Nasze recenzje

stat

Miłość w rytmie The Beatles. Recenzja filmu "Yesterday"


"All You Need Is Love" legendarna czwórka z Liverpoolu wykonała po raz pierwszy przeszło pół wieku temu. Teraz każdą wyśpiewaną przez Beatlesów zwrotkę na język kina przełożyli Danny Boyle i Richard Curtis. Ich film można nazwać rozbudowanym, blisko dwugodzinnym teledyskiem do jednego z najsłynniejszych utworów w historii muzyki. To pełna romantycznego uroku, muzycznej energii i brytyjskiego humoru komedia o miłości, natchniona twórczością zespołu, który w swoich piosenkach słowa "love" użył bagatela... ponad 600 razy.



Czy znasz twórczość The Beatles?

Zobacz wyniki (230)
Wystarczy 12 sekund przerwy w dostawie prądu na świecie, by legenda The Beatles dosłownie wyparowała z powierzchni Ziemi. Gdy ludzkość otrząsa się z krótkotrwałej ciemności, okazuje się, że tylko jeden człowiek pamięta o dokonaniach liverpoolskiego kwartetu. Skromny, nikomu nieznany amatorski muzyk niespodziewanie staje się jedynym spadkobiercą dokonań Lennona i reszty. Chwyta więc za gitarę i intonuje pierwsze akordy "Yesterday". Świat nie może wyjść z zachwytu nad utworem, który słyszy... po raz pierwszy.

Wyjściowy koncept autorstwa reżysera Danny'ego Boyle'a ("Trainspotting", "Slumdog. Milioner z ulicy", "127 godzin") i scenarzysty Richarda Curtisa ("To właśnie miłość", "Notting Hill", "Dziennik Bridget Jones") jest równie zwariowany, co fascynujący. Beatlesi stali się tak ogromną inspiracją dla milionów, że trudno sobie wyobrazić dzisiejszą muzykę i popkulturę bez "Abbey Road", czarnych garniturów i rozpierzchłych czupryn.


Nie mówiąc już o tysiącach rockowych kapel, które zwyczajnie nie miałyby motywacji, by wejść na scenę lub do studia nagrań. "Yesterday" tak apokaliptyczną wizją na szczęście widza nie straszy. W zamian oferuje mu wypełnioną nieśmiertelnymi przebojami... komedię romantyczną.

Jack Malik (Hamish Patel) jest amatorskim muzykiem, który bezskutecznie od lat próbuje wybić się na brytyjskim rynku muzycznym. Tajemnicza awaria prądu na świecie i wypadek na rowerze sprawiają, że Jack budzi się w rzeczywistości pozbawionej muzyki Beatlesów. Wykorzystuje więc utwory liverpoolskiej czwórki, by spełnić własne marzenia o sławie.
Jack Malik (Hamish Patel) jest amatorskim muzykiem, który bezskutecznie od lat próbuje wybić się na brytyjskim rynku muzycznym. Tajemnicza awaria prądu na świecie i wypadek na rowerze sprawiają, że Jack budzi się w rzeczywistości pozbawionej muzyki Beatlesów. Wykorzystuje więc utwory liverpoolskiej czwórki, by spełnić własne marzenia o sławie. mat. prasowe/UIP
Jeśli w tym momencie czujecie zbyt śmiałą profanację, porzućcie dalszą lekturę, a przede wszystkim omijajcie szerokim łukiem salę kinową. W przeciwnym razie już po pierwszych minutach seansu wykrzyczycie błagalne "Help!". I wcale nie dlatego, że zachęci was do tego wokal Johna Lennona. Czy jednak udekorowanie komedii romantycznej muzyką Beatlesów jest aż tak prowokacyjnym i niepoprawnym zabiegiem w przypadku zespołu, który przecież tak często o miłości śpiewał? Logika nakazuje odpowiedzieć, że nie. Tym bardziej, że pod płaszczykiem banalnego romansu duet Boyle/Curtis przede wszystkim składa liverpoolczykom wzruszający nieraz hołd. Tylko zamiast się oburzać i unosić dumą, trzeba to jeszcze dostrzec.

A może być to utrudnione, jeśli zbyt mocno skoncentrujemy się na schematycznym w zasadzie i do bólu ogranym już wielokrotnie na ekranie wątku romantycznym. Jack (Himesh Patel) pomimo początkowych oporów postanawia przywłaszczyć sobie dorobek Beatlesów i rozpoczyna błyskawiczną karierę. Dopiero wtedy zauważa, że najlepsza przyjaciółka i dotychczasowa menedżerka Ellie (Lily James) od wielu lat skrycie wodzi za nim oczami. Dalszy rozwój wydarzeń to już odgrywany z playbacku repertuar klasycznych wzlotów i upadków, którymi filmowcy faszerują swoje dzieło szczególnie w jego drugiej połowie. Czasami brzmi i wygląda to pretensjonalnie, chwilami naiwnie, nieraz nawet sztucznie. Nie jest to jednak na tyle męczące, by stracić zainteresowanie losami Ellie i Jacka.

Imprezy filmowe w Trójmieście


Zwłaszcza że wciąż przecież tu i ówdzie wybrzmiewają największe rockowe hymny. Od nastrojowego "Yesterday" po wykrzyczane niemal przez Jacka koncertowe "Help!". Skądinąd właśnie ta scena, w której udręczony popularnością i wyrzutami sumienia muzyk ma już po dziurki w nosie światowej sławy i emocjonalnych zawirowań, stanowi dowód na to, że nikt, łącznie z głównym bohaterem, nie ma zamiaru żerować na fenomenie Beatlesów. Curtis z Boylem porywają się nawet na dość karkołomny i szalony wręcz pomysł (więcej nie wypada zdradzić), który może zaszokować, rozbawić, ale najbardziej chyba wzruszyć. O tym, że jest to również film o miłości do Beatlesów niech świadczą także pewne dwie postaci fanów, kroczących jak cień za Jackiem.

"Yesterday" to klasyczna komedia romantyczna, aczkolwiek napisana i nakręcona zarówno z pomysłem, jak i poszanowaniem ogromnego wkładu The Beatles w rozwój globalnej kultury. Pomimo wielu uproszczeń i niedomówień, ogląda się to z nieskrywaną przyjemnością. Tym bardziej, jeżeli umiemy docenić dobrą muzykę.
"Yesterday" to klasyczna komedia romantyczna, aczkolwiek napisana i nakręcona zarówno z pomysłem, jak i poszanowaniem ogromnego wkładu The Beatles w rozwój globalnej kultury. Pomimo wielu uproszczeń i niedomówień, ogląda się to z nieskrywaną przyjemnością. Tym bardziej, jeżeli umiemy docenić dobrą muzykę. mat. prasowe/UIP
Pomimo tego, że im bliżej filmowej mety, tym robi się ckliwiej (swego rodzaju epilog jest już kompletnie zbędny), to "Yesterday" z pewnością nie zawodzi na poziomie charakterystycznej dla brytyjskiego kina komedii. Mnóstwo słownego żartu, abstrakcyjnych nieraz gagów i spory dystans, prezentowany nie tylko przez pojawiającego się w filmie Eda Sheerana, nadaje filmowi niezbędnej lekkości i żwawego tempa - dokładnie takiego, jakie wielokrotnie za bębnami w kawałkach Beatlesów wybijał Ringo Starr.

Humoru dostarcza nie tylko nieporadny Jack, który niemal przez cały film bezskutecznie próbuje odtworzyć w głowie tekst "Eleanor Rigby", ale też otaczający go współpracownik (Joel Fry) i diaboliczna reprezentantka wytwórni (Kate McKinnon). Ubaw będzie jeszcze większy, gdy wraz z głównym bohaterem dowiemy się, że poza muzyką Beatlesów ze świata zniknęły jeszcze inne produkty i zjawiska masowej popkultury.

Kulejący tu i ówdzie scenariusz można zatuszować nie tylko lekkostrawnym humorem i ścieżką dźwiękową, lecz również udanymi kreacjami aktorskimi. Debiutujący na wielkim ekranie Himesh Patel bez zarzutu potrafi oddać osobowość gubiącego się w kłamstwach muzyka, którego wielka machina show-biznesu wręcz przygniata. Do tego wokalnie radzi sobie całkiem nieźle. Z kolei Lily James ma w sobie tyle dziewczęcego wdzięku i kobiecej delikatności, że trudno się w niej nie zauroczyć. Można tylko zachodzić w głowę, jak nie zauważył tego wszystkiego wcześniej filmowy Jack? To już bardziej pytanie do scenarzysty, który mógł postarać się także o bardziej wnikliwą analizę relacji Jacka i Ellie.

Igranie z legendą The Beatles przypomina zabawę dziecka zapałkami. W tym przypadku nikogo na szczęście nie trzeba odwozić do szpitala z poparzeniami. Ani twórców, ani widzów. Oczywiście należy wytknąć autorom filmowego "Yesterday", że można było wykorzystać potencjał świetnego scenariusza jeszcze lepiej. Zabrakło nieco pogłębienia beatlesowego fenomenu w kontekście współczesnego rynku muzycznego. Na ekranie widzimy co prawda, że de facto ich muzyka nadal wywołuje szalony entuzjazm, ale czy rzeczywiście skromny brytyjski kwartet mógłby konkurować dziś z uzależnionymi od autotune'a raperami czy gwiazdkami pop? Film jednoznacznie tego nie pokazuje, a szkoda.

Nieśmiertelne przeboje The Beatles, dobre aktorstwo (Hamish Patel, Lily Jones) i porządna dawka humoru to z pewnością największe atuty najnowszej produkcji Danny'ego Boyle', która świetnie wpisuje się w kryteria filmowego, wakacyjnego hitu. Nie dorównuje on oczywiście magii słynnego kwartetu, ale powinien zadowolić tych, którzy w kinie szukają przede wszystkim relaksu, dobrej zabawy i pozytywnego nastroju.
Nieśmiertelne przeboje The Beatles, dobre aktorstwo (Hamish Patel, Lily Jones) i porządna dawka humoru to z pewnością największe atuty najnowszej produkcji Danny'ego Boyle', która świetnie wpisuje się w kryteria filmowego, wakacyjnego hitu. Nie dorównuje on oczywiście magii słynnego kwartetu, ale powinien zadowolić tych, którzy w kinie szukają przede wszystkim relaksu, dobrej zabawy i pozytywnego nastroju. mat. prasowe/UIP
"Yesterday" zapewne w wielu kręgach będzie obiektem, moim zdaniem, przesadzonej krytyki i wywoła zupełnie niepotrzebne głosy oburzenia. Cóż, let it be. Tymczasem, jeśli film spełnia jedno z podstawowych kryteriów, a mianowicie bawi, to można mu wybaczyć wiele. Dokładnie tak jest w tym przypadku.

Film Danny'ego Boyle'a ma wszelkie atuty, by podbić serca widzów i stać się wakacyjnym pewniakiem, a już na pewno najbardziej optymistycznym filmem tego lata.
Warto więc ruszyć w tę muzyczną podróż i pamiętać o wygodnych butach, bo nóżka podczas seansu, gwarantuję, "chodzi" cały czas, a uśmiech nie znika z twarzy. Podobnie jak z głowy na długo po seansie jeszcze nie zniknie "Ob-la-di, ob-la-da".

OCENA: 7/10

Film

Yesterday

Yesterday (4 opinie)

5.7
produkcja
Wielka Brytania
premiera
12 lipca 2019
czas trwania
1 godz. 52 min.

Opinie (21)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

12.07.2019 r.

05.07.2019 r.