• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Recenzja filmu "Elvis": Powrót króla rock'n'rolla

Tomasz Zacharczuk
25 czerwca 2022, godz. 11:00 
Opinie (28)

Baz Luhrmann robi, co może, by widownię swojego najnowszego filmu wprowadzić w euforyczny amok rodem z najlepszych koncertów Presleya. Częściowo to się udaje, bo obłędnie sfilmowane widowisko kiczowatym przepychem, rockandrollową energią i szaleńczym niemal tempem rzuca na kolana przed Królem i jego nieśmiertelną legendą. Problem w tym, że gruba warstwa efekciarstwa skrywa tak naprawdę bardzo uproszczoną i spłyconą opowieść o człowieku uwięzionym w złotej klatce. Wiele reżyserskich decyzji wydaje się dyskusyjnych, ale niepodważalnym faktem jest pojawienie się na hollywoodzkim firmamencie nowej gwiazdy. Nazywa się Austin Butler i za rolę Elvisa zgarnie Oscara.



Recenzje filmów - sprawdź, co warto obejrzeć



Przypominanie na wstępie muzycznych osiągnięć i popkulturowego dorobku Elvisa Presleya byłoby nie tyle truizmem, ile zwyczajnym faux pas. Nie trzeba przecież być koneserem twórczości Króla z Graceland, by zawadiacką czuprynę, obcisłe i fantazyjne stroje, rozkołysane biodra i charakterystyczny wokal bezbłędnie przypisać jednemu z najwybitniejszych artystów, jacy stąpali po ziemi. Właśnie powszechna rozpoznawalność Elvisa sprawia, że jego filmowa biografia nie zamyka się przed żadnym widzem. Dlatego kluczowe w odbiorze dzieła Baza Luhrmanna będą oczekiwania, z jakimi wybierzemy się do kina.

Jeśli priorytetowo potraktujemy chęć wgryzienia się w osobowość Presleya i jego życiorys, to lepiej pozostać w domu i wertować tony publikacji, artykułów i nagrań poświęconych geniuszowi rockandrolla. Obecność przed wielkim ekranem wydaje się natomiast obowiązkowa, jeżeli interesuje nas nieskrępowana faktografią rozrywka. Szkoda, że Luhrmann nawet nie spróbował stworzyć pomostu pomiędzy widowiskiem a bardziej wnikliwą biografią, ale w kinowej praktyce tego typu kompromis udaje się wypracować bardzo rzadko. Wystarczy choćby wspomnieć porywające, ale wygładzone z rys i krzywizn muzyczne portrety Mercury'ego w "Bohemian Rhapsody" i Eltona Johna w "Rocketmanie".

"Stranger Things", "Peaky Blinders", "Obi-Wan Kenobi": topowe seriale w natarciu



"Elvis" to przede wszystkim piorunujące tempo opowieści, widowisko najwyższych lotów i fenomenalna rola Austina Butlera. Brakuje natomiast lepszego scenariusza, który pogłębiłby część wątków i zredukował sporą ilość chaosu, jaki często wkrada się na ekran. Czasami twórcy chcą pokazać za dużo w jednej scenie. "Elvis" to przede wszystkim piorunujące tempo opowieści, widowisko najwyższych lotów i fenomenalna rola Austina Butlera. Brakuje natomiast lepszego scenariusza, który pogłębiłby część wątków i zredukował sporą ilość chaosu, jaki często wkrada się na ekran. Czasami twórcy chcą pokazać za dużo w jednej scenie.

Film jak kilka koncertów Elvisa w jednym



Australijskiego reżysera bardziej fascynuje nie Elvis-człowiek, a Elvis-ikona. Właściwie od pierwszych kadrów Luhrmann z impetem wskakuje w presleyowski żywioł, chcąc poniekąd ruchy sceniczne i energię swojego idola bezpośrednio zaimplementować w strukturę filmu. Stąd w "Elvisie" mnóstwo karkołomnych manewrów kamerą, dynamiczny, a nawet agresywny montaż (który często jednak przeszkadza i wprowadza chaos), cała paleta barw utrwalonych w kostiumach i scenografii oraz duża narracyjna swoboda. Stylistycznie wygląda to tak, jakby film łączył brawurę i bunt młodego Elvisa z blichtrem i (zamierzonym, na dodatek trafionym) kiczem rodem z występów Króla w Vegas.

Wizualne szaleństwo (bo tak to wygląda przez pierwszą godzinę filmu) znakomicie uzupełnia muzyka. I to nie tylko za sprawą presleyowskich szlagierów, które fantastycznie wybrzmiewają w różnych aranżacjach i wersjach. Ścieżkę dźwiękową uzupełniają klasyczne bluesowe kompozycje, pojawia się gospel, a nawet utwory B.B. Kinga czy Little Richarda. Z upływem czasu to jednak Elvis bezdyskusyjnie zagarnia dla siebie całą scenę, a olbrzymie wrażenie robią sekwencje koncertów. Podczas powrotnego występu w 1968 roku ma się ochotę wiwatować razem z filmową publiką. Znakomicie brzmi i wygląda również odwzorowanie pierwszego koncertu w hotelu International, podczas którego możemy się przekonać jak świetnym nie tylko wokalistą, ale i kompozytorem, dyrygentem i showmanem był Presley.

Ruszają kina plenerowe w Trójmieście

Muzyczną harmonię w filmie zaburzają jedynie wkradające się gdzieniegdzie nowoczesne, hiphopowe brzmienia, które są totalnym nieporozumieniem i zupełnie bezsensownym zaburzeniem całej stylistyki. Rozumiem, że twórcy zapewne chcieli podkreślić wkład Elvisa w dzisiejszą muzykę, ale połączenie pewnych rzeczy czasami po prostu się nie sprawdza, a wręcz drażni i przeszkadza. Tak jak w tym przypadku.

Główną osią fabularną filmu jest relacja Presleya z jego menedżerem, "Pułkownikiem" Parkerem, który jednocześnie jest narratorem filmu. Ten zabieg jednak nie do końca się sprawdza. Główną osią fabularną filmu jest relacja Presleya z jego menedżerem, "Pułkownikiem" Parkerem, który jednocześnie jest narratorem filmu. Ten zabieg jednak nie do końca się sprawdza.

Bardziej show niż filmowa biografia



Całą swoją strukturą dzieło Luhrmanna przypomina hołd złożony legendzie Presleya i podobnie wygląda to również na płaszczyźnie scenariusza. Twórcy ewidentnie nie chcieli zrobić krzywdy samemu Elvisowi i jego rodzinie. Najtrudniejsze wątki - uzależnienie od leków, zdrady, obsesyjna wręcz rozrzutność - zostają tutaj ledwie zasygnalizowane. Nadużywania narkotyków czy alkoholu wręcz nie widać. Relacje z Priscillą okrojono do podstawowego minimum. W tle pojawia się trochę historii i polityki, ale czasu na rozwinięcie tych wątków specjalnie za dużo nie ma, bo przecież "show must go on".

Fabuła to oczywiście nie dokument, a reżyser ma pełne prawo do swobodnego żonglowania prawdą i naciągania niektórych faktów. O ile oczywiście nie dochodzi do przekłamania i manipulacji. Takim pokusom Luhrmann na szczęście nie uległ, ale jego narracyjny pomysł nie do końca się sprawdza. Historię Elvisa poznajemy z perspektywy "Pułkownika" Parkera - człowieka, który de facto instruował swojego podopiecznego i miał na niego niebagatelny wpływ. Mówiąc wprost: pasożytował na talencie Presleya w sposób wręcz obrzydliwy. Powierzenie w filmie tak odpowiedzialnej funkcji narratora postaci skrajnie negatywnej, oślizgłej i odstręczającej, moim zdaniem, nie ma większego sensu i wzbudza spory niesmak.

Tym bardziej, że ekranowy Parker wydaje się sztampowym czarnym charakterem, który nie wychodzi poza sztywne ramy scenariusza. I tu dochodzimy do dwóch zadziwiających faktów: Tom Hanks gra negatywną postać, Tom Hanks gra co najwyżej przeciętnie. Wybitny przecież aktor, schowany pod niezliczonymi warstwami charakteryzacji i sztucznych kilogramów, dość biernie odtwarza scenariuszowe założenia. Zabrzmi to wręcz obrazoburczo, ale niestety Hanksa mógłby zastąpić aktor z czwartego, piątego szeregu w Hollywood i nie byłoby większej różnicy.

Dużą zaletą filmu Baza Luhrmanna są świetnie nakręcone sceny koncertowe. Mocnym emocjonalnie punktem jest również zakończenie. Dużą zaletą filmu Baza Luhrmanna są świetnie nakręcone sceny koncertowe. Mocnym emocjonalnie punktem jest również zakończenie.

Austin Butler: narodziny gwiazdy



Natomiast to, co w bezczelny niemal sposób wyczynia w tym filmie Austin Butler przechodzi jakiekolwiek pojęcie i przebija chyba nawet najbardziej optymistyczne prognozy. Co za talent, co za charyzma! I choć w konkursie sobowtórów Elvisa pewnie aktor nie miałby większych szans (choć mnie absolutnie przekonał), to sposób odwzorowania jego ruchów, gestów, mimiki czy głosu jest powalający. Elvis urodził się, by zostać królem rockandrolla, Butler przyszedł na świat, aby zagrać Presleya. Jeśli Rami Malek (zasłużenie) dostał Oscara za "Bohemian Rhapsody", to Butler - dodając jeszcze do swojej roli wokal i mając więcej intymnych scen do zagrania - sprawia, że przyszłoroczne rozstrzygnięcie w kategorii najlepsza rola pierwszoplanowa zdaje się być formalnością.

I znów można ponarzekać, że dysponując takim aktorskim złotem, Luhrmann tak powierzchownie i w bardzo asekuracyjny sposób opowiada o samotności idola wielbionego przez miliony, o jego demonach i słabościach, które w tragicznych okolicznościach zdeformowały (dosłownie i w przenośni) wizerunek Króla. Tej pustki w "Elvisie" nie da się wypełnić nieśmiertelnymi szlagierami, zdjęciami czy nawet kapitalnym Butlerem. W kinie, tak jak w muzyce, czasami nie jakość, a emocje towarzyszące danemu dziełu decydują o uwielbieniu publiki. A emocji w tym filmie akurat nie brakuje, chociaż chyba obejdzie się bez omdleń na widowni i rzucania damską bielizną w ekran.

OCENA: 7/10

Film

8.2
30 ocen

Elvis

biograficzny, dramat, muzyczny

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (28)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Lato na Patio 2022

w plenerze, projekcje filmowe, warsztaty

Poranki filmowe w GCF

projekcje filmowe

Wakacyjne Seanse ze Sztuką

projekcje filmowe