Nasze recenzje

stat

Równowaga na korcie. Recenzja filmu "Wojna płci"


Tenisowy kort, a na nim błazeński szowinista w starciu z drobną feministką schowaną za wielkimi okularami. Niecodziennym pojedynkiem skrajnych osobowości sprzed ponad 40 lat ekscytowały się miliony amerykańskich kibiców. "Wojna płci" odsłania kulisy historycznego meczu, którego stawką były nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim prawo do równego traktowania, zarówno na sportowym boisku, jak i poza nim.



Filmowa jesień zdecydowanie należy do tenisistów. Jeszcze kilka tygodni temu widzowie za sprawą "Borg/McEnroe" mogli poczuć się jak obserwatorzy ekscytującego sportowego widowiska z udziałem genialnych artystów z rakietami w dłoniach. Zanim jednak zimnokrwisty Szwed stanął oko w oko z wybuchowym Amerykaninem, kilka lat wcześniej doszło do innego tenisowego szlagieru. W 1973 roku na korcie po obu stronach siatki naprzeciw siebie nie stanęli bynajmniej odwieczni rywale ogarnięci obsesyjną żądzą dominacji. Będąca u szczytu formy drobna 29-latka rozpoczęła trzysetowy bój z 55-letnim weteranem. Kobieta kontra mężczyzna. Walcząca o równe traktowanie sportowców obu płci feministka przeciwko showmanowi z konserwatywnymi poglądami. Postęp zderzył się z tradycją.

Na początku lat 70. Billie Jean King seryjnie kolekcjonowała największe tenisowe trofea. W ślad za mnożącymi się na półce pucharami nie szły jednak korzyści finansowe. Czarę goryczy przelała sytuacja, gdy po jednym z wygranych turniejów zawodniczka zainkasowała aż 8-krotnie niższą sumę aniżeli zwycięzca męskiej rywalizacji. I nie chodziło nawet o pieniądze, a o równe traktowanie sportowców, którzy niezależnie od płci, w takim samym stopniu zapełniali widownię podczas finałowych pojedynków. Sytuację skwapliwie chciał wykorzystać Bobby Riggs. Tenisowy weteran i utytułowany sportowiec, któremu po zakończeniu kariery szczęście nie do końca dopisywało. Wyzwanie do boju liczącej się tenisistki było okazją do medialnego powrotu, ale przede wszystkim miało udowodnić, że panie na korcie zarabiają mniej, bo po prostu są słabsze.

Billie Jean King (Emma Stone) i Bobby Riggs (Steve Carell) stają do tenisowego pojedynku, w którym każde z nich gra o inną stawkę. Ona próbuje udowodnić równość kobiet i mężczyzn nie tylko na sportowym boisku. On szuka medialnego rozgłosu, tęskni za sławą i pieniędzmi, a przy okazji chce utrzeć nosa sportowcom w spódniczkach.
Billie Jean King (Emma Stone) i Bobby Riggs (Steve Carell) stają do tenisowego pojedynku, w którym każde z nich gra o inną stawkę. Ona próbuje udowodnić równość kobiet i mężczyzn nie tylko na sportowym boisku. On szuka medialnego rozgłosu, tęskni za sławą i pieniędzmi, a przy okazji chce utrzeć nosa sportowcom w spódniczkach. mat. prasowe/Imperial-Cinepix
W "Wojnie płci" światopoglądowy dysonans pomiędzy głównymi bohaterami widać aż nadto. Billie Jean (Emma Stone) to ambitna, skromna, nieco onieśmielona sukcesami wojowniczka i wolnomyślicielka. Riggs (Steve Carell) kreowany jest tymczasem na hedonistycznego błazna, bezczelnego szowinistę i manipulatora nastawionego na zysk, zarówno finansowy, jak i medialny. Tak powierzchowna charakterystyka każdej z postaci co prawda pozwala na jasny przekaz emocjonalny, ale jednocześnie pozbawia opowieść elementu zaskoczenia, serwując widzowi długo wyczekiwany finał z odkrytymi już kartami.

Momentów, w których jednostajne portrety King i Riggsa nabierają bardziej ożywczych barw jest stosunkowo niewiele. Znajdziemy kilka pojedynczych, ładnie skręconych kadrów, które postać Steve'a Carella stawiają w nieco bardziej pozytywnych odcieniach. Wyłania się z nich mężczyzna, który nie chce popaść w zapomnienie, a flagowy dla siebie szowinizm traktuje poniekąd jak komercyjny slogan, z którymi niekoniecznie musi się w głębi serca zgadzać. Subtelnie zaakcentowane wątpliwości giną jednak w natłoku błahych gagów wypełnionych pajacowaniem Riggsa po korcie w kostiumie pasterza lub z patelnią w ręce zamiast rakiety.

Przebojowość i feministyczne zacięcie King twórcy filmu z kolei chcieli przełamać wątkiem osobistych relacji tenisistki z najbliższymi. Billie Jean, choć mężatka, uwikłana była w homoseksualny romans z przyjaciółką. Wewnętrzne wyrzuty sumienia i emocjonalne zagubienie kładły cień na sportową formę. Pomimo, że na ekranie akurat ten aspekt udało się filmowcom oddać bez większych perturbacji, to jednak swoisty seksualny manifest zaburzył tempo opowieści. Tym bardziej, że związek Billie Jean z Marylin został potraktowany zbyt powierzchownie i tendencyjnie, a momentami wręcz chaotycznie i niezgrabnie.

Wątek homoseksualnej relacji Billie Jean i Marylin zamiast uzupełniać główny wątek "Wojny płci", stara się zbyt mocno wybrzmieć jako seksualny manifest, co zaburza tempo opowieści. Trochę zbyt dużo ważnych kwestii w tak skromnej pod kątem konwencji produkcji.
Wątek homoseksualnej relacji Billie Jean i Marylin zamiast uzupełniać główny wątek "Wojny płci", stara się zbyt mocno wybrzmieć jako seksualny manifest, co zaburza tempo opowieści. Trochę zbyt dużo ważnych kwestii w tak skromnej pod kątem konwencji produkcji. mat. prasowe/Imperial-Cinepix
Praca reżyserskiego duetu Jonathan Dayton i Valerie Faris przypomina więc dłuższymi chwilami tytułową wojnę płci. Podczas, gdy jedno z nich stara się zagarnąć dla siebie rozstrojoną emocjonalnie Billie Jean, drugie w pośpiechu ucieka w sportowe widowisko podszyte kwestią równouprawnienia. Przekłada się to niestety na realizacyjny nieporządek, operatorskie dłużyzny i wkradającą się chwilami nudę. Asymetrię widać również w konstrukcji postaci. W pewnym momencie całkowicie uwagę skupia na sobie figlarny komediant i cynik, który energią i osobowością spycha konkurentkę w tenisowy narożnik. Zaburzony jest też balans gatunkowy: twórcy filmu kameralny sportowy dramat szatkują z przaśną komedią, pokazując brak wyczucia.

"Wojnę płci" ogląda się jednak bez wstrętu i wrażenia senności. Główna w tym zasługa dwójki znakomitych aktorów. Rozmarzona i roztańczona w "La la land" Emma Stone tym razem schowana za wielkimi okularami twardo stąpa po ziemi, a właściwie po korcie. Doskonale odnajduje się w intymnych scenach z kochanką, jak i na otwartym placu boju. Realizacyjną perełką jest niezwykle sugestywna hotelowa scena z udziałem Billie Jean i jej męża. Kroku wiernie dotrzymuje niezawodny Steve Carell. Przede wszystkim dzięki niemu topornie napisana postać Riggsa nabiera większego kolorytu, a może nawet niejasności. Wszak w konwencji sportowego filmu opartego na faktach aktor ma już doświadczenie. Do absolutnie genialnej kreacji w "Foxcatcher" jest jednak wciąż daleko. Na dalszym planie raczej wieje nudą. Znajdziemy tam jedynie maski, a nie żywe postaci: przebojową agentkę, stereotypowego homoseksualistę i aż nazbyt porządnego męża.

Świetna praca aktorów to również zasługa niemałego wysiłku charakteryzatorów, ale również scenografów i speców od kostiumów. "Wojna płci" to niemal sportowy dokument znakomicie odzwierciedlający amerykańskie realia sprzed ponad 40 lat. Umiejętne lokalizowanie zdjęć i aktorów, a także nie najgorzej ograny finałowy pojedynek King i Riggsa z pewnością oddają ducha tamtej rywalizacji. W pakiecie dostajemy jeszcze porcję nieszablonowych kadrów i kilka komediowych scen z Carellem na naprawdę dobrym poziomie (wizyta u terapeuty czy spotkanie na odwyku dla hazardzistów).

"Wojna płci", pomimo scenariuszowych i reżyserskich uchybień, to wciąż obraz dość mocno aktualny tematycznie, a poza tym świetnie zagrany i bazujący na niezwykłych wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce.
"Wojna płci", pomimo scenariuszowych i reżyserskich uchybień, to wciąż obraz dość mocno aktualny tematycznie, a poza tym świetnie zagrany i bazujący na niezwykłych wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce. mat. prasowe/Imperial-Cinepix
Filmowa historia damsko-męskiego pojedynku na korcie nie wybija się jednak ponad średni poziom i ostatecznie pretenduje do miana po prostu niezłego filmu sportowego, który jak w wielu podobnych przypadkach, bazuje głównie na barwnych faktach i utalentowanych aktorach. Reżyserski mikst Dayton/Faris zamiast otwartej tenisowej wymiany zapewnił widzom jedynie pokazowy sparing z mnóstwem zagrań w siatkę i skrótów wyhamowujących tempo gry. Za dużo uderzeń z forhendu, za mało smeczy, bekhendów i wolejów. A przecież te najbardziej ryzykowne zagrywki zostają najdłużej w głowach zarówno fanów tenisa, jak i filmu.

OCENA: 6/10

Film

Wojna płci

Wojna płci

3.5
produkcja
USA
gatunek
Komedia, Biograficzny
premiera
8 grudnia 2017
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (16)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

12.10.2018 r.

05.10.2018 r.

Zapowiedzi