Nasze recenzje

Przejażdżka na oparach. Recenzja filmu "Zabójcze maszyny"


Erę ruchomych miast poprzedził 60-minutowy kataklizm, który niemal całkowicie wykasował imponujący dorobek ludzkiej cywilizacji. Twórcom "Zabójczych maszyn" wystarczyły tymczasem dwie godziny, by wytępić filmową logikę i spektakularnie wyrzucić w błoto setki milionów dolarów. Poza niekończącą się ekscytacją efektami specjalnymi trudno w ociężałym widowisku doszukać się wartościowych pozytywów. Pocieszne dla oka, niestrawne dla rozumu.



Wspomniany kataklizm ludzkość oczywiście zafundowała sobie sama. Eskalacja różnej maści konfliktów doprowadziła do użycia broni masowej zagłady, co poskutkowało cofnięciem technologicznego i cywilizacyjnego zegara o całe wieki. Tysiąc lat później po zdewastowanej powierzchni planety poruszają się gigantyczne metropolie, które aby przeżyć, muszą wchłaniać mniejsze, zazwyczaj stacjonarne osady. Początkowo trudno to sobie zwizualizować, ale już w scenie otwarcia filmowcy widowiskowo objaśniają teorię olbrzymich miast na kółkach. Brzmi i wygląda obiecująco.

Później niestety już tak efektownie nie jest. Oczywiście wciąż piorunujące wrażenie robią filmowe sztuczki, a podrasowany w komputerze steampunkowy (w dużym uproszczeniu: kreowany za pomocą maszyn i mechanicznych elementów) świat zachwyca najdrobniejszymi szczegółami i potęguje jeszcze bardziej efekt postapokalipsy. Tło, jak to już bywa w przypadku produkcji firmowanych nazwiskiem Petera Jacksona, prezentuje się więc okazale. Problemem są jałowe, ograbione z większych emocji i mało wyraziste postaci wkomponowane w coraz to bardziej rozsypującą się fabułę.

"Zabójcze maszyny" przenoszą nas w postapokaliptyczny, steampunkowy świat, w którym życie toczy się w gigantycznych, ruchomych miastach. Zarządca jednego z największych - Londynu, Thaddeus, odkrywa dawną broń, którą chce wykorzystać w walce o wpływy. Naprzeciw tyranowi staje dwójka nastolatków.
"Zabójcze maszyny" przenoszą nas w postapokaliptyczny, steampunkowy świat, w którym życie toczy się w gigantycznych, ruchomych miastach. Zarządca jednego z największych - Londynu, Thaddeus, odkrywa dawną broń, którą chce wykorzystać w walce o wpływy. Naprzeciw tyranowi staje dwójka nastolatków. mat. prasowe/UIP
Sedno opowieści, a więc starcie napędzanych tonami paliwa i stali miast-kolosów, rozmywa się w międzyczasie na bezkształtne kino przygodowe pożenione z mizernie podgrzewanym romansem pary nastolatków. Hester (Hera Hilmar) i Tom (Robert Sheehan) pochodzą z dwóch różnych światów, lecz po przypadkowym spotkaniu zawiązują sojusz i stają naprzeciw Thaddeusa Valentine'a (Hugo Weaving), zarządcy jednej z największych mechanicznych metropolii, zwanej Londynem. Na wroga patrzą spode łba, na siebie coraz bardziej maślanymi oczami. I już wiemy, w którą stronę "Zabójcze maszyny" będą się kierować.

Kto czytał powieść Philipa Reeve'a o tym samym tytule, ten doskonale wie, że najwięcej ciekawych treści znajdzie tu dla siebie młody widz. Nie inaczej jest w filmie reżyserowanym przez debiutanta, Christiana Riversa. Ma być przejrzyście, efektownie i dynamicznie. Szkoda jedynie, że każde z tych określeń obowiązkowo należy poprzedzić słówkiem "zbyt". Fabuła jest pretensjonalna, banalna, rozczarowująco przewidywalna i nielogiczna. Obudowana co prawda zachwycającą miejscami warstwą techniczną, ale wciąż niedopracowana i niedostatecznie angażująca.

Twórcy "Zabójczych maszyn" mają też wyraźny problem z rozłożeniem emocjonalnych akcentów. Potrafią sceny wymagające skupienia i opatrzone wzruszeniem, jak choćby retrospekcje z życia Hester, wymieszać z nietrafionym humorem i kuriozalnymi sytuacjami. Na czele z tą, w której Tom przed wyruszeniem w misję życia, mając ledwie kilka sekund na reakcję, wybiera sobie... kurtkę na drogę. Równie abstrakcyjne jest umieszczenie w filmie... minionków i nieszczęśliwie zakochanego mechanicznego zombiaka. Ten, notabene, i tak jest ciekawszy od wszystkich pozostałych postaci razem wziętych. Historia Shrike'a to spory potencjał na oddzielny film.

Hester (Hera Hilmar) wciąż nie potrafi rozliczyć się z przeszłością i szuka zemsty na Thaddeusie (Hugo Weaving). Na jej drodze przypadkowo staje Tom (Robert Sheehan). Oboje wkrótce, poza wspólną sprawą, połączy uczucie.
Hester (Hera Hilmar) wciąż nie potrafi rozliczyć się z przeszłością i szuka zemsty na Thaddeusie (Hugo Weaving). Na jej drodze przypadkowo staje Tom (Robert Sheehan). Oboje wkrótce, poza wspólną sprawą, połączy uczucie. mat. prasowe/UIP
Plejada pozostałych postaci głównie irytuje. Posiadający symptomy zaawansowanego ADHD Tom potrafi widza solidnie zmęczyć, śmiertelnie poważna Hester sprawia wrażenie niesympatycznej i ciężko jej kibicować nawet w finałowej potyczce, zaś wydawałoby się opanowany i chłodno kalkulujący czarny charakter w kluczowej scenie okazuje się być impulsywnym kretynem, który nie widzi, że za chwilę doprowadzi do katastrofy. Na dokładkę mamy jeszcze karykaturalną kobietę-ninja w czarnych okularach zapożyczonych od Morfeusza z "Matrixa". Jest jeszcze niejaki Bevis Pod, o którym scenarzyści pod koniec filmu... zapomnieli. Cóż, może odnajdzie się, równie przypadkowo jak się pojawił, w drugiej części.

Aktorska mizeria bije po oczach, bo nawet najbardziej doświadczony ze stawki Hugo Weaving odrabia filmową pańszczyznę zamiast czerpać jakąkolwiek przyjemność ze swojej postaci. Ciężko jednak silić się na entuzjazm, gdy scenarzyści dialogi ograniczają do wymiany zdań typu: " - Zróbmy to! - Tak, zróbmy". No to zrobili - gnające na złamanie karku widowisko, na które można popatrzeć, ale słuchać się tego po prostu nie da. Rozmyślać nad poszczególnymi wątkami też nie warto, bo sensu w tej opowieści tyle, co roślinności na postapokaliptycznej pustyni. Wykreowany na ekranie świat może się podobać, ale zdecydowanie za mało w nim inteligentnych form życia. Chyba że całość potraktujemy z bardzo, ale to bardzo dużym przymrużeniem oka. A najlepiej obojga oczu.

Największą i chyba jedyną zaletą "Zabójczych maszyn" są świetne efekty specjalne i znakomicie zwizualizowane gigantyczne metropolie przemierzające wyludniałą Ziemię.
Największą i chyba jedyną zaletą "Zabójczych maszyn" są świetne efekty specjalne i znakomicie zwizualizowane gigantyczne metropolie przemierzające wyludniałą Ziemię. mat. prasowe/UIP
Filmowcy tytułowe zabójcze maszyny potraktowali jak zabawki na korbkę - nakręcili i puścili w ruch, a nam pozostaje jedynie czerpać frajdę z tego, jak się zderzą bądź wypadną za krawędź. Dzieło Christiana Riversa jest pewnego rodzaju hybrydą "na bogato" "Transformersów" z "Mad Maxem" dla nastolatków, którzy podczas nudnawej lekcji, spoglądając za okno, marzą o przygodach, a w międzyczasie ukradkiem zerkają na siedzącą obok skrytą sympatię. I nie ma w tym nic złego. Podobnie jak w "Zabójczych maszynach" nie ma już paliwa, które dorosłym widzom mogłoby zapewnić przejażdżkę na pełnych obrotach bez zaciągania wstecznego.

OCENA: 4/10

Film

Zabójcze maszyny
5.4 16 ocen

Zabójcze maszyny (11 opinii)

produkcja
Nowa Zelandia
gatunek
Sci-Fi
premiera
7 grudnia 2018
czas trwania
2 godz. 8 min.

Opinie (46) 2 zablokowane

  • Rozumiem smoki, czary-mary, supermoce, napęd nadświetlny (7)

    Ale do jasnej anielki, jeżdżące miasta nawet nie próbują być logiczne! To wszystko by się rozpadło na pierwszym wyboju, żarło hektolitry paliwa na sekundę i potrzebowało gigantycznych (stacjonarnych) warsztatów do napraw i konserwacji.
    Może w książkach wyglądało to inaczej, nie wiem.

    • 45 16

    • Wiesz, to chyba nie mialo byc realistyczne

      • 14 1

    • Podobnie jak czarymary

      • 10 1

    • (1)

      Poza tym może były w gazie....

      • 19 0

      • Jestem miastem w el pe gie, równam z ziemią całe wsie!

        • 23 0

    • Coś takiego "w pigułce" to atomowe lotniskowce, poza tym to jednak fantastyka.

      • 5 0

    • w 21 wieku już takie mamy

      tylko na wodzie :-)

      • 2 0

    • Kto takie pierdoły oglada

      • 2 4

  • (3)

    polacy wszystko krytykują, nic się nie podoba. Niech go obejrzą, a potem komentują. Tak ja to zrobię,w najbliższy wtorek bo taniej pozdrawiam Wszystkich

    • 20 37

    • Lepiej mnie nie pozdrawiaj, draniu

      • 3 7

    • ....... (1)

      Jak dla mnie film był ok.Lubię takie fimy, a czy jest to normalne, że miasta jeżdżą ? Pewnie przecież to fantastyka, fikcja nie doszukujmy się w tym jakiejś logiki.

      • 5 1

      • We Wladcy Pierscieni las chodzil to tym bardziej uwierze ze muasto jedzie

        • 0 0

  • Film mi się podobał trzymał w napięciu (3)

    Przez cały czas trwania filmu A truskawką na torcie bym dobry występ Bogusława Lindy wielki szacun panie Bogdanie Pan jest wino im starszy tym lepiej smakuje drogi i kochany

    • 19 14

    • Linda kolego to jest żaden aktor, najwyżej aktorzyna, gdyby nie romansik z jaruzelską to w branzy byłby nikim. znawco buahahhahahaha

      • 8 16

    • W truskawę to Ty

      chyba młotkiem dostałeś, że takie bzdury wypisujesz!

      • 6 6

    • może marakują....

      • 0 0

  • Dobra recenzja (1)

    Krótko, zwięźle i na temat. Co na plus, co na minus, bez udawanych zachwytów ("No bo przecież PJ"). Dzięki.

    • 19 4

    • Recenzja

      A ja bym jednak uznał że taka se. Nie napisałbym pewnie lepszej bo polonistą nie jestem ale nie zgadzam się z nią po obejrzeniu filmu.

      • 2 2

  • Pocieszny recenzent

    "Miłość jest wszystkim" dostał więcej gwiazdek co może sugerować w jakich ten pan gustuje filmach.

    • 14 10

  • Zacharczuk to jak Haponiuk, bez zbednej pretensjonalnosci i na wlasny koszt, bez zapowiedzi..

    • 6 2

  • (3)

    teraz robia filmy dla przygłupów, no ale jak się nie umie myślęc po wspaniałych państwowych szkołach to po co komu lepsze filmy.

    • 18 7

    • znakomity seans dla mieszkancow faszystowskiego getta budynia (2)

      do przemyslen gdy stoja w korkach i nadal nie widza jak im zniszczono miasto.

      • 2 7

      • (1)

        Jakiś przykład "zniszczonego miasta"?
        Choć jeden?

        • 2 0

        • Kartagina

          • 1 0

  • Mam mega super test dla takich filmów: sci-fi, jakichś takich, że niby akcja, itd. (2)

    Wyłączając takie typowo dziecinne filmy albo wiadome, że rodzinne, wystarczy spojrzeć od którego roku życia jest wpisane, że dany film jest. To badziewie ma wpisane od 13 roku życia. A co można opowiedzieć ciekawego bez straszniejszych scen czy logiki dla 15-latka i więcej? No bajeczkę i tyle... kto nie wierzy - sprawdźcie to na sobie. Tak samo te Marvele nowe, że Spider Many i inne o bohaterach - jeśli widnieje, że od 13 roku życia - będzie to badziewie bez krwi, z dialogami na poziomie gimnazjum i bez głębszego sensu.

    • 22 2

    • Film to biznes, musi zarobić. A im wyższe ograniczenie tym w Stanach mniej widzów.

      • 2 0

    • no i dlatego ja na taki chłam dla amerykańskiej dzieciarni nie chodzę :)

      • 0 0

  • Jesli ktos nie rozumie przekazu w filmie to - (2)

    Niech obejrzy go ponownie i tak do skutku aż zrozumie!!! Film może bajkowy ale ...

    • 10 21

    • ja nie rozumiem

      proszę o wyjasnienie mi przekazu

      • 8 0

    • Serio ?! W filmach tego typu doszukałeś się jakiegoś przekazu ?
      Teraz to mnie zaciekawiłeś . Jakiej głębszej treści dopatrzyłeś się drogi gimnazjalisto w tym filmie ?

      • 2 0

  • recenzje

    tutaj to jednak słabizna

    • 6 7

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.