Nasze recenzje

stat

Najlepsze kino science-fiction od lat. Recenzja filmu "Blade Runner 2049"


Najlepszą rzeczą, jaka przydarzyła się Ridleyowi Scottowi było nakręcenie "Łowcy androidów", a 35 lat później oddanie jego kontynuacji w ręce Denisa Villeneueve'a. "Blade Runner 2049" to triumf sztuki filmowej i kapitalny hołd złożony legendzie. Walka o przyszłoroczne Oscary z "Dunkierką" Nolana będzie największym wydarzeniem ostatnich lat w światowym filmie!



Nakręcenie legendarnego już "Łowcy androidów" dla miłośników gatunku science-fiction było tym, czym dla fanów koszykówki pojawienie się Michaela Jordana, a  dla sympatyków rocka debiut na scenie Pink Floydów. Ridley Scott, posiłkując się twórczością "Dostojewskiego sci-fi" - Philipa K.Dicka, stworzył fenomenalne wizualnie dzieło wyprzedzające epokę. Jednocześnie w tym wielopoziomowym majstersztyku genialnie przemycił metafizyczne rozważania na temat definicji człowieczeństwa i określania jego granic.

Nic więc dziwnego, że 35 lat po premierze "Blade Runnera" zapowiedzi kontynuacji losów Ricka Deckarda zagorzali fani potraktowali wręcz jako próbę sprofanowania oryginału. Denis Villeneueve na stosie jednak nie spłonie za herezję. Kanadyjczyk bowiem stworzył dzieło wybitne, zachwycające obrazem, dopieszczone w drobiazgach, magiczne w wykonaniu, które bije na głowę wszystko to, co widziano w ostatnich latach w filmach z etykietką "science-fiction".

Nowa odsłona "Blade Runnera" skupia się ponownie na poszukiwaniach człowieczeństwa zarówno w samym człowieku, jak i jego tworach. To również inteligentna i kameralna w przesłaniu opowieść o uczuciach, samotności i poszukiwaniach tożsamości.
Nowa odsłona "Blade Runnera" skupia się ponownie na poszukiwaniach człowieczeństwa zarówno w samym człowieku, jak i jego tworach. To również inteligentna i kameralna w przesłaniu opowieść o uczuciach, samotności i poszukiwaniach tożsamości. mat. prasowe/ UIP
Twórca "Nowego początku""Sicario", zastępując na reżyserskim stołku samego Scotta, znalazł się w piekielnie niewygodnym położeniu. Starego mistrza z ewentualnej wpadki krytycy i sympatycy jego talentu rozgrzeszyliby lekką ręką, mając w pamięci i poważaniu, kto przecież zapoznał ich z filmowym łowcą androidów. Ot, stary dziwak chciał ulepszyć to, co poprawek nie wymagało. Taki kaprys. Nie wyszło. Jednak Villeneueve na jakąkolwiek taryfę ulgową liczyć już nie mógł. Zbezczeszczenia ideału nikt by nie wybaczył. Toteż Kanadyjczyk wyszedł ze słusznego założenia, że zupełnie bezsensowne będzie kopiowanie mentora, od którego zapożyczył jedynie niektóre postaci i zarysy świata przedstawionego.

"Blade Runner 2049" stanowi więc niejako autorski projekt, oparty oczywiście o pewne wzorce i inspiracje zaczerpnięte od Ridleya Scotta, który tym razem nad całością czuwał w roli producenta. Dzięki temu film z łatwością przyswoją zarówno znawcy oryginału (do których twórcy licznymi nawiązaniami i smaczkami "puszczają oko"), jak i widzowie, którzy dopiero pierwszy raz zapoznają się z replikantami. Villeneueve z szacunkiem pochylił głowę przed poprzednikiem, ale tylko po to, by za chwilę buńczucznie ją podnieść i poprowadzić historię według własnych reguł.

Następca Scotta ponownie skąpał Los Angeles w ponurej postapokaliptycznej mgle przecinanej od czasu do czasu rzęsistym deszczem lub rozjaśniającym nieco depresyjny klimat białym puchem. Villeneueve nie ograniczył się jedynie do kadrowania gigantycznych hologramowych reklam i posępnych wieżowców. Z kamerą wędruje na prowincjonalną farmę z usychającym pośrodku niej drzewem. Zabiera widza na przyprószoną radioaktywnym pyłem pustynię. Funduje też wycieczkę na cyberpunkowe wysypisko. Zagląda do sterylnych laboratoriów i ekstrawaganckich rezydencji rozświetlonych jaskrawymi wnętrzami imitującymi słońce, po którym ludzkości pozostało jedynie wspomnienie. Znajduje nawet chwilę, by rozsiąść się wygodnie przy hotelowym barze rodem z kubrickowskiego horroru. Wykorzystuje znacznie więcej lokalizacji niż miało to miejsce w przypadku oryginału, a każdą sekwencję w wirtuozerskimi zdjęciami ubarwia Roger Deakins, który nominację do Oscara ma w kieszeni.

Film Denisa Villeneueve'a wgniata w fotel dopracowaniem wizualnych detali, olśniewającą pracą kamery i znakomicie uzupełniającą emocje bohaterów muzyką Hansa Zimmera. To przejaw najwyższej sztuki filmowej, jakiej możemy zaznać na kinowej sali.
Film Denisa Villeneueve'a wgniata w fotel dopracowaniem wizualnych detali, olśniewającą pracą kamery i znakomicie uzupełniającą emocje bohaterów muzyką Hansa Zimmera. To przejaw najwyższej sztuki filmowej, jakiej możemy zaznać na kinowej sali. mat. prasowe/ UIP
Indywidualną ścieżką twórca "Blade Runnera 2049" starał się również podążać w opowiadaniu samej historii i jej poszczególnych wątków. O ile Ridley Scott w filmowym pierwowzorze dywagował na temat idei i celowości człowieczeństwa, o tyle Villeneueve'a bardziej interesuje kwestia samotności, emocjonalnej pustki i poszukiwania tożsamości. Na pierwszy plan często przebija się wątek humanizmu androidów i boskich zapędów człowieka, na co zresztą zwracał uwagę również poprzednik. Wszystko to sprawia, że kontynuacja "Łowcy androidów" momentami przypomina kino filozoficzne, melancholijne, niezwykle czułe i inteligentne, zatopione w domysłach i rozważaniach, z których nie sposób otrząsnąć się po końcowych napisach.

Villeneueve'owi rewelacyjnie udała się synteza artystycznego filmu z rozbuchanym wizualnie widowiskiem, które sytuuje się gdzieś pomiędzy detektywistycznym thrillerem a kameralnym dramatem o ludzkich (i nie tylko) uczuciach. Główną osią fabularną filmu jest śledztwo Oficera K. (Ryan Gosling), blade runnera tropiącego ostatnie sztuki androidów modelu Nexus. Wizyta u jednego z nich wiąże się z tajemniczym odkryciem, które zaburzy dotychczasową wiedzę o replikantach, a i samego funkcjonariusza zmusi do skrupulatnej rewizji własnej przeszłości. Kluczem do rozwiązania mnożących się zagadek stanie się odnalezienie zaginionego Ricka Deckarda (Harrison Ford) - pewnego rodzaju protoplasty bohatera granego przez Goslinga.

Detektywistyczny wątek nie tylko precyzyjnie kontroluje tempo całej opowieści, ale skutecznie przykuje uwagę widza, który z kinem science-fiction większego obycia nie ma, a kontemplacja futurystycznego Los Angeles wiąże się u niego z większym oporem. Nawet jeśli jakimś cudem nie zachwyci nas ekranowa rzeczywistość, to nadziana wyrazistymi zwrotami akcja do końca będzie trzymać w napięciu. Dystans bowiem do przebycia niemały - ponad dwie i pół godziny filmu, którego narracja posuwa się w pozornie mozolnym tempie. Ciężko jednak wyobrazić sobie, o który konkretnie fragment można byłoby uszczuplić fabułę. Każdy pojedynczy kadr i precyzyjnie zaplanowana scena stanowią przejaw najwyższego filmowego kunsztu.

Jednym z niepodważalnych atutów nowego "Blade Runnera" jest kapitalnie dobrana obsada na czele z Goslingiem i Fordem, którym z powodzeniem asystują Ana de Armas, Robin Wright, Jared Leto czy Dave Bautista.
Jednym z niepodważalnych atutów nowego "Blade Runnera" jest kapitalnie dobrana obsada na czele z Goslingiem i Fordem, którym z powodzeniem asystują Ana de Armas, Robin Wright, Jared Leto czy Dave Bautista. mat. prasowe/ UIP
Równie znakomicie z filmowym rzemiosłem poradzili sobie aktorzy. Od rewelacyjnych występów epizodycznych (Dave Bautista!, Robin Wright!! Ana de Armas!!!) po dwóch tuzów, których podziwianie wiąże się z największą przyjemnością, jakiej możemy zaznać na sali kinowej. Powściągliwy, wręcz ascetyczny i szorstki Ryan Gosling, co prawda, nie jest tak charyzmatyczny i wyrazisty jak Harrison Ford, ale, jak udowodnia fabuła, wiąże się to ściśle ze specyfiką odgrywanej postaci. A tej nie dało się zagrać lepiej, bo mało kto jest tak żywiołowy w swojej posągowości jak gwiazdor "Drive".

Paradujący natomiast w wygniecionym t-shircie zamiast charakterystycznego płaszcza Harrison Ford udowadnia, że nawet dość niewielki ekranowy pobyt można zaakcentować genialnym wykonaniem. Jego 30 lat starszy Deckard to nie sentymentalne widmo dawnego blade runnera, a facet po przejściach, który ma ochotę posłuchać Sinatry i z ulubionym psem wypić whisky. Szkoda jedynie zbyt słabo zarysowanej roli Jareda Leto, którego z pewnością jest za mało, ale nawet tak długi metraż filmu nie wystarczy dla podkreślenia atutów każdego z tak rewelacyjnej obsady.

Oprócz niewykorzystanego do końca potencjału Leto, lekki minus można również postawić przy wyborze niektórych fabularnych zakrętów. Kanadyjskiemu reżyserowi jednak i tak udało się stworzyć dzieło stojące w opozycji do przeładowanych i przekoloryzowanych blockbusterów. "Blade runner 2049" z nieśpiesznym tempem narracji, paranoiczną wręcz dbałością o detale, oszałamiającymi kadrami i wyważonym aktorstwem potwierdza, że Villeneueve jest jednym z największym współczesnych wizjonerów kina i jednocześnie godnym następcą Ridleya Scotta.

Ten film nie przyciągnie 700 tysięcy widzów w trzy dni. Ma jednak wszelkie papiery na to, by za kolejne 35 lat nowe pokolenie widzów mogło mówić o legendarnym "Blade Runnerze 2049". Tak jak dzisiejsze pokolenie 40- i 50-latków wciąż żyje legendą filmu Ridleya Scotta.

OCENA: 9/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (84)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
12.12.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

08.12.2017 r.

01.12.2017 r.

Zapowiedzi