• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Recenzja filmu "Wieczór kawalerski". Oglądacie na własną odpowiedzialność

Tomasz Zacharczuk
7 lipca 2024, godz. 13:00 
Opinie (56)

Na plakacie promującym komedię kryminalną Szymona Gonery widnieje prowokacyjne pytanie "Kto dotrwa do rana?". Spieszę z odpowiedzią: na pewno nie widz. Zważywszy na to, że dotrwanie już choćby do napisów końcowych jest nie lada wyzwaniem, a każdemu, kto tego dokona, twórcy "Wieczoru kawalerskiego" powinni dożywotnio wypłacać rentę za poniesione straty moralne. Gdyby nie fakt, że film jest wyświetlany w kinach i grają w nim zawodowi aktorzy, można byłoby odnieść wrażenie, że to amatorski montaż kilku nagrań z internetowych sex-kamerek, z gościnnym występem patostreamerów wymachujących wiatrówkami i wciągających cukier-puder.





Kilku kumpli organizuje wieczór kawalerski, którego głównymi atrakcjami są roznegliżowane panie i nielimitowane używki. Całą zabawę psują jednak pojawiający się na imprezie gangsterzy. Nowe, nie znałem. A tak już na serio - przecież to kopiuj-wklej z paździerza wszech czasów polskiego kina, czyli "Kac Wawy". Ktoś mądry (według jednych Einstein, według innych niekoniecznie) powiedział kiedyś, że szaleństwem jest robić to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Nie wiem, czy twórcy "Wieczoru kawalerskiego" znali to powiedzenie, czy świadomie chcieli naśladować wiekopomne dzieło Łukasza Karwowskiego.

Jednak nawet ta sztuka Szymonowi Gonerze i jego ekipie nie do końca się udała. Ich film - choć zabrzmi to górnolotnie i na wyrost - prezentuje wyższy poziom artystyczny od niesławnej "Kac Wawy". W tym przypadku jednak poprzeczka nie była zawieszona choćby centymetr nad ziemią, tylko po prostu na niej leżała. Wystarczyło się przez nią przeczołgać i dokładnie to zrobili twórcy "Wieczoru kawalerskiego". Poza tym film Karwowskiego zaliczał się do kategorii cenionej przez wielu kinomanów, czyli produkcji tak złych, że aż zabawnych. Tymczasem komedia Gonery jest "tylko" filmem złym. Paradoksalnie to marne pocieszenie dla widzów.

Mario (Mateusz Banasiuk) chce zorganizować dla szefa i jego kumpla niezapomniany wieczór kawalerski. Przy okazji chce też powalczyć o względy pewnej dziewczyny. Mario (Mateusz Banasiuk) chce zorganizować dla szefa i jego kumpla niezapomniany wieczór kawalerski. Przy okazji chce też powalczyć o względy pewnej dziewczyny.

Komedia pomyłek? Raczej komedia-pomyłka



Nie oznacza to jednak, że nie ma się tu z czego pośmiać. Już sam zarys fabuły wydaje się tak absurdalny, że pozostaje jedynie ryknąć gromkim śmiechem. Mario (Mateusz Banasiuk) to młody, przystojny, obrotny chłopak, choć trochę z niego łobuz. Ale jak wiadomo, łobuz kocha najbardziej. Ten akurat podkochuje się w Kindze (Joanna Opozda), która właśnie traci pracę w call-center, a musi przecież spłacić jakoś długi swojej matki. Chłopak nie za bardzo wie, jak zagadać do dziewczyny i przekonać ją do siebie, więc wpada na genialny plan: proponuje jej, aby za 20 tys. złotych została striptizerką na wieczorze kawalerskim, który organizuje swemu szefowi (Patryk Szwichtenberg) i jego świadkowi (Rafał Zawierucha).



Ma ten Mario łeb na karku: za jednym zamachem chce przypodobać się przełożonemu i zapracować na awans, a zarazem liczy na bliższe poznanie Kingi. Nie to, że za 20 tysięcy można zorganizować wybrance serca romantyczną randkę jej marzeń (a i wystarczyłoby pewnie na pożyczkę na spłatę długu) - z dala od używek, przypadkowo poznanych sex-workerek i niebezpiecznych gangsterów. Nie. Lepiej ograbić ukochaną z godności, wprawić ją w dyskomfort i poczucie winy oraz wplątać ją w kryminalną aferę z psycholami zabijającymi ludzi. Oczywiście sprytny Mario nie mógł przewidzieć, że imprezę nawiedzą smutni panowie z bronią, ale to raczej marne usprawiedliwienie jego pokracznego planu.

A propos smutnych panów, a właściwie trzech jeźdźców apokalipsy (bo na czwartego już zabrakło pomysłu). Jeden, sadysta zaopatrzony oczywiście w odpowiedni zestaw "zabawek", od razu zabiera się do torturowania ludzi. Drugi - taki trochę "swój chłop" - od straszenia imprezowiczów woli z nimi pogadać, choć niczego mądrego do powiedzenia akurat nie ma. No i szef wszystkich szefów, pan Wolf (Jan Wieczorkowski), tudzież Wilk. Bełkocący niezgrabnie cytatami z filmów gangster-filozof, który zapatrzony w tarantinowskich bohaterów, wyznaje zasadę: jak będę mówił wolno, to zrobię większe wrażenie. A wrażenie sprawia natomiast takie, jakby kilka opakowań Prozacu zapił kubłem ziołowej herbatki.

Gdyby jednak ten elegancki i dostojny sposób bycia nie wzbudzał odpowiedniego respektu i grozy wśród widzów, to na wszelki wypadek twórcy filmu wrzucili na pół twarzy Wieczorkowskiego tatuaż wilka. To zapewne przypadek, że akurat w tym momencie przypomniała mi się scena z "Chłopaki nie płaczą", w której Bolec przykleja sobie na bicka "dziarę" z gumy do żucia, by zrobić wrażenie na chłopakach z miasta. Wolf to jednak większy "kozak", więc nic mu z twarzy nie spływa.

Fajny ten film. Taki nie za śmieszny, nie za straszny, nie za ciekawy. W ogóle taki nie-film. Fajny ten film. Taki nie za śmieszny, nie za straszny, nie za ciekawy. W ogóle taki nie-film.

Goło i nie za wesoło



Spływa natomiast po widzu jak woda cała intryga zaproponowana przez twórców "Wieczoru kawalerskiego". Szymon Gonera szasta na lewo i prawo zwrotami akcji, które same w sobie są kuriozalne i pozbawione ciągu przyczynowo-skutkowego. Zresztą sam film wygląda jakby był pozbawiony wielu scen. Lepszym montażem pochwaliliby się - nie umniejszając - członkowie kółka informatycznego w klubie seniora. Nic tu właściwie się nie klei - łącznie z ekranową gadką.

Mamy tu wieczorek poetycki, tyle że zamiast lirycznych wersów, recytowane są suchary. A także internetowe memy czy randomowe komentarze na temat - i tu uwaga - ekologów, wegan, feministek, szowinizmu, filozofii czy kina. Ambitny zestaw żartów, których słucha się jednak jak naprutego (pardon za język, ale ten w filmie jest jeszcze kilka pokładów niżej) wuja na weselu, który po przepoceniu na parkiecie koszuli i wąsów, siada do stołu i zaczyna polityczno-filozoficzne wywody. Każdy, kto był w takiej sytuacji, pamięta, że trzeba było szukać wówczas drogi ewakuacji. I podobnie jest podczas seansu "Wieczoru kawalerskiego".

Można byłoby jeszcze więcej rozpisywać się o absurdach fabuły, o efektach specjalnych z Painta, o kaleczonych kwestiach (To jak to jest w końcu z tym, co można wymawiać z lufą w ustach? Tylko samogłoski czy tylko spółgłoski? Bo w filmie są obie wersje) czy grze aktorskiej tak sztucznej jak rekwizyty broni użyte na planie. Tylko nie o to wszystko w tym filmie chodzi, a o nagość. Trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcom "Wieczoru kawalerskiego" chodziło jedynie o rozbieranie aktorek. "To kto jeszcze nie tańczył?" - pyta w jednej ze scen Wolf. No właśnie, tutaj fabuła jest tak poprowadzona, aby każda z pań zaliczyła swój striptiz na ekranie. Chylę aktorkom czoła za odwagę i umiejętności taneczne, ale pół filmu wygląda jak transmisja z internetowych sex-kamerek.

Ba, do tańca wyrywa się nawet Jan Wieczorkowski, choć w tym przypadku w ubraniach. Musicalową scenę jego bohater kwituje stwierdzeniem, że było to nawet lepsze niż "La La Land". Śmiechom nie było końca. Wszyscy śmiali się i dokazywali.

Nagości w filmie Gonery jest akurat pod dostatkiem. Na wszystko inne zabrakło już czasu, pomysłu i dobrej realizacji. Nagości w filmie Gonery jest akurat pod dostatkiem. Na wszystko inne zabrakło już czasu, pomysłu i dobrej realizacji.

Oglądać na własną odpowiedzialność



Śmieszny to był akurat pan instruktor paintballa. Oczywiście mam tu na myśli te zamierzone przez twórców "Wieczoru kawalerskiego" żarty. Ale - i tu zapewne wielu zaskoczę - fajnie, że takie filmy powstają. W życiu dążymy do realizowania pasji i celów zawodowych, chcemy uczyć się języków, podróżować do różnych krajów i zwiedzać, czytać więcej książek, słuchać muzyki, chodzić do kina czy teatrów, poleżeć na plaży czy pobiegać albo pójść na siłownię. Czasami jednak chce się legnąć na kanapę w kapciach, otworzyć paczkę chipsów, nażłopać się piwa i obejrzeć kiepski film. Bez takich produkcji jak "Wieczór kawalerski" co mielibyśmy wówczas włączyć? "Czas apokalipsy" czy "Panny z wilka"?

A propos jeszcze samego wilka. Ten ekranowy, czyli Wolf, w jednej ze scen - gdy akcja się już zagęszcza, a w tle dudni głośno muzyka - krzyczy do jednego ze swoich ludzi: "Wyłącz to g....o". Ja oczywiście swoją kanapę lubię, kapcioszki mam wygodne, piwkiem też od czasu do czasu nie pogardzę, tak jak i złym filmem. Ale u siebie w domu. W kinie oczekuję już jednak jakiegoś poziomu, więc - zupełnie przypadkiem, absolutnie - przez cały seans towarzyszył mi w głowie właśnie ten jeden cytat z filmu.

2/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

2.2
15 ocen

Wieczór kawalerski

komedia, kryminał

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (56)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Helios Forum Gdańsk Forum Gdańsk
Helios Alfa Centrum Alfa Centrum
Helios Metropolia Galeria Metropolia
Cinema1 Galeria Morena
Kino Muzeum Muzeum II Wojny Światowej
Kino IKM Instytut Kultury Miejskiej
Kino Spektrum Klub Kot

Sopot

Multikino Sopot Centrum Haffnera

Rumia

Multikino Rumia Galeria Rumia

Wydarzenia

BNP Paribas Kino Letnie Sopot-Zakopane 2024 (1 opinia)

(1 opinia)
10 zł
projekcje filmowe

Kino Letnie w Orłowie: Poprzednie życie

19 zł
projekcje filmowe

Kino Konesera: Mars Express. Świat, który nadejdzie

30 zł
projekcje filmowe