• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Recenzja filmu "Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu". Ryzyko się opłaciło

Tomasz Zacharczuk
12 listopada 2022, godz. 13:00 
Opinie (56)

Od momentu wylania fundamentów pod imponujące już swoimi rozmiarami filmowe uniwersum chyba żaden z dotychczasowych projektów Marvela nie był obarczony tak dużym ryzykiem artystycznym i jednocześnie tak ciężkim ładunkiem emocjonalnym jak właśnie "Wakanda w moim sercu". Wydawało się, że wraz z Chadwickiem Bosemanem odszedł bezpowrotnie mit Czarnej Pantery. Najnowszy film Ryana Cooglera to jednak nie tylko unikający przesadnie żałobnych tonów wysublimowany hołd złożony zmarłemu aktorowi, lecz również, a może nawet przede wszystkim, nadspodziewanie udana koncepcja załatania olbrzymiej wyrwy, jaka pojawiła się w panteonie marvelowskich superbohaterów.



Repertuar kin w Trójmieście


Śmierć Chadwicka Bosemana (aktor odszedł w 2020 roku po przegranej walce z chorobą) była szczególnie bolesnym ciosem nie tylko dla fanów Czarnej Pantery, ale również dla całego pionu decyzyjnego w studiu Marvela, które wobec króla T'Challi miało całkiem poważne plany. Wszak postać ta miała być jednym z głównych architektów tzw. czwartej fazy MCU, lecz w obliczu tragicznych okoliczności całą koncepcję momentalnie trzeba było przebudować. Przede wszystkim należało określić przyszłość władcy Wakandy: wybrać następcę Bosemana i brnąć w narrację w stylu "jakoś to będzie" czy kompletnie przearanżować dotychczasową wizję i poszukać nowych fabularnych rozwiązań. Druga z tych opcji wydawała się znacznie bardziej ryzykowna, lecz "Wakanda w moim sercu" udowadnia, że była to skądinąd słuszna i poparta trafnymi argumentami decyzja.

Wakanda traci swojego króla, który umiera na tajemniczą chorobę. Na tronie zasiada jego matka, Ramonda. Jednocześnie do gry wchodzi podwodna nacja Telokanów, których władca - Namor - chce podporządkować sobie całe życie na powierzchni. Wakanda traci swojego króla, który umiera na tajemniczą chorobę. Na tronie zasiada jego matka, Ramonda. Jednocześnie do gry wchodzi podwodna nacja Telokanów, których władca - Namor - chce podporządkować sobie całe życie na powierzchni.

Epitafium dla Chadwicka Bosemana



Wybierając się na seans filmu Ryana Cooglera miałem ogromne obawy dotyczące tego, czy aby kontynuacja "Czarnej Pantery" nie skupi się zbyt mocno na honorowaniu Bosemana, a żałobny wydźwięk produkcji całkowicie nie przysłoni artystycznej jakości dzieła. Na szczęście twórcy nie tylko wykazali się odpowiednią wrażliwością, ale zastosowali też starannie wyważone środki ekspresji, co w skłonnej do przesadnych reakcji i nachalnego pogrywania emocjami hollywoodzkiej kinematografii wcale przecież nie jest standardem. Być może nie jest to hołd z kategorii tych bardziej subtelnych, do których zaliczyć można choćby pożegnanie Paula Walkera w serii "Szybcy i wściekli", lecz daleko tu również od wykalkulowanego przez producentów wyciskania łez.

Nieobecność Chadwicka Bosemana i Czarnej Pantery scenarzyści postanowili wytłumaczyć widzom w przejrzysty sposób, bez zbędnego kombinowania. T'Challa zapadł na tajemniczą chorobę i nawet pomimo zaawansowanej w Wakandzie technologii i geniuszu jego siostry Shuri, nie udało się władcy uratować. Uroczystości pogrzebowe, które obserwujemy na samym początku filmu, to oczywiście pośrednio pożegnanie samego aktora. Pożegnanie z typowymi dla tego marvelowskiego kraju energią, folklorem i symboliką, z którymi jednak wyraźnie gryzie się widok lewitującej ku niebu trumny, co tylko potwierdza, że zwłaszcza w wysokobudżetowych produkcjach, zawsze niestety istnieje ryzyko zaakcentowania totalnego bezguścia. Niemniej początkowe kadry wraz z kilkoma końcowymi tworzą wzruszającą emocjonalną klamrę oddającą hołd Bosemanowi.

Nowa "Czarna Pantera" oferuje całkiem ciekawą historię, którą wieńczy przeciętny jednak finał. Ponad średnią nie wybija się także warstwa wizualna. Na plus dobra muzyka i aktorskie kreacje. Nowa "Czarna Pantera" oferuje całkiem ciekawą historię, którą wieńczy przeciętny jednak finał. Ponad średnią nie wybija się także warstwa wizualna. Na plus dobra muzyka i aktorskie kreacje.

Umarł król, niech żyje księżniczka



Tego oczywiście można było się spodziewać, ale zaskakująco nieźle scenarzyści poradzili sobie z fabularnym wypełnieniem nowej "Czarnej Pantery". Pozbawiona głównego protektora Wakanda wydaje się być łatwym celem dla światowych mocarstw pragnących dobrać się do złóż vibranium - najtwardszego z metali. Silne rządy królowej Ramondy (Angela Bassett) pozwalają jednak afrykańskiemu państwu zachować niezależność i nienaruszalność granic. Do czasu, gdy na horyzoncie pojawia się niespodziewany przeciwnik. Okazuje się bowiem, że ludność Wakandy nie jest jedyną, która wykorzystuje możliwości cudownego minerału. Głęboko w morskich głębinach funkcjonuje jeszcze jedna nacja czerpiąca moc z vibranium - Talokanie pod przywództwem bezwzględnego Namora, który aby chronić swój lud, jest gotów wypowiedzieć wojnę wszystkim żyjącym na powierzchni.

Równolegle i bardzo starannie przy tym twórcy rozwijają postać Shuri (Letitia Wright, ta sama, która niedawno zagrała u Agnieszki Smoczyńskiej w "The Silent Twins") - obwiniającej się za śmierć brata i pogrążonej w żałobie następczyni tronu, która w dość naturalny sposób staje się główną bohaterką filmu. Bohaterką intrygującą, charyzmatyczną (choć wiele jeszcze brakuje do T'Challi), ciekawie przeobrażającą się na naszych oczach i niejednoznaczną, co sprawia, że choć częściowo udaje się Ryanowi Cooglerowi zatuszować nieobecność Bosemana. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest to jedna z najlepiej podprowadzonych postaci w uniwersum Marvela i wcale nie będzie zaskoczeniem, jeśli Shuri w nowym wydaniu jeszcze mocniej zaakcentuje swoją rolę w kolejnych filmowych projektach.

Film Ryana Cooglera jest zaskakująco niezłym powrotem do Wakandy i próbą wypełnienia luki po Chadwicku Bosemanie. Film Ryana Cooglera jest zaskakująco niezłym powrotem do Wakandy i próbą wypełnienia luki po Chadwicku Bosemanie.

Widowisko bez fajerwerków



Oczywiście poza historią o podwodnym Talokanie i Shuri upchnięto w "Czarnej Panterze" jeszcze mnóstwo pobocznych wątków, które sprawiają, że fabuła momentami już pęka w szwach, ale trudno jednocześnie zarzucić jej brak spójności i interesującego, bądź co bądź, konceptu. A o takie ostatnio w marvelowskim świecie dość trudno. Gorzej niestety jest już z realizacją. O ile "Wakanda ..." stanowi piękny hołd złożony Bosemanowi i jest ciekawą kontynuacją historii z 2018 roku, o tyle jako widowisko wypada raczej przeciętnie.

Efekty specjalne, zdjęcia, montaż prezentują solidny poziom, ale warstwa wizualna (ze słabą eksploracją Wakandy i dość mdłą oraz zaciemnioną wizją podwodnego królestwa) na pewno nie zawyża notowań filmu Ryana Cooglera. Problemy dotyczą również tempa, bo niejednokrotnie wraz z bohaterami wpływamy na mielizny, z których wygramolenie się wcale nie następuje zbyt szybko. Trudno jednak ominąć fabularne przestoje, skoro mówimy o 2,5-godzinnej produkcji, której z oczywistych powodów nie da się wypełnić tylko i wyłącznie akcją. Pochwalić za to należy choreografię niektórych pojedynków (choć wciąż pod tym kątem jest dość ubogo), klimatyczną muzykę i wspomnianą Letitię Wright, która prezentuje się tu zdecydowanie najlepiej, aczkolwiek na kilka solidnych plusów przy swoich nazwiskach zapracowali też Angela Bassett (Ramonda), Tenoch Huerta (Namor) czy znów zbytnio oszczędzany przez scenarzystów Martin Freeman (Everett Ross).

Pomimo bardzo widocznego momentami braku Chadwicka Bosemana, nową "Czarną Panterę" należy jednak docenić za chęć bycia czymś więcej niż jedynie filmowym hołdem i próbą zaleczenia ran. Nawet jeśli ta wymuszona zmiana koncepcji wydaje się jeszcze nie do końca dopracowana, to widać pewien kierunek, w którym Wakanda już pod nowym dowództwem stara się podążać. Jest lepiej niż można się było tego spodziewać, dlatego śmiało można obwieścić, iż "Czarna Pantera" szybko zniknęła z listy gatunków zagrożonych wymarciem.

OCENA: 6/10

Film

6.5
34 oceny

Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu

akcja, sci-fi

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (56)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Przegląd Kina Feministycznego

impreza filmowa, projekcje filmowe, przegląd

Brainwashed: seks, kamera, władza

projekcje filmowe, spotkanie

VHS Hell

projekcje filmowe