Nasze recenzje

stat

Drużyna na dorobku. Recenzja filmu "Liga Sprawiedliwości"


Zack Snyder niczym piłkarski selekcjoner rozesłał powołania, skompletował wymarzony atak, ale zamiast pasjonującego widowiska zorganizował efektownej drużynie jedynie niezobowiązujący sparing z niezbyt wymagającym przeciwnikiem. "Lidze Sprawiedliwości" poziom polskiej Ekstraklasy nie grozi, ale do angielskiej Premiership brakuje lat świetlnych. Zespołowi z potencjałem przyda się najwyraźniej nowy trener i zmiana dotychczasowego lidera.



"Nie ocalisz świata w pojedynkę". Promocyjne hasło "Ligi Sprawiedliwości" producenci z Warner Bros. przekuli w myśl taktyczną. Podczas gdy konkurencyjny Marvel w kasowym wyścigu po laur widza zalicza kolejne rekordowe okrążenia, zdezelowany bolid spod szyldu DC wlecze się ślamazarnie po torze łapiąc seryjnie usterki. Takimi z pewnością były "Legion samobójców" czy "Batman vs Superman", które zamiast dodać mocy uruchamiały jedynie awaryjne hamulce. Dystans do rywala z powodzeniem nadrobiła Wonder Woman, ale w Warner Bros. jeszcze przed premierą filmu wiedzieli, że nawet najlepszy zawodnik bez odpowiedniego zespołu w pojedynkę świata (DC) nie ocali.

Pojawiła się więc potrzeba zwołania na pokład zgrai superbohaterów, którzy dumnie stawiliby czoła panoszącym się niczym paw na wybiegu Avengersom. Na powołanie reżysera "Ligi" Zacka Snydera odpowiedzieli Batman, Wonder Woman, Flash, Cyborg i Aquaman. I na wstępnie trzeba zaznaczyć, że stworzyli świetną, energiczną i różnorodną paczkę przyjaciół, wewnątrz której wzajemne tarcia i zgrzyty jedynie dodają wszystkim bohaterom kolorytu. Cóż jednak z tego, skoro ciekawe postaci obudowano kuriozalną fabułą i realizacyjnym chaosem.

Batman, Wonder Woman, Cyborg, Flash i Aquaman łączą siły w walce ze Steppenwolfem - przybyszem z innego świata, który na Ziemi ma rachunki do wyrównania.
Batman, Wonder Woman, Cyborg, Flash i Aquaman łączą siły w walce ze Steppenwolfem - przybyszem z innego świata, który na Ziemi ma rachunki do wyrównania. mat. prasowe/Warner Bros.
Bez względu na to, w które komiksowe uniwersum się zapuścimy, ze świeczką szukać oryginalnej, spójnej i logicznej historii, wokół której brykają ochoczo zamaskowani bohaterowie. W "Lidze Sprawiedliwości" niestety nie ma wyjątku od tej reguły. Jest za to jej zatrważająco naiwne potwierdzenie. "Hej! Są takie trzy pudełka i jak się je złączy, to wtedy świat zrobi bum! I będzie taki duży, zły gość i on te pudełka będzie chciał znaleźć, a wtedy Batman i reszta powiedzą mu, że nie! Tak nie wolno!". Brzmi jak fantazjowanie pod osiedlowym trzepakiem dwóch 7-latków? Cóż, obaj scenarzyści filmu mają łącznie 93 lata, a wpadli na dokładnie taki sam pomysł. I jeszcze dostali za to niezłe sumki.

Paradoksalnie jednak otwarcie "Ligi" i pierwszą połowę filmu można określić jako obiecujące. Kilka ładnie zmontowanych przebitek, w tle zaaranżowany utwór Leonarda Cohena (niejedyny artysta, któremu oddano skromny hołd, wysilcie oko na początku!) i melancholijny klimat po śmierci Supermana nastrojowo wprowadzają nas w świat borykający się z deficytem herosów. Przestępczość lawinowo rośnie, a między ludźmi panoszą się nawet stwory z kosmosu. Targany wyrzutami sumienia Batman (Ben Affleck) wyczuwa nadchodzące zagrożenie i naprędce próbuje skrzyknąć kolegów i koleżankę po fachu. A tu nawet jego supermoc, czyli - jak to ironicznie puentuje w filmie sam bohater - pieniądze, może okazać się niewystarczającym argumentem.

Rekrutacja herosów z całą pewnością stanowi najbardziej przemyślany i najlepiej ograny fragment filmu. Twórcom, zgodnie z tytułem produkcji, udało się sprawiedliwie rozdysponować czas pomiędzy poszczególne postaci. A każda z nich niemal z miejsca zyskuje naszą sympatię. Bo trudno nie zakumplować się z aroganckim twardzielem z morskich głębin (Jasona Momoę z butelką whisky i z "Icky Thump" White Stripes w tle można zapętlać w nieskończoność, damskie kolana rozmiękną jak podgrzany karmel!), cybernetycznym wrażliwcem (Ray Fisher) czy przekomicznym neurotykiem, który mówi równie szybko jak biega (Ezra Miller). O klasie eleganckiej i charakternej Wonder Woman nie wspominając. To równie oczywiste jak fakt, że zwierzęciem na kostiumie Batmana jest nietoperz, a nie jamnik. Gal Gadot to wciąż niezaprzeczalnie "pierwsza dama DC", która bije na głowę swoje odpowiedniczki w drużynie Marvela.

W "Lidze Sprawiedliwości" w końcu DC udało się zrzucić nieco przyciężki klimat na rzecz improwizowanego humoru. Z pożytkiem dla tempa opowieści. Nie zabrakło jednak nadmiernego patosu, realizacyjnego chaosu i bezmyślnego zakończenia. Pojawiła się mimo wszystko nadzieja, że monopol Avengersów może przerodzić się w równą filmową walkę pomiędzy Marvelem a DC.
W "Lidze Sprawiedliwości" w końcu DC udało się zrzucić nieco przyciężki klimat na rzecz improwizowanego humoru. Z pożytkiem dla tempa opowieści. Nie zabrakło jednak nadmiernego patosu, realizacyjnego chaosu i bezmyślnego zakończenia. Pojawiła się mimo wszystko nadzieja, że monopol Avengersów może przerodzić się w równą filmową walkę pomiędzy Marvelem a DC. mat. prasowe/Warner Bros.
Pozostaje więc żałować, że poza Cudowną Kobietą żadnemu z bohaterów nie poświęcono dotychczas oddzielnej produkcji. Nowe postaci przekonują zarówno w nieco bardziej dramatycznych osobistych wątkach, jak i wówczas, gdy pojawiają się razem na ekranie. A wtedy aż iskrzy od słownych utarczek i uszczypliwości. Starannie wyważonego humoru ewidentnie brakowało poprzednim tytułom spod szyldu DC. Scenarzyści nie byliby jednak sobą, gdyby lekkostrawnych i spontanicznych dialogów nie wymieszali z breją patetycznych wywodów, których kwintesencją są katastrofalne sceny z udziałem Amy Adams i jej partnera. Tak koszmarnych linijek tekstu nie wymieniła między sobą żadna ekranowa para w tym roku.

W niezbyt optymalnej, delikatnie mówiąc, formie wydaje się być również główny inicjator powstania "Ligi Sprawiedliwości". Tak ociężałego, ślamazarnego i udręczonego Batmana w kinie jeszcze nie widziano. W towarzystwie pozostałych superbohaterów człowiek-nietoperz wypada wręcz beznadziejnie, sprawia wrażenie piątego koła u wozu i tylko czekać, aż spartoli poważną misję ratowania świata. Benie Afflecku, chwyć za kamerę i wróć do reżyserowania, bo wychodzi ci to świetnie, ale strój Batmana zostaw w piwnicy pełnej nietoperzy, zamknij drzwi i nie zapomnij wyrzucić klucza. Gorzej prezentuje się już tylko Steppenwolf - czarny charakter rodem z kina klasy B, który pojawia się znikąd i donikąd wydaje się zmierzać.

W podobnym kierunku mniej więcej od połowy filmu udaje się fabuła, w której mnożą się logiczne dziury i tendencyjne uproszczenia. Im mocniej ekipa superbohaterów zacieśnia szyki, tym niestety coraz bardziej wieje nudą. Zawodzą zarówno chaotycznie ograne sekwencje walk, jak i eksplodujące od nadmiaru absurdów zakończenie. Kolejny raz okazuje się, że Zack Snyder po "300" i najlepszym w jego dorobku "Watchmen" nie ma już kompletnie nic do zaoferowania. A jego obsesyjna skłonność do "slow-motion" zakrawa już na chorobę psychiczną. Wszystkie, bez wyjątku, sekwencje potyczek zostały zamordowane przez brak dynamiki i naturalności. Podejrzewam, że nawet film o pojedynku szachistów Snyder pokazałby w zwolnionym tempie. Mądrym głowom z Warnera brakuje niestety odwagi, by kamerę przekazać w ręce prawdziwych wizjonerów. Patrz Taika Waititi i ostatni "Thor".

Ezra Miller, czyli ekranowy Flash, to z pewnością jeden z największych wygranych "Ligi Sprawiedliwości". Takiego luzu, humoru i energii brakowało w dotychczasowych ekranizacjach komiksów DC.
Ezra Miller, czyli ekranowy Flash, to z pewnością jeden z największych wygranych "Ligi Sprawiedliwości". Takiego luzu, humoru i energii brakowało w dotychczasowych ekranizacjach komiksów DC. mat. prasowe/Warner Bros.
Do wymiany nadaje się też cały zastęp speców od efektów, bo z tymi użytymi w "Lidze Sprawiedliwości" sukces gwarantowany tylko w branży gier komputerowych. 10 lat temu. Wizyty na wyspie Amazonek i Atlantydzie oraz finałowa potyczka są tylko tego dowodem. Na co poszło 300 milionów dolarów z budżetu na film? Może na catering dla Bena Afflecka. Może na fryzjera dla Jasona Momoy. Bo na pewno nie na efekty specjalne.

"Liga Sprawiedliwości" miała zadatki na naprawdę dobre, solidne kino, a utknęła pośrodku. Pośrodku błyskotliwego humoru i nadmiernego patosu. Niezłych batalistycznych pomysłów i kiepskiej realizacji oraz tandetnych efektów. Pośrodku świetnych (na ogół) postaci i płaskiej niczym tors Flasha fabuły. I w końcu pośrodku "Wonder Woman" a "Batman vs Superman". Warto jednak się wybrać na seans, choćby dla nowych bohaterów, kilku naprawdę fajnych scen, muzyki Elfmana (fani starych "Batmanów" nadstawcie ucho) i dla nadziei na to, że może być to nowe otwarcie dla DC. Skład skompletowany, trening przeprowadzony, sparing rozegrany, pora na walkę o punkty. A będzie z kim o nie powalczyć, co zdradza jedna ze scen po napisach.

OCENA: 5,5/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (18)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
12.12.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

08.12.2017 r.

01.12.2017 r.

Zapowiedzi