Nasze recenzje

Marianna Zydek: Almodóvar? Proszę dzwonić!

- Moim aktorskim marzeniem jest zagrać autentyczną postać. Kogoś, kto jest dla nas jakimś autorytetem. Nie mam na myśli konkretnej osoby, ale moim pragnieniem jest, by była to główna rola. Tak, by móc przeprowadzić tę postać przez cały film, nadać jej odpowiednią strukturę i obdarować emocjami, zbudować ją od zera - mówi Marianna Zydek.
- Moim aktorskim marzeniem jest zagrać autentyczną postać. Kogoś, kto jest dla nas jakimś autorytetem. Nie mam na myśli konkretnej osoby, ale moim pragnieniem jest, by była to główna rola. Tak, by móc przeprowadzić tę postać przez cały film, nadać jej odpowiednią strukturę i obdarować emocjami, zbudować ją od zera - mówi Marianna Zydek. fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl

Trójmiejska publiczność doskonale zna ją z roli Marity von Krauss w "Kamerdynerze" czy z takich seriali jak "Ludzie i bogowie" oraz "Szóstka". Mariannę Zydek, bo o niej mowa, możemy aktualnie oglądać na wielkim ekranie w piłkarskiej komedii romantycznej "Druga połowa". Z urodzoną w Gdańsku aktorką rozmawiamy o odkrywaniu na nowo Trójmiasta, ucieczce od kina kostiumowego i zawodowych marzeniach.



Tomasz Zacharczuk: Rozmawiamy w szczególnym momencie, bo w momencie otwierania kin. A jakie emocje towarzyszą pani? Jest uczucie ulgi, że może to oznaczać powrót do normalności, również tej zawodowej?

Marianna Zydek: Nazwałabym to wręcz ekscytacją, bo jestem już niesamowicie stęskniona za kinem, możliwością spędzania wieczorów poza domem i dzieleniem się ze znajomymi wrażeniami po seansie. Ostatnio miałam okazję zjeść posiłek w restauracji i było to naprawdę wyjątkowe uczucie, choć przecież kilkanaście miesięcy temu uznałabym to za coś oczywistego i naturalnego. To chyba najlepiej odzwierciedla tę wielką tęsknotę nas wszystkich za rzeczywistością sprzed pandemii.

Często zdarza się pani prywatnie zaglądać do kina?

Absolutnie kocham chodzić do kina. Jeszcze przed lockdownem potrafiłam spędzać praktycznie co drugi wieczór przed wielkim ekranem. Był czas w moim życiu, gdy mieszkałam niedaleko kina Muranów i w mroźne, pochmurne zimowe popołudnia przesiadywałam w nim nawet trzy seanse z rzędu.

Jak więc bez kina udało się przetrwać te długie pandemiczne miesiące?

Na szczęście w moim przypadku był to dosyć intensywny czas, jeśli chodzi o realizację zawodowych projektów. Szczególnie w zimowych miesiącach, za którymi niekoniecznie przepadam. Chodzi o styczeń i luty. Tym razem początek roku okazał się pracowity i udało się przetrwać jakoś te mrozy (śmiech). Przede wszystkim kończyliśmy projekty, które przerwała nam ubiegłoroczna jesienna fala zakażeń i wprowadzone w związku z tym obostrzenia. Na planach zdjęciowych spędziłam chyba większość czasu podczas pandemii. Wolne chwile wypełniałam domowymi projekcjami bądź starałam się rozwijać inne zainteresowania. Zaczęłam także przygotowania do doktoratu w szkole filmowej w Łodzi. Oczywiście znalazł się również czas na lekturę książek, które od dłuższego czasu odkładałam na półkę.

Rolą w "Kamerdynerze" Filipa Bajona Marianna Zydek dała się poznać szerokiej publiczności nie tylko w Trójmieście, ale i całej Polsce. Dla urodzonej w Gdańsku aktorki był to pierwszy kontakt z tak wielkim filmowym przedsięwzięciem.
Rolą w "Kamerdynerze" Filipa Bajona Marianna Zydek dała się poznać szerokiej publiczności nie tylko w Trójmieście, ale i całej Polsce. Dla urodzonej w Gdańsku aktorki był to pierwszy kontakt z tak wielkim filmowym przedsięwzięciem. fot. Rafał Pijański
Czy ten okres sprzyjał powrotom w rodzinne strony? Jak często Gdańsk pojawia się na mapie podróży Marianny Zydek?

Staram się odwiedzać Trójmiasto, które naprawdę zaczęłam doceniać dopiero w momencie, gdy przeniosłam się do Warszawy. Obecnie chyba konkuruje z Łodzią, jeśli chodzi o pierwsze miejsce w moim sercu (śmiech). Trójmiasto traktuję jako całość, bo ciężko mi określić, z którym miastem jednoznacznie jestem związana. Z każdym mam zupełnie inne doświadczenia. W zeszłym roku bardzo ważna była dla mnie Gdynia. To właśnie tam zaszyłam się tuż przed pierwszą wakacyjną odwilżą, gdy pisałam pracę magisterską. Pomieszkiwałam w Gdyni przez półtora miesiąca, mając 10 minut piechotą do morza, i to z pewnością był czas pełen inspiracji oraz niezwykle kojącego kontaktu z naturą.

Mateusz Rakowicz o "Najmro" i Trójmieście



Czy z perspektywy osoby urodzonej w Gdańsku, ale mieszkającej teraz gdzie indziej, dostrzega pani walory Gdańska, których wcześniej nie zauważała?

Absolutnie tak i to właśnie zbiegło się w czasie z moją przeprowadzką z Łodzi do Warszawy. To, co uwielbiam w Trójmieście, a czego bardzo mi brakuje w stolicy, to tempo życia, które można swobodnie regulować. Nad morzem można głębiej odetchnąć i łatwiej odnaleźć myśli. Zupełnie inaczej niż w Warszawie. Muszę przyznać zarazem, że jestem osobą, która do sprawnego funkcjonowania potrzebuje obu tak skrajnych środowisk, żeby zachować odpowiednią harmonię.

Dzięki temu, że co jakiś czas przyjeżdżam do Trójmiasta, zauważyłam, jak zmienia się Gdańsk. Podobnie Gdynia i Sopot. Pozwala mi to odkrywać na nowo przestrzenie, które dotąd nie pobudzały moich zmysłów i których nie znałam tak dobrze. Podczas tego ostatniego pobytu w Gdyni dostrzegłam jeszcze jedną istotną rzecz, która wyróżnia Trójmiasto na tle Warszawy czy Łodzi. To ogromna ilość zieleni. W dzieciństwie byłam do tego przyzwyczajona, nie zwracałam na ten aspekt większej uwagi, wydawało się to czymś naturalnym. Dopiero w Warszawie poczułam, że strasznie mi czegoś brakuje. W Trójmieście tej zieleni jest mnóstwo: lasów, parków, skwerów. Ciężko znaleźć dzielnicę, w której za rogiem nie byłoby zazielenionego skrawka. Za tym bardzo tęsknię, choć dostrzegam już pozytywne zmiany w samej Warszawie.

To właśnie w Gdańsku pojawił się pomysł na aktorska karierę, ale zastanawia mnie, czy było to marzenie kilkuletniej dziewczynki czy już bardziej świadome wyzwanie, jakie stawiała przed sobą kilkunastoletnia uczennica gdańskiej "Topolówki"?

Pomysł zrodził się zupełnie naturalnie. Od dzieciństwa każdy rodzaj performance'u sprawiał mi wielką przyjemność, zwłaszcza w gronie rodziny, a potem już w szkole. Będąc dzieckiem, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że można potraktować to jako zawód na poważnie. Gdy natomiast nadszedł moment, w którym należało już podjąć pewne kroki i w jakiś sposób ukierunkować swoją przyszłość, aktorstwo stało się naturalnym wyborem. Do tego stopnia, że nie potrafiłam nawet określić planu B. Po prostu nic innego mnie nie interesowało. Pojawiały się plany związane z akademią muzyczną i grą na fortepianie, ale nigdy nie miałam do tego cierpliwości. Mój żywiołowy temperament nie do końca pasował do kilkugodzinnych lekcji przy instrumencie (śmiech). Zapasową opcją była przez pewien czas sinologia na Uniwersytecie Gdańskim. Kto wie, może to jeszcze nie jest zamknięty temat.

Bardzo ciekawy i nieoczywisty kierunek.

Od wczesnego dzieciństwa kręciła mnie nauka języków. Zaczęło się od gimnazjum francuskiego, potem w "Topolówce" byłam w dwujęzycznej klasie z hiszpańskim. Za każdym razem to było odkrywanie nowego świata. Przychodziło mi nie tylko z ogromną przyjemnością, ale i łatwością. Zupełnie inaczej niż gra na fortepianie (śmiech). Miałam po prostu dryg do języków, który objawiał się zupełnie naturalnie. Szybko opanowywałam konstrukcje zdań, nauka słówek też nie przysparzała większych problemów.

- Staram się odwiedzać Trójmiasto, które naprawdę zaczęłam doceniać dopiero w momencie, gdy przeniosłam się do Warszawy - mówi Marianna Zydek. Na zdj. aktorka podczas FPFF w Gdyni w 2017 roku.
- Staram się odwiedzać Trójmiasto, które naprawdę zaczęłam doceniać dopiero w momencie, gdy przeniosłam się do Warszawy - mówi Marianna Zydek. Na zdj. aktorka podczas FPFF w Gdyni w 2017 roku. fot. Maciej Czarniak/Trójmiasto.pl
Joga, jazda konna, żeglarstwo - to zdaje się pasje, którym oddaje się pani w wolnym czasie. Nadal udaje się je pielęgnować?

Marzyłabym o tym, by codziennie uprawiać jogę, bo jest to sport, który daje nam, aktorom, niezwykle potrzebną równowagę. Niestety napięty nieraz grafik uniemożliwia taką akurat formę aktywności, a wiadomo, że w jodze bardzo istotna jest regularność. Jeśli chodzi o pozostałe pasje - mam patent żeglarza, ale w tym przypadku znów doskwiera brak wolnego czasu. Na ostatnim prawdziwym rejsie byłam dobrych kilka lat temu. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam to robić.

Ostatnio udało mi się z kolei odkryć inną wodną pasję, a mianowicie surfing, który bardzo długo za mną chodził. Z tym wiąże się dość zabawna opowieść. Otóż po napisaniu pracy magisterskiej, trochę w formie nagrody, postanowiłam wybrać się ze znajomymi do Portugalii, a dokładniej do tamtejszej mekki surfingu - Peniche. Przez gapiostwo zarezerwowałam jednak bilety miesiąc wcześniej i ostatecznie poleciałam sama (śmiech). Na szczęście udało się posurfować. W opinii tamtejszych trenerów okazało się nawet, że mam do tego wrodzony talent. Jest więc jakaś zapasowa opcja, gdyby znowu kryzys dotknął branżę filmową i aktorską (śmiech). Z jazdą konną natomiast bardzo dużo do czynienia miałam przy okazji zdjęć do "Kamerdynera". Z Jerzym Celińskim, który już niestety nie żyje, bardzo się zaprzyjaźniliśmy podczas naszych trzytygodniowych treningów w siodle.

Piotr Witkowski: Marzę, by zadzwonił Tarantino



Czy do pasji zalicza się piłka nożna?

(śmiech) Już na szczęście odpowiadałam na to pytanie, więc jestem przygotowana (śmiech). Absolutnie przeżywam i emocjonuję się futbolem, ale... tylko od święta. Najczęściej przy okazji jakichś mistrzostw lub spotkań, które wzbudzają wielkie zainteresowanie i emocje. Emocji towarzyszących spotkaniom piłkarskim zresztą bardzo zazdroszczę. Chciałoby się podobne przeżywać za każdym razem w filmie i teatrze, a nie zawsze tak jest, bo aktorstwo to jednak zawód okupiony bardzo ciężką pracą i często również stresem, który nieraz tłumi spontaniczne odczucia.

Pytam oczywiście w związku ze zbliżającą się premierą "Drugiej połowy" - komedii romantycznej dość mocno powiązanej z futbolem. Czego po tej produkcji może oczekiwać widz?

Przede wszystkim trzeba się nastawić na rozrywkę, lekką i relaksującą historię głównie dla fanów piłki nożnej, ale także dla ich partnerek. Trochę o miłości, ale też naturalnie o sporcie. Sama jeszcze nie widziałam filmu, więc jestem bardzo ciekawa, co udało nam się finalnie stworzyć. Zwłaszcza że kręciliśmy w dość trudnych warunkach, bo pracę przerwała nam pandemia. Właściwie film składa się z, nomen omen, dwóch połów - nakręconej przed pandemią i w czasie jej trwania.

Jaka jest filmowa Magda? Czy da się przy tej kreacji postawić gdzieniegdzie znak równości z Marianną Zydek?

Zawsze tak się dzieje, że w postaci, które gram, staram się tchnąć trochę siebie. W przypadku Magdy jest to połączenie siły i dążenia do niezależności. "Druga połowa" to nie tylko komedia romantyczna, ale też opowieść o młodej dziewczynie, która stara się uniezależnić od ojca, udowodnić mu i przy okazji sobie, że potrafi podążać własną ścieżką i samodzielnie podejmować nieraz trudne życiowe decyzje. Równocześnie Magda to bardzo delikatna i wrażliwa osoba.

Mariannę Zydek już 28 maja będzie można oglądać w komedii romantycznej "Druga połowa". Aktorce partnerować będą m.in. Jacek Knap, Cezary Pazura, Maciej Musiał, ale także... Małgorzata Rozenek-Majdan czy Grzegorz Krychowiak.
Mariannę Zydek już 28 maja będzie można oglądać w komedii romantycznej "Druga połowa". Aktorce partnerować będą m.in. Jacek Knap, Cezary Pazura, Maciej Musiał, ale także... Małgorzata Rozenek-Majdan czy Grzegorz Krychowiak. mat. prasowe/ Kino Świat
W zwiastunie filmu widzimy, jak jeden z adoratorów z rozmachem zabiega o uwagę filmowej Magdy. Organizuje koncert orkiestry czy przelot śmigłowcem. A czy prywatnie Mariannie Zydek imponują takie męskie starania, czy wyznaje pani zasadę, że uczucia i zainteresowanie drugą osobą lepiej jednak akcentować nieco dyskretniej?

Ciekawe pytanie. Myślę, że za każdym razem jest trochę inaczej. Nie wiem, czy znam kobietę, która nie przepada za adoracją, choć w filmie pokazujemy to z dość dużym przymrużeniem oka. Chyba punkt ciężkości postawiłabym pośrodku. W mężczyznach imponuje mi umiejętność prowadzenia rozmowy bardziej niż prowadzenia śmigłowca (śmiech).

A która z filmowych zasad "zaskoczyć, zauroczyć, zaimponować" miałaby w pani przypadku największe powodzenie?

Zaimponować jest mi chyba ciężko. Na pewno daję się zauroczyć, ale nie tyczy się to tylko mężczyzn, ale wielu dziedzin życia. Generalnie staram się trwać w zauroczeniu: dobrym filmem, dobrą książką, otaczającą naturą. Nie ograniczałabym tego stanu jedynie do relacji damsko-męskich.

Jak przebiegała współpraca z filmowymi partnerami? W obsadzie jest Cezary Pazura, Maciej Musiał i Jacek Knap.

Z Maćkiem pracowało nam się bardzo miło. Łączy nas typowo kumpelska relacja. Podobnie zresztą jak z Jackiem Knapem, z którym kończyliśmy tę samą "filmówkę" w Łodzi. Nawet udało mi się załapać na "fuksówki", z którymi mam akurat bardzo dobre wspomnienia. To właśnie rok Jacka Knapa mnie "fuksował". Graliśmy również razem w serialu "Ludzie i bogowie" Bodo Koxa. Na planie "Drugiej połowy" oczywiście bywały momenty napięć czy różnicy zdań, ale generalnie wszystko przebiegało w bardzo profesjonalnej i przyjaznej atmosferze.

Jeśli chodzi o Cezarego Pazurę, to było moje pierwsze spotkanie z osobą, której twarz znałam jeszcze przecież z dzieciństwa. Prywatnie to człowiek z wybitnym poczuciem humoru. Zbliżając się do make-up busa, już z daleka dało się słyszeć salwy śmiechu i w ciemno można było obstawiać, że w środku siedzi właśnie Cezary Pazura.

Rola w "Drugiej połowie" to kolejna duża kreacja po pamiętnym "Kamerdynerze". Jakie, z perspektywy czasu, aktorskie i pozaaktorskie korzyści wyniosła pani z planu Filipa Bajona?

Praca przy "Kamerdynerze" była absolutnie spełnieniem marzeń i czymś wyjątkowym, choć jednocześnie opatrzona była ogromnym wysiłkiem. W trakcie zdjęć mieliśmy liczne przestoje, a ja sama nie raz i nie dwa miałam chwile zwątpienia dotyczące tego, czy w ogóle uda się spiąć ten projekt w całość. Najcenniejszą lekcją było właśnie radzenie sobie z tymi kryzysowymi momentami, szlifowanie umiejętności pokonywania rozczarowań i niepowodzeń, co niestety jest dość częste w aktorskim fachu. Sądzę, że jest to jeden z najbardziej rozczarowujących zawodów, przy całej swojej wspaniałości i możliwości przeżywania najpiękniejszych emocji. Trzeba być przygotowanym na wszelkie scenariusze i właśnie na to zwróciłam szczególną uwagę podczas prac przy "Kamerdynerze". Niezbędna jest równowaga, nie wolno dać się porwać chwilowym zrywom.

Właśnie wtedy zaczęłam też rozwijać dodatkowe pasje, bo w naszym zawodzie zachowanie zdrowia psychicznego wymaga nieraz emocjonalnej ucieczki w zupełnie inne przestrzenie niż film. Dodatkowo zrozumiałam i mogłam podejrzeć, jak wygląda praca z młodymi aktorami, do których przecież sama na planie "Kamerdynera" się zaliczałam. Ta wiedza z kolei znacznie ułatwia mi teraz współpracę ze studentami, bo coraz częściej grywam także w etiudach. Do plusów zaliczyłabym również świetne relacje i przyjaźnie, jakie pozostały po zakończeniu zdjęć do "Kamerdynera". Na przykład z Borysem Szycem zdarzało mi się od tamtej pory spotykać na planach kilku produkcji i zawsze były to wspaniałe, przezabawne chwile.

Olga Bieniek o kulisach pracy producenta filmowego



Wydaje się, że właśnie "Kamerdyner" był taką trampoliną, dzięki której mogła wskoczyć pani do polskiego kina. Zawodowych propozycji było dość sporo po premierze filmu Filipa Bajona. Czyli pełen sukces?

Może zaskoczę pana, ale mam zupełnie inne odczucia. Owszem, na pewno wzrosło zainteresowanie moją osobą. Pojawiły się sesje, wywiady, okładki. Równocześnie za sukcesem nieraz idzie w tym zawodzie niebezpieczeństwo zaszufladkowania - w moim przypadku do szufladki z napisem "kino kostiumowe". Poniekąd sama sobie na to zapracowałam, bo zawsze o takim kinie marzyłam. Po premierze serialu "Ludzie i bogowie" miałam już jednak ogromną chęć ucieczki w zupełnie inne, uwspółcześnione rejony kina.

Na szczęście pojawił się wówczas projekt HBO "Warszawianka", dzięki któremu mogłam odpocząć od wojny, kostiumów, niskich obcasów. Nie mogę jeszcze zbyt wiele mówić o tym przedsięwzięciu, ale bardzo się cieszę, że dostałam szansę zagrania bardzo ciekawej roli, która różni się od tego, z czym jestem kojarzona od czasu "Kamerdynera". Takim sposobem na odcięcie się jest także kreacja w "Drugiej połowie".

Marianna Zydek urodziła się w Gdańsku, skąd przeniosła się do Łodzi. Po skończeniu tamtejszej "filmówki" mieszka i pracuje na co dzień w Warszawie. Do Trójmiasta, jak sama przyznaje, lubi chętnie wracać.
Marianna Zydek urodziła się w Gdańsku, skąd przeniosła się do Łodzi. Po skończeniu tamtejszej "filmówki" mieszka i pracuje na co dzień w Warszawie. Do Trójmiasta, jak sama przyznaje, lubi chętnie wracać. mat. prasowe/ Kino Świat
Po drodze pojawił się jeszcze ciekawy polsko-islandzki projekt "Wolka".

To była niesamowita przygoda. Możliwość kręcenia na Islandii i kontaktu z tak wielkim profesjonalistą i pasjonatem, jakim był nieżyjący już niestety Arni Asgeirsson. Nie mam w "Wolce" wielkiej roli, ale było to i tak niezwykle ciekawe przeżycie. Bardzo ten film polecam ze względu na świetne kreacje Olgi Bołądź i Anny Moskal. Sama czekam na premierę.

A na jakie role pani czeka?

Moim aktorskim marzeniem jest zagrać autentyczną postać. Kogoś, kto jest dla nas jakimś autorytetem. Nie mam na myśli konkretnej osoby, ale moim pragnieniem jest, by była to główna rola. Tak, by móc przeprowadzić tę postać przez cały film, nadać jej odpowiednią strukturę i obdarować emocjami, zbudować ją od zera. Drugi plan nigdy tego nie daje. To też jest świetne doświadczenie, ale chciałabym w końcu - używając terminologii żeglarskiej - chwycić za ster i samodzielnie nawigować.

Może główna rola w kinie międzynarodowym? Przydadzą się lingwistyczne umiejętności, o których pani wspomniała. Rozumiem, że Pedro Almodóvar czy Gaspar Noé mogą zgłaszać się z propozycjami?

Oczywiście! (śmiech). Proszę dzwonić!

Opinie wybrane


wszystkie opinie (26)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

11.06.2021 r.

04.06.2021 r.

Zapowiedzi