiazd u szczytu formy. "Bone Tomahawk" to z pewnością jeden z najlepszych debiutów i premier ostatnich miesięcy. Propozycja obowiązkowa dla fanów filmowych eksperymentów i nieszablonowych rozwiązań. Pozostali na cmentarzysko ludożerców niech nie wchodzą. Póki życie im miłe.

OCENA: 7/10

Film

Bone Tomahawk

Bone Tomahawk (1 opinia)

5.8
produkcja
USA
gatunek
Horror, Western
premiera
29 kwietnia 2016
czas trwania
2 godz. 12 min.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (19)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

18.01.2019 r.

11.01.2019 r.

Zapowiedzi