Nasze recenzje

stat

Nieudane wyjście potwora. Recenzja filmu "Venom"


Tym, którzy ostrzyli sobie zęby na myśl o mrocznym, schizofrenicznym i brutalnym kinie akcji, pozostaje jedynie zgrzytanie stępionymi już po seansie zębami. Z napompowanego przez oczekiwania fanów czarnego balonika, powietrze ulatuje z każdą dłużącą się minutą, co sprawia, że spotkaniu oko w oko z demonicznym Venomem towarzyszy przede wszystkim uczucie rozczarowania. I nawet nie jest w stanie przysłonić tego jak zawsze niezawodny Tom Hardy. Niewypał? Raczej tak. Katastrofa? Jeszcze niekoniecznie.



Kiedy kurz euforii po ogłoszeniu przez Sony solowego projektu poświęconego Venomowi opadł, nadeszły wcale nie mniejsze obawy. Dodatkowo potęgowanie przeciętnymi zwiastunami i mało rygorystyczną kategorią wiekową (+13). Gdy na zmontowaną już ostateczną wersję zaczął narzekać odtwórca głównej roli, a zagraniczne media zalała fala krytyki po premierze filmu, przygnębienie fanów demonicznego symbionta sięgnęło zenitu. Do czarnej rozpaczy jeszcze daleko, lecz aby dostrzec światełko w tym depresyjnie ciemnym tunelu, trzeba mocno wytężyć wzrok.

Na ekranie doskonale widać symbiozę Eddiego Brocka i pozaziemskiej kreatury, jednak o symbiozie filmowców i widzów w tym przypadku mowy być nie może. Tym pierwszym ewidentnie zabrakło pomysłu na ekranowego Venoma, dobrego scenariusza i reżyserskiej wizji. Drudzy liczyli tymczasem na brutalną i bezpardonową powtórkę z "Deadpoola", ale zdecydowanie bardziej na serio i w o wiele mroczniejszym odcieniu. Wspólnych elementów w rzeczywistości jest więc niewiele.

Eddie Brock (Tom Hardy) przypadkowo zostaje zainfekowany groźnym pasożytem. Tym okazuje się pozaziemska istota, symbiont, który do przetrwania potrzebuje ludzkiego ciała. Mężczyzna będzie musiał współpracować z intruzem, by uratować siebie i świat.
Eddie Brock (Tom Hardy) przypadkowo zostaje zainfekowany groźnym pasożytem. Tym okazuje się pozaziemska istota, symbiont, który do przetrwania potrzebuje ludzkiego ciała. Mężczyzna będzie musiał współpracować z intruzem, by uratować siebie i świat. mat. prasowe/ UIP
Film Rubena Fleischera to bałaganiarski twór pozbawiony energii i świeżości, ocierający się momentami o autoparodię, flirtujący nawet z tanim romansem, nieudolnie imitujący kumpelskie komedie, w których dwóch gości nie szczędzi sobie razów, by na koniec stanąć ramię w ramię do finałowej potyczki. Nawet efekty specjalne wyglądają jak z second-handu, zaś gra aktorska przypomina tę ze szkolnych teatrzyków. Co nie dotyczy na szczęście Toma Hardy'ego, który niezgrabnie spisany scenariusz zmiętolił, upchał do kieszeni, ciężko westchnął i wziął na okazałe bary cały film. Nawet on jednak zbyt wiele udźwignąć nie był w stanie.

"Venom" mógłby stać się podręcznikowym przykładem tego, jak można pogrzebać wyjściowy pomysł fatalnym scenariuszem. W tak tendencyjny, błahy i koślawy sposób po prostu filmów już się nie robi. W konfrontacji z "Loganem", "Deadpoolem" czy "Avengersami" koncept "Venoma" wygląda jak zbiorowa praca amatorów wieczornych kursów scenopisarstwa. Ogrom niedociągnięć, nielogiczności i absurdów jest jednak niczym w porównaniu z wszechobecną prostotą, która jest zwyczajnie nieznośna.

Przede wszystkim owa prostota objawia się w konstrukcji filmu i samych postaci. Eddie Brock (Tom Hardy), wzięty dziennikarz śledczy, pogrywa sobie z miliarderem Carltonem Drakem (Riz Ahmed), w wyniku czego traci posadę, pieniądze, a nawet narzeczoną (Michelle Williams) i dom. Przytulne gniazdko zakochanych zamienia, chcąc nie chcąc, na obskurną norę, w której sączy piwko, a pomiędzy jedną butelką a drugą użala się nad własną niedolą. Gdy pewnej nocy zakrada się do laboratorium Drake'a, w którym notorycznie dochodzi do eksperymentów z udziałem obcych istot i ludzi, zostaje zainfekowany pozaziemskim pasożytem. W rzeczywistości symbiontem, który zowie się Venom. Mężczyzna odkrywa nadprzyrodzone moce, ale jednocześnie musi stawić czoła intruzowi, którego łatwo z ciała przepędzić się nie da. Trzeba więc się z nim dogadać.

Otwarta kategoria wiekowa i chęć dotarcia do szerokiej publiczności sprawiły, że "Venom" rozczaruje najmocniej tych, którzy zafascynowani są komiksowym pierwowzorem postaci. Pozostali z filmu Fleischera mogą wynieść znacznie lepsze wrażenia, choć jest to produkcja bardzo dalece odbiegająca od oczekiwań i poziomu filmów o superbohaterach rodem ze stajni Marvela.
Otwarta kategoria wiekowa i chęć dotarcia do szerokiej publiczności sprawiły, że "Venom" rozczaruje najmocniej tych, którzy zafascynowani są komiksowym pierwowzorem postaci. Pozostali z filmu Fleischera mogą wynieść znacznie lepsze wrażenia, choć jest to produkcja bardzo dalece odbiegająca od oczekiwań i poziomu filmów o superbohaterach rodem ze stajni Marvela. mat. prasowe/ UIP
I gdy obaj bohaterowie, stanowiący właściwie jedność, zaczynają między sobą gawędzić, film wskakuje nareszcie na prawidłowe tory. Wcześniejsza kilkudziesięciominutowa ekspozycja bowiem przytłacza schematami, nudą i brakiem autentyzmu. Ciężko uwierzyć w medialną siłę Brocka i jego zdolności, jeszcze trudniej w tak liczne konsekwencje popełnionego błędu, a najciężej w bezradność dorosłego faceta-nieudacznika z twarzą Toma Hardy'ego po utracie pracy. Albo to aktor nie pasuje do profilu bohatera, albo twórcom filmu zabrakło skutecznych atutów, by przekonać do swoich pomysłów widza. Problem leży chyba po stronie tych drugich, bo o ile Hardy rozwija skrzydła, tempo filmu nadal grzęźnie w miejscu.

Najokazalej prezentuje się moment nawiązującej się więzi pomiędzy nieokrzesanym Venomem a spanikowanym Hardym. Dialogi, które aktor prowadzi sam ze sobą potrafią zaintrygować, skupić uwagę, a nawet rozśmieszyć. Im więcej czasu Fleischer poświęca pogawędkom obu postaci, tym lepiej dla filmu. Szkoda, że wydłużony wstęp zabrał tej parze tak wiele cennych minut. Tych zdecydowanie za dużo natomiast dostał doprawdy lichy czarny charakter (wspomniany Drake), który na to miano zasłużył chyba jedynie kolorem garnituru i włosów. Szkoda także Michelle Williams, bo to, co scenarzyści wyprawiają z jej postacią, woła już o pomstę do nieba.

Sam Venom wizualnie prezentuje się bez żadnego zarzutu i to właściwie jeden z nielicznych atutów, który przemówi do fanów komiksowej wersji. Mrocznie jest tylko momentami, brutalność charakterystyczna przecież dla postaci ukazana zostaje powierzchownie (o odgryzaniu głów można nawet zapomnieć), a niezwykle kluczowy dla całego filmu moment przemiany jest skandalicznie wręcz uproszczony. Nawet porządnie narozrabiać biedny Venom nie ma kiedy. Poza pomysłową i dopracowaną sceną pościgu po ulicach San Francisco, w zasadzie niewiele jest tu akcji, a finałowy pojedynek z powodu bardzo chaotycznej pracy kamery (lepiej widać tło niż walczące postaci) bardziej irytuje niż angażuje na poważnie. Otwarta kategoria wiekowa niestety zrobiła swoje.

Ukryty pod komputerową maską Venoma Tom Hardy to najjaśniejszy punkt filmu, który co najmniej o jedną ocenę w górę podnosi wartość artystyczną całego projektu. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kontynuacja trafi w dużo lepsze ręce, bo potencjał Venoma jest naprawdę spory.
Ukryty pod komputerową maską Venoma Tom Hardy to najjaśniejszy punkt filmu, który co najmniej o jedną ocenę w górę podnosi wartość artystyczną całego projektu. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kontynuacja trafi w dużo lepsze ręce, bo potencjał Venoma jest naprawdę spory. mat. prasowe/ UIP
Swoje, tyle ile mógł, zrobił też Tom Hardy, który charyzmą i osobistym urokiem ma powypychane kieszenie, a przy okazji potrafi autentycznie bawić się własną postacią. Przekonuje zarówno w dramatycznym, jak i komediowym wydaniu. Bez problemu na oprószonej zarostem twarzy umie zilustrować wściekłość, bezsilność, zagubienie czy strach. "Venom" to bezsprzecznie Tom Hardy i jego popisy. Każdy inny castingowy wybór skazałby film Fleischera na totalną już porażkę.

I to właśnie w Hardym, kilku niezłych scenach z Venomem i dodatkowej sekwencji po napisach można upatrywać lepszej przyszłości dla projektu Sony. O ile twórcy przestaną nareszcie wszystko wyjaśniać i tłumaczyć jak pięciolatkowi, poboczne postaci schowają do szuflady, znajdą zdolnego scenarzystę, zawyżą kategorię wiekową i dadzą jeszcze więcej czasu Brockowi i jego pasożytowi na wspólne dotarcie. W innym przypadku kontynuacja nie ma sensu. "Venom" musi przejść rehabilitację. Na razie stan stabilny. Z rokowaniami na przyszłość.

OCENA: 5/10

Film

Venom

Venom (6 opinii)

4.9
produkcja
USA
premiera
5 października 2018
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (38)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

16.11.2018 r.

09.11.2018 r.

Zapowiedzi