Nasze recenzje

stat

Miłość w kolorze kokainy. Recenzja filmu "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara"


Kinowa wersja opowieści o najsłynniejszym narkobaronie z Medellin wygląda jak niewyraźny i nakreślony w pośpiechu drżącą ręką szkic, któremu ktoś zapomniał ewidentnie nadać barw i ostatecznego kształtu. O oprawieniu w ramy nie wspominając. "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" jest niczym innym jak jedynie ubogim streszczeniem netflixowego hitu. Niepotrzebnym postscriptum do historii, która nie pozostawia już miejsca na świeże spojrzenie.



Opowieści inspirowane losem Pabla Escobara zasypują współczesny rynek masowej rozrywki niczym kolumbijska kokaina amerykańskie ulice w latach 80. Narkotykowy gigant, a w domyśle demoniczny kryminalista, z aparycją rubasznego wuja z przyciętym wąsem, spogląda z okładek książek, koszulek czy telewizyjnych ekranów, pobudzając wyobraźnię milionów na całym świecie. Escobar sprzedaje się niemal tak dobrze jak jego flagowy produkt kilka dekad temu. Łatwy zarobek zwietrzyli też producenci "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara".

Pokaźnych zysków na horyzoncie jednak nie widać, bo w paradę filmowcom wszedł Netflix, wypuszczając znakomite "Narcos". Premierę kinowej produkcji, chcąc nie chcąc, trzeba było opóźnić, choć spoglądając na efekt końcowy, pozostaje jedynie żałować, że projekt nie trafił ostatecznie do szuflady. Tytuł oparty na książce autorstwa samej Virginii Vallejo intrygującą i naszpikowaną soczystymi wątkami biografię Pabla Escobara traktuje po macoszemu, wyrywkowo, fragmentarycznie, bez werwy, a co najgorsze, bez pomysłu.

"Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" to filmowa opowieść o romansie popularnej kolumbijskiej prezenterki telewizyjnej, Virginii Vallejo (Penelope Cruz) z baronem narkotykowym z Medellin, jednym z największych przestępców w historii świata, Pablem Escobarem (Javier Bardem).
"Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" to filmowa opowieść o romansie popularnej kolumbijskiej prezenterki telewizyjnej, Virginii Vallejo (Penelope Cruz) z baronem narkotykowym z Medellin, jednym z największych przestępców w historii świata, Pablem Escobarem (Javier Bardem). mat. prasowe/ Kino Świat
Linearna narracja sprawia, że Fernando Leon de Aranoa ślamazarnie wykłada na stół karty, które już dokładnie oglądaliśmy z każdej strony. Hiszpański reżyser bez specjalnego zamysłu w nudnawy sposób odhacza najważniejsze fakty z życia narkotykowego barona. Ekranowe wydarzenia komentuje z offu filmowa Virginia (Penelope Cruz), zmianę lokalizacji i czasu sugerują odpowiednie podpisy, a Javier Bardem (Escobar) po prostu odgrywa zaaranżowane scenki. Ot i cały patent. Bez ryzykownej brawury, świeżej interpretacji i kreatywnego spojrzenia. Z masą ogólników, uproszczeń i scenariuszowych dziur.

Oryginalna za to miała być perspektywa, z której przyglądamy się poczynaniom i decyzjom Don Pabla. Virginia Vallejo w latach 80. była telewizyjną gwiazdą, popularną prezenterką ubóstwiającą przepych, luksus i towarzystwo wpływowych mężczyzn. Escobar w profil potencjalnego kochanka wpisywał się idealnie. Podobnie jak kolumbijska piękność w zainteresowania idola z Medellin. Pablo uwielbiał przecież otaczać się długonogimi Latynoskami, a jeśli jedna z nich miała dodatkowo jeszcze zapewnić Escobarowi dostęp do krajowych mediów i możliwość manipulowania opinią publiczną, układ wydawał się niezwykle pożyteczny. Oszołomiona wpływami, charyzmą i bogactwem kochanka Virginia grunt pod nogami zaczęła tracić, gdy pętla wokół kokainowego bossa zacieśniała się coraz mocniej, a za sznur zaczęło pociągać coraz więcej osób - polityków, agentów DEA czy gangsterów z wrogich karteli.

Burzliwy, przepełniony namiętnością, ale i nienawiścią związek stanowił interesujące narzędzie w rękach filmowców. Skończyło się jedynie na ambicjach. Filmowe uczucie pomiędzy Virginią a Pablem równie niespodziewanie co się pojawia, tak gaśnie. Temperatura drastycznie spada z każdym kolejnym spotkaniem kochanków, a równolegle na łeb, na szyję leci emocjonalna dramaturgia. Właściwie nie do końca wiadomo, na czym polegała rzekomo szaleńcza miłość obojga bohaterów, bo albo filmowcom nie udało się po prostu tego pokazać, albo bardziej niż z poważnym uczuciem mamy do czynienia z biznesową transakcją wiązaną.

Niezaprzeczalnym atutem filmu jest po prostu niezwykle żywiołowa i intrygująca historia głównego bohatera, która sprawia, że mocno przeciętną produkcję ogląda się jednak z zaciekawieniem i skupieniem. Większe wrażenie "Kochając Pabla ..." sprawi głównie na tych, którzy nie mieli styczności z serialem "Narcos". Fani netflixowej produkcji seans filmu mogą odpuścić z czystym sumieniem.
Niezaprzeczalnym atutem filmu jest po prostu niezwykle żywiołowa i intrygująca historia głównego bohatera, która sprawia, że mocno przeciętną produkcję ogląda się jednak z zaciekawieniem i skupieniem. Większe wrażenie "Kochając Pabla ..." sprawi głównie na tych, którzy nie mieli styczności z serialem "Narcos". Fani netflixowej produkcji seans filmu mogą odpuścić z czystym sumieniem. mat. prasowe/ Kino Świat
Efektem tej przedziwnej filmowej chemii wydaje się być bolesna, acz logiczna konkluzja - Virginia Vallejo jest tu postacią zwyczajnie zbędną. Równie dobrze losy Escobara moglibyśmy poznać z perspektywy jednego z sicarios. A w tym przypadku byłaby przynajmniej szansa na mocne, charakterne, bezkompromisowe kino. Znacznie szerzej, choć był to tylko jeden z wielu pobocznych wątków, relacje Virginii i Pabla ukazuje wspomniany serial. Serial, który dodajmy, wściekle atakuje sama Vallejo domagająca się od Netflixa potężnego odszkodowania za rzekome sprowadzenie jej postaci do roli "amoralnej prostytutki". Ze skrajności w skrajność, bowiem "Kochając Pabla ..." przypomina tandetną próbę wybielenia Virginii i odizolowania jej od kryminalnej działalności kokainowego króla.

Intencji filmowców zdaje się, że nie wyczuli także aktorzy. Pomimo że mamy do czynienia ze ścisłą czołówką w swoim fachu, to Cruz i Bardem tych kreacji do osobistego topu raczej nie zaliczą. Hiszpańska piękność całkowicie przeszarżowała, ocierając się już o karykaturę odgrywanej postaci. Wydaje się być nadekspresywna, sztucznie pobudzona, totalnie rozchwiana warsztatowo jakby przez cały film bezskutecznie poszukiwała odpowiedniej formy. Zaskakuje również jej emocjonalna apatia w relacjach z Pablem. Wszak Cruz gra przecież u boku męża, więc z ukazaniem prawdziwego uczucia nie powinno być problemu. A jest wręcz odwrotnie.

Bardem wizualnie, przy wsparciu zastępu charakteryzatorów, ociera się wręcz o perfekcję. Chwilami filmowy Pablo łudząco przypomina Escobara, czasami zwycięża ogromną charyzmą i demonicznym sposobem bycia. Przeważającą część filmu jednak Hiszpan marnuje na powielanie tych samych schematów, min i gestów. Jest jednowymiarowy, skąpy emocjonalnie, nierzadko przerysowany, otępiały i uśpiony. Porusza dopiero w emocjonującym finale. Aktorsko w roli barona z Medellin prezentuje się o niebo lepiej niż Benicio Del Toro ("Escobar: Prawdziwa historia"), ale Walterowi Mourze ("Narcos") mógłby co najwyżej przynosić na plan fikuśne koszule, w których gustował Don Pablo.

Kinowa wersja opowieści o Pablo Escobarze najlepiej wygląda we fragmentach poświęconych stricte przestępczej działalności głównego bohatera. Naczelny wątek - romansu z telewizyjną dziennikarką - wypada zaskakująco blado i zupełnie nie angażuje, ani nie przekonuje, że mamy do czynienia z dwojgiem zakochanych w sobie po uszy kochanków.
Kinowa wersja opowieści o Pablo Escobarze najlepiej wygląda we fragmentach poświęconych stricte przestępczej działalności głównego bohatera. Naczelny wątek - romansu z telewizyjną dziennikarką - wypada zaskakująco blado i zupełnie nie angażuje, ani nie przekonuje, że mamy do czynienia z dwojgiem zakochanych w sobie po uszy kochanków. mat. prasowe/ Kino Świat
Orzeźwiającym powiewem kreatywności są z pewnością nienaganne zdjęcia udekorowane żwawą ścieżką dźwiękową i ciekawymi lokalizacjami. Bez większych zarzutów filmowcom udało się również skręcić sekwencje nasączone kryminalną intrygą i dynamiczną akcją. Cóż jednak z tego, skoro montaż przyprawia o ból głowy, bowiem film przeszedł co najmniej kilka etapów cięć. Prawdziwym kuriozum i karygodnym nieporozumieniem jest również fakt, że pod okiem hiszpańskiego reżysera hiszpańscy aktorzy w filmie o hiszpańskojęzycznym bohaterze rozmawiają ... po angielsku. Na dodatek z kiczowatym latynoskim akcentem, wrzucając jeszcze w pomiędzy wersy hiszpańskie słówka a nawet całe frazy.

"Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" bliżej niestety do kryminalnej, latynoskiej telenoweli niż do przepełnionego zbrodnią i kokainą romansu pary kochanków zaciekle zabiegających o atencję i podziw tłumów. Nawiązując do słynnych słów Don Pabla - twórcom filmu nie należy się ani "plata", ani "plomo". To nieznośnie obojętne, wypośrodkowane kino bez konceptu, którym zadowolą się jedynie ci, którzy zupełnie nie mieli dotychczas styczności z fenomenem Escobara. Fanom serialu seans "Loving Pablo" przypominać będzie skrót wielkiego piłkarskiego widowiska (sportu uwielbianego przez "El Patrona"). Niby wszystko, co najważniejsze zobaczymy, ale to już nie to samo, co emocje na żywo.

OCENA: 5/10

Film

Kochając Pabla, nienawidząc Escobara

Kochając Pabla, nienawidząc Escobara (6 opinii)

4.3
produkcja
Hiszpania
gatunek
Biograficzny, Dramat
premiera
15 czerwca 2018
czas trwania
2 godz. 3 min.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (31)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

14.12.2018 r.

12.12.2018 r.

07.12.2018 r.

06.12.2018 r.

Zapowiedzi