• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Recenzja filmu "Furiosa: Saga Mad Max". Świeci się rezerwa

Tomasz Zacharczuk
25 maja 2024, godz. 07:50 
Opinie (14)

George Miller swoją pędzącą na złamanie karku filmową maszynę raz jeszcze zatankował do pełna wysokooktanową rozrywką, choć tym razem do baku dostało się sporo ziarenek piasku. "Furiosa" skwapliwie korzysta ze wszystkich atutów "Fury Road", dlatego porównania obu produkcji trudno uniknąć. A na tle poprzednika najnowsza odsłona cyklu "Mad Max" wypada po prostu przeciętnie. Pomimo tego, i tak podczas seansu nie raz poczujemy swąd benzyny w nozdrzach i drobinki pustynnego pyłu w gałkach ocznych. Nie brakuje też scen, które wysadzą nas z kinowego fotela.



Pochodzący z Antypodów reżyser przez wielu określany jest mianem wizjonera współczesnego kina akcji. Dla mnie George Miller to także MacGyver mainstreamowej rozrywki, który z niczego potrafił stworzyć nie tylko coś efektywnego, ale szalenie efektownego. Dysponując tak naprawdę lichym budżetem, nakręcił osadzonego w postapokaliptycznej przyszłości i kameralnego w swojej formie "akcyjniaka", który - korzystając z terminologii stosowanej w przemyśle muzycznym - wielokrotnie pokrył się platyną.



Pozostając w sferze muzycznych porównań, pierwszy "Mad Max" był brudnym, chropowatym i surowym stoner rockiem. Jego kontynuacja przypominała z kolei melodyjny i drapieżny zarazem heavy metal. Trzecia część uderzała już w tony pozerskiego i wymuskanego glam rocka. I gdy wydawało się, że "Pod kopułą gromu" w niezbyt chlubnym stylu zamknie pustynną sagę skupioną wokół Maxa Rockatansky'ego, Miller - jak na rock'n'rollowca współczesnego kina "post-apo" przystało - przehibernował trzy dekady, po czym odżył i pokazał wszystkim środkowy palec. "Na drodze gniewu" było bowiem monumentalną rockową operą wśród nowoczesnych blockbusterów.

Wybuchowy powrót. Recenzja filmu Wybuchowy powrót. Recenzja filmu "Mad Max: Na drodze gniewu"

Rzadko zdobywam się na takie deklaracje, ale faktycznie "Fury Road" był game-changerem dla współczesnych kinowych widowisk. Mający na karku siedem dyszek reżyser wykazał się młodzieńczą fantazją, a jednocześnie udowodnił, że bez nadmiaru CGI można dziś nakręcić porywający i olśniewający wizualną maestrią film akcji. Po tym wyczynie George Miller mógł z czystym sumieniem obwieścić światu emeryturę i jeszcze długo spijać śmietankę z ust fanów i krytyków. Dziś prawie 80-letni filmowiec podjął jednak kolejne wyzwanie i tym samym stał się zakładnikiem swego sukcesu.

Furiosa (Anya Taylor-Joy) po stracie matki planuje zemstę na jej zabójcach. Nie będzie to jednak łatwe w postapokaliptycznym świecie zdominowanym przez oszalałych mężczyzn walczących o wodę i benzynę. Furiosa (Anya Taylor-Joy) po stracie matki planuje zemstę na jej zabójcach. Nie będzie to jednak łatwe w postapokaliptycznym świecie zdominowanym przez oszalałych mężczyzn walczących o wodę i benzynę.

Prequel sensowny, ale gorzej z realizacją



Wyjściowy koncept nowego "Mad Maxa" (a raczej spin-offu serii, o czym chyba zapominają niektórzy fani oryginalnego cyklu, torpedując nowy projekt Millera) wydaje się całkowicie zasadny. Wszak postać grana w "Fury Road" przez Charlize Theron była ozdobą filmu z 2015 roku, a w jej historii rzeczywiście tkwił potencjał na pełnoprawny film poświęcony wątkowi poszukującej zemsty kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn. W pierwszym akcie "Furiosy" poznajemy dziewczynkę, która zostaje uprowadzona przez Hordę Bikerów pod dowództwem nieobliczalnego Dementusa (Chris Hemsworth).

Młodziutka Furiosa, chcąc nie chcąc, zostaje wmanewrowana w konflikt pomiędzy przywódcą gangu zdziczałych motocyklistów a Nieśmiertelnym Joe (Lachy Hulme). Stawką jest oczywiście dostęp do deficytowej wody i paliwa, które na pustynnych bezdrożach stanowi wartość niemal bezcenną. Dorosła już Furiosa (Anya Taylor-Joy) nie kalkuluje. Nie interesują jej życiodajne zasoby. Liczy się żądza rewanżu za śmierć matki. W swojej, wydawałoby się straceńczej misji, może liczyć tylko na jednego sojusznika - Praetorianina Jacka (Tom Burke).

Epos o Furiosie George Miller dzieli na pięć aktów, ale tylko dwa z nich (w porywach do trzech) generują jakiekolwiek emocje wśród widzów. Australijski reżyser tym razem ma wyraźny problem z rozłożeniem fabularnych akcentów i dozowaniem nieskrępowanej ograniczeniami akcji. W dużym skrócie: ten film po prostu jest za długi, a twórcy chwytają za zbyt dużą liczbę wątków, by związać je finalnie w spójną całość. Stąd też masa uproszczeń w fabule i zagadkowych przeskoków w czasie. Mało tu logiki i konsekwencji. Za to sporo umowności i "wierzenia na słowo" twórcom scenariusza. Znaczący problem "Furiosy" dotyczy też głównej bohaterki, której prawowity czas na ekranie zagarnia pogubiony nieco w swoich działaniach Dementus.

"Furiosa", podobnie jak "Fury Road", oferuje sporo akcji w znakomitym wydaniu, choć tym razem kilkukrotnie można poczuć podczas seansu przestoje i wręcz nudę. "Furiosa", podobnie jak "Fury Road", oferuje sporo akcji w znakomitym wydaniu, choć tym razem kilkukrotnie można poczuć podczas seansu przestoje i wręcz nudę.

"Furiosa" to wciąż jednak widowisko najwyższych lotów



Nie chciałbym, wzorem wspomnianych scenarzystów, w jakikolwiek sposób upraszczać, lecz nie da się ukryć faktu, że gdy tylko Miller spowalnia fabułę (plus za chęci, minus za wykonanie), cały film - kolokwialnie mówiąc - siada. Zupełnie natomiast nie dziwi, że jeśli tylko reżyser poczuje ciąg za akcją, "Furiosa" wskakuje momentalnie na kilka poziomów wyżej i prezentuje się wyśmienicie. Tak, jak choćby w środkowym akcie, gdy jesteśmy świadkami fenomenalnie nakręconej sekwencji ataku na konwój.

Sposób, w jaki George Miller korzysta z kaskaderskich ewolucji i tradycyjnej pirotechniki, zasługuje na najwyższe uznanie. Pod tym względem "Furiosa" jest stemplem na reżyserskiej marce Australijczyka i wciąż bije na głowę hollywoodzką fascynację komputerowymi efektami. Aby jednak pozostać obiektywnym trzeba stwierdzić, że zastosowane CGI pozostawia, delikatnie mówiąc, wiele do życzenia i wzbudza obawy o jakość widowiska. Niepotrzebnie, jak się okazuje. Miller wciąż wie, jak ekranową "rozpierduchę" zamienić w dzieło sztuki.

Oczywiście to wciąż pochodna "Fury Road". Na etapie realizacyjnym twórcy "Furiosy" postawili na sprawdzone metody. Są więc w filmie ekwilibrystyczne manewry kamerą, montażowe patenty zaczerpnięte z poprzedniej części i muzyczne ozdobniki do złudzenia przypominające ścieżkę z "Na drodze gniewu". Pojawia się, co prawda, kilka szalonych "świeżynek" (rydwan Dementusa - oh Miller, you freakin' bastard!), ale zasadniczo mamy tutaj kopię stylu poprzedniego "Mad Maxa". I choćby w tym kontekście wybrzmiewa zasadnicze pytanie: jak nakręcić kontynuację czegoś, co aspiruje do miana dzieła sztuki?

Anya Taylor-Joy prezentuje się bez większych zarzutów. Trudniej ocenić wysiłki Chrisa Hemswortha, który czasami wzbudza zaciekawienie swoją postacią, ale równie często potrafi ją po prostu zmęczyć. Anya Taylor-Joy prezentuje się bez większych zarzutów. Trudniej ocenić wysiłki Chrisa Hemswortha, który czasami wzbudza zaciekawienie swoją postacią, ale równie często potrafi ją po prostu zmęczyć.

Poprzeczka "Fury Road" zbyt wysoka, by do niej doskoczyć



George Miller, zapewne wbrew sobie, odpowiada jednoznacznie na to pytanie: nie da się. Niestety poprzeczka ustawiona przez "Fury Road" okazuje się tak wysoka, że nawet mistrz świata w skoku o tyczce, Armand Duplantis, nie zdołałby wzbić się na ten poziom. Pod kątem realizacyjnym "Furiosa" to poziom olimpijski, ale o medal trudno się pokusić. Można je za to przyznawać, aczkolwiek raczej w kolorze brązowym, odtwórcom głównych ról.

Anya Taylor-Joy, a trudno mi było to wyobrazić, sprawdza się w tytułowej roli. Jej Furiosa niewiele mówi. Znacznie częściej operuje wyrazem twarzy, spojrzeniem, niedopowiedzianą na ekranie żądzą rewanżu i bezradnością. I to niekojarzonej dotychczas z kinem akcji aktorce przychodzi z zaskakującą łatwością. Co prawda wciąż Furiosą pozostaje dla mnie przebojowa i stanowcza Charlize Theron, ale jej młodszą wersję akceptuję bez zbędnych zastrzeżeń. Hejtowanie "Furiosy" tylko ze względu na to, że w miejsce Maxa wskakuje żeńska postać, jest kompletnym nonsensem. Zwłaszcza że mówimy przecież o tzw. spin-offie.



Szkoda jedynie, że przestrzeń Furiosy w filmie Millera dość restrykcyjnie zagarnia Dementus. W wydaniu znów świecącego gołym torsem Chrisa Hemswortha, który jednak pod tak - wydawałoby się - jednowymiarową postacią skrywa całkiem pokaźną głębię. Jej wydobycie, zwłaszcza w końcowym akcie graniczy już z karykaturą, aczkolwiek rodowity Australijczyk (który mógł na planie "Furiosy" odświeżyć swój rodowity akcent) zrobił chyba aż nadto, by wydobyć z postaci sfrustrowanego bikera postać niemal tragiczną. Wciąż jednak wolałbym dostać na ekranie więcej Furiosy niż Dementusa.

George Miller zapędził się w kozi róg. No bo jak przebić coś takiego jak "Na drodze gniewu"? W porównaniu z poprzednikiem "Furiosa" wypada blado i odtwórczo. Jako niezależne dzieło - w kontekście kina stricte rozrywkowego - prezentuje się z kolei całkiem nieźle. Trudno jednak nie mieć wrażenia, że George Miller rozbija i składa na nowo tę samą maszynę, którą tankuje tym samym paliwem. Mimo, że trasa do przebycia jest znacznie dłuższa, a postojów po drodze przybywa. Jednym z nich - w przypadku "Furiosy" - była chwilowa nuda, a to już ciężki grzech na sumieniu takiego rozrabiaki jak George Miller. Gdy jednak ktoś spyta, czy warto na tej jałowej ziemi postawić stopę, odpowiem w stylu ekranowego bikera: hell yeah!

6.5/10   Ocena autora
+ Oceń film

Film

6.6
21 ocen

Furiosa: Saga Mad Max (8 opinii)

(8 opinii)
sci-fi

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (14)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Wydarzenia

NYE. NT live w Helios na Scenie

44,90 zł
projekcje filmowe

NYE. NT live w Helios na Scenie

44,90 zł
projekcje filmowe

Filmowe Poranki: Barbapapa, cz. 1

28,90 zł
impreza filmowa, projekcje filmowe