W związku z oficjalnym rozporządzeniem o odwołaniu wszelkich imprez masowych, wydarzeń kulturalnych oraz pokazów kinowych, wszystkie kina w Trójmieście zdecydowały o zamknięciu swoich obiektów do odwołania.
Szczegółowe informacje o zwrotach zakupionych wcześniej biletów, repertuarze i ponownej dostępności obiektów będą udostępniane na stronach poszczególnych kin.

Nasze recenzje

stat

Lot na autopilocie. Recenzja filmu "Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie"

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie - zwiastun:


Finałowy epizod najsłynniejszej międzygalaktycznej sagi przypomina pełną turbulencji podróż kosmicznym statkiem, którego J.J. Abrams, tuż po zaciągnięciu dźwigni z opcją hipernapędu, przełącza na autopilota. Maszynie z napisem bocznym "Skywalker. Odrodzenie" ewidentnie brakuje opanowanego pilota, który zdecydowanym ruchem chwyci za stery i nie pozwoli, by pielęgnowana od dekad legenda rozbijała się po drodze o relikty chlubnej przeszłości. "Gwiezdne Wojny" na samym finiszu bowiem wpadły w pułapkę własnego fenomenu.



Czy zamierzasz obejrzeć najnowszą część "Gwiezdnych Wojen"?

oczywiście, i to możliwie szybko, uwielbiam całą sagę 38%
tak, ale odczekam, aż minie pierwszy szturm na kina 27%
kiedy puszczą w telewizji, to obejrzę 13%
nie, bo liczą się tylko pierwsze trzy części "Gwiezdnych Wojen" 10%
nie, ta saga nigdy mnie nie interesowała 12%
zakończona Łącznie głosów: 669
Dziewiątą i w założeniu ostatnią część słynnego cyklu można porównać z pożegnalnym występem rockowej legendy, która pomimo słyszalnego fałszu i ogranego do bólu repertuaru nadal może liczyć na uwielbienie wiernej, wiwatującej publiki. Wymagających fanów "Gwiezdnych Wojen" tanimi sztuczkami oszukać się jednak nie da, o czym disnejowska finansjera najwyraźniej zapomniała. W "Odrodzeniu" za dużo jest wykalkulowanego sentymentu i dochodowej prostoty, zbyt mało świeżości i przede wszystkim emocji, które u kresu tak długiej filmowej wędrówki powinny towarzyszyć widzowi na każdym kroku.

Tak się jednak nie dzieje, bo nieco rozleniwionym scenarzystom brakuje śmiałości, by finałowy epizod uwolnić spod ciężaru poprzednich części, a doskonale już znanym postaciom podarować więcej swobody. Rey (Daisy Ridley) i Kylo Ren (Adam Driver), podobnie jak miało to miejsce w "Ostatnim Jedi", uporczywie przeciągają między sobą linę, podczas gdy pozostali bohaterowie w znacznej mierze ograniczają się do roli statystów. Na drobne fabularne gratisy może jeszcze liczyć Poe (Oscar Isaac), lecz już pomysł na Finna (John Boyega) producenci w zasadzie wyczerpali wraz z napisami końcowymi "Przebudzenia mocy". Niemal bezrobotny w "Odrodzeniu" ex-szturmowiec staje się w konsekwencji jedną z najbardziej irytujących postaci całej serii. Pozycji Jar-Jar Binksa na szczęście jeszcze nie zagraża.

Dziewiąta część cyklu wieńczy dzieło zapoczątkowane przez George'a Lucasa, a odrestaurowane po latach przez J.J. Abramsa. Choć lista zarzutów pod adresem "Skywalker. Odrodzenie" ciągnie się w nieskończoność, to szczególnie w końcowych kadrach (zwłaszcza w rewelacyjnym ostatnim kadrze) zaklęta jest magia tego kosmicznego uniwersum.
Dziewiąta część cyklu wieńczy dzieło zapoczątkowane przez George'a Lucasa, a odrestaurowane po latach przez J.J. Abramsa. Choć lista zarzutów pod adresem "Skywalker. Odrodzenie" ciągnie się w nieskończoność, to szczególnie w końcowych kadrach (zwłaszcza w rewelacyjnym ostatnim kadrze) zaklęta jest magia tego kosmicznego uniwersum. mat. prasowe/ Disney
Oczywiście na ostatniej prostej twórcy filmu rozrzedzają nareszcie aurę tajemnicy wokół postaci Rey. Jedna z największych zagadek reaktywowanej serii zostaje rozwiązana, choć zaproponowana przez scenarzystów koncepcja raczej nie zamknie dyskusji wokół głównej bohaterki. Śmiem wątpić, aby właśnie taki pomysł towarzyszył Abramsowi na etapie restartowania cyklu w "Przebudzeniu mocy". To raczej dość intuicyjne rozwiązanie wypracowane pod presją czasu aniżeli misternie utkany plan. Zresztą, jak wiele fabularnych wtrętów w "Odrodzeniu", poczynając od powrotu Lando Calrissiana (skądinąd udanego i nieźle wkomponowanego w historię), po głośny i zapowiadany w zwiastunach powrót Imperatora (bynajmniej nie epizodyczny).

Zaproponowany przez twórców filmu rozwój wydarzeń być może mógłby być bardziej przyswajalny, gdyby nie wyraźnie tym razem rozedrgana reżyserska ręka J.J. Abramsa. Pewny siebie w "Przebudzeniu mocy" wizjoner i fan "Gwiezdnych Wojen" ewidentnie zatracił gdzieś rezon i dał się wmanewrować w producenckie ustawki. Owszem, zadanie miał piekielnie ciężkie. Wszak właśnie jemu przyszło wieńczyć ponadczasowe dzieło George'a Lucasa. Dodatkowo doszła również presja po dyskusyjnym w wielu kręgach popisie Riana Johnsona w "Ostatnim Jedi". Pewne jest jednak, że powrót na kosmiczną orbitę Abramsowi nie do końca się udał.

"Odrodzeniu" brakuje przede wszystkim płynności, odpowiedniego rytmu, umiejętnego zbalansowania postaci i rozłożenia emocji. Film gna szalonym tempem. Tak jakby reżyser z uporem fundował nam raz po raz skoki w nadprzestrzeń. Fanom serii nie trzeba tłumaczyć, ile wysiłku kosztuje podróżników jeden taki manewr. W najnowszej części jesteśmy bezlitośnie rzucani z kąta w kąt, a w żadnym miejscu nie ma czasu na choćby krótki postój. Pobocznych wątków jest zbyt dużo, by w pełni nacieszyć nimi oko.

Fabularnie "Odrodzenie" rozczarowuje, bo jego twórcy dość niechlujnie łączą poszczególne wątki, a niektóre rozwiązania scenariuszowe można oględnie nazwać dyskusyjnymi. Zbyt szybko widz może się też połapać w najbardziej kluczowych zwrotach akcji. Historia w pewnym momencie staje się do bólu przewidywalna.
Fabularnie "Odrodzenie" rozczarowuje, bo jego twórcy dość niechlujnie łączą poszczególne wątki, a niektóre rozwiązania scenariuszowe można oględnie nazwać dyskusyjnymi. Zbyt szybko widz może się też połapać w najbardziej kluczowych zwrotach akcji. Historia w pewnym momencie staje się do bólu przewidywalna. mat. prasowe/ Disney
Tym większa szkoda, że twórcom filmu ponownie udało się wykorzystać ciekawe plenery do scen akcji. Karkołomne pościgi na pustyni czy efektowna walka na środku rozszalałego morza w ruinach Gwiazdy Śmierci prezentują się znakomicie. Podobnie jak mroczna planeta Exegon, którą odwiedzamy wraz z Kylo Renem w świetnej scenie otwarcia. Pojawia się jednak całe mnóstwo innych lokalizacji i bohaterów, którymi nie jesteśmy się w stanie nacieszyć. Całość wygląda więc jak atrakcyjna wycieczka, której uczestnicy nie mają nawet okazji wysiąść z autobusu. Widoki podziwiają zza szyby.

W "Odrodzeniu" niknie zresztą trochę cały aspekt rozrywkowy. Zamiast przygód widzowie obserwują zaliczanie kolejnych misji. Trochę jak w grze komputerowej. Nie idziemy przecież do kina po to, by biernie przyglądać się temu, jak ktoś steruje postaciami, odhaczając mnożące się w nieskończoność "questy". Napięty grafik rozpisany przez scenarzystów niestety znacznie zmniejsza frajdę, jaka od zawsze towarzyszyła każdemu seansowi z cyklu "Gwiezdnych Wojen". Zmniejsza, ale nie całkowicie niweluje, bo struktura akcji i charakter całej serii nie pozwalają się zbyt długo nudzić. Z powodu powtarzalnych schematów i nieznośnej szczególnie w drugiej połowie filmu przewidywalności poziom końcowej satysfakcji wydaje się jednak niewystarczający.

Istotny problem dotyczy też przesadnie sentymentalnego tonu. Dzieło dopełniające tak bogatą kartę w historii światowej kinematografii nie może oczywiście uciekać od odniesień i nawiązań względem poprzednich epizodów. Tego w "Odrodzeniu" jest jednak zbyt wiele. Niemal każda scena zawiera mniej lub bardziej widoczne mrugnięcie okiem do fanów serii. Czasami można odnieść wrażenie, że właśnie na tym aspekcie twórcy filmu skupili się najbardziej, poświęcając mniej czasu na bardziej wymagające zagadnienia. Wygląda to momentami komicznie. Tak jakby producenci chcieli za wszelką cenę odhaczyć wszystkie punkty na liście pierwszych skojarzeń, które wpadają nam do głowy po komendzie "Star Wars".

"Odrodzenie", jak niemal każdy film domykający pewien etap w historii kina, ugina się pod ciężarem ekranowego sentymentalizmu. Czasami to bawi i wzrusza, gdzieniegdzie irytuje lub zobojętnia. Pewne jest jednak, że takich nostalgicznych chwytów jest zdecydowanie zbyt dużo.
"Odrodzenie", jak niemal każdy film domykający pewien etap w historii kina, ugina się pod ciężarem ekranowego sentymentalizmu. Czasami to bawi i wzrusza, gdzieniegdzie irytuje lub zobojętnia. Pewne jest jednak, że takich nostalgicznych chwytów jest zdecydowanie zbyt dużo. mat. prasowe/ Disney
Część z tych absurdalnych nieraz pomysłów prezentuje się naprawdę solidnie. Wzruszeń na pewno nie zabraknie przy okazji zapowiadanego pożegnania Carrie Fisher. Uśmiech sam ciśnie się na usta, widząc za sterami Sokoła Millenium Lando Calrissiana i Chewiego. Zgrabnie wymyślony wątek z C-3PO dostarczy niemałej porcji humoru (którego fragmentami brakuje aż za bardzo), a ponure kadry roztrzaskanej Gwiazdy Śmierci zadziałają bardziej pobudzająco niż odgrzebana z zakamarków maska Lorda Vadera przy dźwiękach Marszu Imperialnego. Przy okazji duże ukłony kolejny raz w kierunku Johna Williamsa za pobudzające i ożywcze odświeżenie ścieżki dźwiękowej.

Abstrahując od rozwiązań fabularnych, od których w znacznej mierze zapewne będzie zależeć odbiór filmu (decydujące będą szczególnie dwie sceny), "Skywalker. Odrodzenie" sprawia wrażenie bardzo przeciętnego epizodu, ale zarazem nieźle nakręconego hołdu pożegnalnego, o którym jednak nie będzie się długo pamiętać. Może zamiast bić kolejne pokłony w kierunku klasyki, należało właśnie teraz, przy jednoczesnym poszanowaniu tradycji i docenieniu gigantycznego wkładu "Gwiezdnych Wojen" we współczesną popkulturę, podarować tej zasłużonej legendzie namiastkę artystycznej, nieskrępowanej wolności. Wolności, której hasła przyświecały naszym ulubionym, gwiezdnym bohaterom i o którą toczyła się przecież walka Jasnej z Ciemną Stroną Mocy - dawno, dawno temu w nie tak odległej dla wielu z nas galaktyce.

OCENA: 6,5/10

Film

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (24 opinie)

6.8
produkcja
USA
premiera
19 grudnia 2019
czas trwania
2 godz. 35 min.