Nasze recenzje

Pożar nie do ugaszenia. Recenzja filmu "Świat w ogniu"


Nawiązując do tytułu filmu, który rozpoczął na wielkim ekranie karierę agenta Mike'a Banninga można z przykrością stwierdzić, że gwiazda Secret Service zaliczyła właśnie bolesny upadek z Olimpu wprost w najgłębsze otchłanie Hadesu. "Świat w ogniu" skutecznie zaciera bowiem jakiekolwiek pozytywne wrażenia z poprzednich części i daje wszelkie podstawy ku temu, by prezydenckiemu bodyguardowi zamiast broni wręczyć wędkę i wysłać na zasłużoną emeryturę. Najlepiej z dala od filmowej cywilizacji.



Najnowsze dzieło spod ręki Rica Romana Waugha w zamyśle miało stanowić efektowne domknięcie zainicjowanej w 2013 roku serii opowiadającej o nieugiętym agencie Secret Service. "Olimp w ogniu" i wyprodukowany trzy lata później "Londyn w ogniu" podarowały współczesnemu kinu akcji osobliwą mieszankę Johna McClane'a i Jasona Bourne'a. Mike Banning w wydaniu szkockiego gwiazdora, Gerarda Butlera, imponował męstwem, zaskakiwał pomysłowością, a przede wszystkim urządzał na wielkim ekranie solidną, zupełnie bezrefleksyjną rozróbę w starym filmowym stylu. Dokładnie odwrotny efekt uzyskali twórcy "Świata w ogniu".

Obie dotychczasowe serie nie grzeszyły z pewnością oryginalnością scenariusza, ale wszystkie fabularne schematy opatrzone były niezłą jakością, wartką akcją i wyrazistymi bohaterami. Wypisz wymaluj esencja sensacyjnego kina lat 90. Właśnie w tej sentymentalnej nieco prostocie tkwiła największa bodaj wartość filmowych przygód Mike'a Banninga. W najnowszej odsłonie scenarzystom nie udało się odtworzyć żadnego z powyższych elementów. W rezultacie "Świat w ogniu" wydaje się być filmem pozbawionym pomysłu, nużącym, zbyt oczywistym w konstrukcji, a w konsekwencji - po prostu zbędnym i kompletnie niepotrzebnym.

Mike Banning (Gerard Butler) tym razem musi nie tylko ochronić najważniejszego człowieka w USA, ale również oczyścić się z oskarżeń o zorganizowanie zamachu na prezydenta. Na wsparcie zbyt wielu sojuszników nie może liczyć.
Mike Banning (Gerard Butler) tym razem musi nie tylko ochronić najważniejszego człowieka w USA, ale również oczyścić się z oskarżeń o zorganizowanie zamachu na prezydenta. Na wsparcie zbyt wielu sojuszników nie może liczyć. mat. prasowe/ Monolith Films
Po rozróbie w Białym Domu i Londynie Mike'a Banniga (Gerard Butler) zaczyna dopadać typowe zmęczenie materiału. Liczne kontuzje odniesione w zawodzie prezydenckiego ochroniarza dają w końcu znać o sobie, a i nieco obolała psychika nie nadąża już za natłokiem obowiązków. A przecież wkrótce ma zostać dyrektorem Secret Service. Czasu na regenerację i życiową refleksję jednak nie ma, bo podczas spontanicznego wypadu na ryby dochodzi do ataku na prezydenta Allana Trumbulla (Morgan Freeman).

Najważniejszy człowiek w USA z pomocą Banninga uchodzi z życiem, ale zapada w śpiączkę. Problem w tym, że to jedyna osoba, która może poręczyć za oskarżonego o zamach agenta. Duma Secret Service musi więc na własną rękę oczyścić dobre imię, znaleźć zleceniodawców ataku i zaszytego w dziczy ojca, uchronić własną rodzinę przed zemstą i wyprowadzić w pole agentów FBI. Bułka z masłem dla takiego specjalisty w swoim fachu jak Banning. Śledzenie jego poczynań dla widzów niestety przypomina już przegryzanie czerstwego pieczywa i popijanie go przeterminowanym mlekiem.

Niestrawny przede wszystkim jest ogołocony z humoru, kreatywności i logiki scenariusz, który należałoby określić precyzyjniej planem wydarzeń. Jego porządku nietrudno się domyślić. Każdy rzekomy zwrot akcji zapowiedziany jest z odpowiednim zapasem czasowym. Czarne charaktery, niecne występki mają wręcz wypisane na twarzy. Inicjatorów zamachu wskazać można właściwie już po kwadransie filmu. Element zaskoczenia nie funkcjonuje w ogóle. Fabularny chaos najlepiej oddają plączący się po planie agenci FBI, którzy ani nie potrafią zabezpieczyć najważniejszego więźnia w kraju, ani go później znaleźć. Ba, nawet nie wiedzą w pewnym momencie, co się właściwie dzieje. Zupełnie jak scenarzyści.

Poprzednie dwie części przygód Mike'a Banninga hołdowały przede wszystkim klasycznemu kinu sensacyjnemu rodem z lat 90. Tym razem o podobne nawiązania jest ciężko. Nie funkcjonuje ani porządnie skadrowana akcja, ani filmowe poczucie humoru, ani chaotyczny i zwyczajnie słaby scenariusz z mnóstwem logicznych wpadek.
Poprzednie dwie części przygód Mike'a Banninga hołdowały przede wszystkim klasycznemu kinu sensacyjnemu rodem z lat 90. Tym razem o podobne nawiązania jest ciężko. Nie funkcjonuje ani porządnie skadrowana akcja, ani filmowe poczucie humoru, ani chaotyczny i zwyczajnie słaby scenariusz z mnóstwem logicznych wpadek. mat. prasowe/ Monolith Films
Jeśli ktoś gustował w "sensacyjniakach" z Van Dammem, Schwarzeneggerem czy Willisem, doskonale wie, że fabułę należy traktować jedynie pretekstowo. Nawet najbardziej absurdalne rozwiązania opatrzone soczystą linijką tekstu czy sytuacyjnym żartem można było z przyjemnością skonsumować. "Świat w ogniu" nie podrzuca nam żadnych smakowitych kąsków. Poza wysadzającym w powietrze hektary lasu Nickiem Noltem (wyglądającym zresztą tak, jakby rzeczywiście producenci filmu znaleźli go w głuszy po kilku długich dekadach) nie ma powodów do choć wymuszonego uśmiechu. Wszystko zalane jest toną amerykańskiego patosu, w którym aż kipi od złych rosyjskich decydentów, cybernetycznych terrorystów i innych mdłych, politycznych bohomazów.

Ostatnią deską ratunku wydawać by się mogli aktorzy. Wszak Morgan Freeman to hollywoodzka marka w najlepszym tego słowa znaczeniu, zaś Gerard Butler doskonale zżył się już z Mikiem Banningiem. Pierwszy z nich ma jednak stosunkowo niewiele do zagrania, drugi w zbyt korzystnej formie chyba nie jest. Szkocki gwiazdor, wzorem filmowego bohatera, powinien chyba zafundować sobie dłuższy urlop i poważnie zastanowić się nad przyszłością kariery. Jedna z jego lepszych ról w ostatnim czasie właśnie została pogrążona przez twórców "Świata w ogniu". Ewentualny powrót Banninga w kolejnej części wydaje się mocno wątpliwy.

"Świat w ogniu" jest zdecydowanie najgorszą spośród dotychczasowych części serii, a co gorsze, nie kreśli zbyt pozytywnej przyszłości dla kolejnych tego typu projektów z Mikiem Banningiem w centrum ekranowych zdarzeń.
"Świat w ogniu" jest zdecydowanie najgorszą spośród dotychczasowych części serii, a co gorsze, nie kreśli zbyt pozytywnej przyszłości dla kolejnych tego typu projektów z Mikiem Banningiem w centrum ekranowych zdarzeń. mat. prasowe/ Monolith Films
Po stronie plusów, choć drobnych i mało wyrazistych, należy postawić całkiem niezłe tempo filmu. Scen akcji również nie brakuje, ale cóż z tego, skoro większość z nich nakręcona jest po prostu fatalnie - drgającą nieustannie kamerą, która przez kilka sekund pokazuje jedynie skromny wycinek poszczególnych bijatyk i pościgów. Choreografia walk nie istnieje, a szczególnie widać to w finałowym pojedynku, pozbawionym jakiejkolwiek spektakularności. A przecież widowiskowe starcie głównych antagonistów to jeden z żelaznych kanonów nie tylko współczesnego kina akcji.

Najlepiej więc byłoby dla wszystkich, gdyby reżyser Ric Roman Waugh odpuścił sobie towarzystwo Mike'a Banninga, Gerard Butler pojechał na ryby, a Nick Nolte pozostał w swojej drewnianej chatce. Fani klasycznej sensacji raczej nie mają tu czego szukać. Tym bardziej zwolennicy współczesnej akcji spod znaku choćby "Johna Wicka". "Świat w ogniu" strawił doszczętnie ogień najgorszej filmowej przeciętności i nawet Gerard Butler nie jest w stanie tego ugasić.

OCENA: 3/10

Film

Świat w ogniu
5.7 7 ocen

Świat w ogniu (6 opinii)

produkcja
USA
premiera
23 sierpnia 2019
czas trwania
1 godz. 54 min.

Opinie (39) 3 zablokowane

Dodaj opinię
Walczymy z przemocą słownąKasujemy opinie obraźliwe i nie na temat

Dodaj opinię

Odpowiedz

Dodając opinię akceptujesz regulamin dodawania opinii.
Administratorem Twoich danych osobowych jest Trojmiasto.pl Sp. z o.o.. Szczegóły przetwarzania danych znajdują się w polityce prywatności.

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

14.08.2020 r.

07.08.2020 r.