Nasze recenzje

stat

Lara Croft na dorobku. Recenzja filmu "Tomb Raider"


Najsłynniejsza wirtualna wojowniczka wraca w zupełnie nowym wydaniu. Przebojową i zuchwałą Angelinę Jolie zastępuje filigranowa i dziewczęca Alicia Vikander, która bezsprzecznie stanowi najmocniejszy punkt "Tomb Raidera". Szkoda jedynie, że charyzmatyczną postać i utalentowaną aktorkę wrobiono w tak mdły i bezkształtny film, który od sukcesu gry komputerowej sygnowanej nazwiskiem Lary Croft dzielą lata świetlne.



Metamorfoza filmowej Lary Croft doskonale odzwierciedla kierunek, jakim podążają twórcy współczesnego kina przygodowego, szczególnie tego zdominowanego przez wyraziste kobiece charaktery. Zupełnie nowej jakości dostarczyła całkiem niedawno "Wonder Woman", a Gal Gadot udowodniła, że urodę i seksapil znakomicie można połączyć z charyzmą, poczuciem humoru i ekranową inteligencją. Nie da się zaprzeczyć, że twórcy "Tomb Raidera" celowali w podobne tony. Wyszło z pewnością nie tak okazale, ale ambitne intencje pozwoliły stworzyć Larę Croft godną naszych czasów.

Złośliwi stwierdzą szyderczo, że ponętną kobietę z krwi i kości z mnóstwem efekciarskich gadżetów pod ręką zastąpiła szczupła nastolatka podjadająca między treningami fitness bezglutenowe płatki. Zanim zabrzmi zmasowany lament na temat fizycznych atrybutów Alicii Vikander, warto jednak zauważyć, że od premiery ostatniego filmu z Larą Croft minęło już 15 lat, a przede wszystkim światło dzienne ujrzała odświeżona wersja gry. Wystrzałowa seksbomba nabrała bardziej dziewczęcych kształtów, zyskała na naturalności i wiarygodności. Dokładnie tym tropem podążyli też filmowcy.

Wcielająca się w główną postać Alicia Vikander zdecydowanie udźwignęła ciężar bohaterki i pokazała słynną wojowniczkę z zupełnie innej perspektywy.
Wcielająca się w główną postać Alicia Vikander zdecydowanie udźwignęła ciężar bohaterki i pokazała słynną wojowniczkę z zupełnie innej perspektywy. mat. prasowe/ Forum Film Poland
Skandynawska współpraca (norweski reżyser, szwedzka aktorka) zaowocowała naprawdę ciekawym podejściem do głównej bohaterki. Panna Croft pracę w charakterze kuriera dzieli z zamiłowaniem do sportów walki. W nosie ma rodzinną fortunę, a na skromne wydatki dorabia, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, udziałem w nielegalnych rowerowych wyścigach. Z archeologią nie ma nic wspólnego, ale gdy przypadkowo odkryje wskazówkę prowadzącą do zaginionego ojca, błyskawicznie odnajdzie w sobie żyłkę odkrywczyni i podróżniczki.

Zanim jednak Lara chwyci za nieodłączny łuk i rozpocznie niebezpieczny surwiwal na opuszczonej japońskiej wyspie, musi odrobić obowiązkową scenariuszową pańszczyznę: przełamać słabości, poradzić sobie z rodzinną traumą i przejść inicjację w dorosłe życie. To, że na każdy z tych nudnawych etapów nie reagujemy przeciągłym ziewaniem, zawdzięczamy jedynie aktorskim umiejętnościom Vikander. Laureatka Oscara świetnie sprawdza się zarówno w interakcjach z innymi bohaterami, jak i podczas solowych, kaskaderskich popisów. Przekonuje naturalnością, ujmuje wdziękiem, przyciąga zaangażowaniem, a przy okazji posiada niesamowity magnetyzm, dzięki któremu każdy jej ruch, gest i kwestię chłoniemy bez odwracania wzroku.

Szkopuł w tym, że za szwedzką wersją Lary Croft nie podąża już praktycznie żaden inny element filmowego rzemiosła w "Tomb Raiderze". Przygotowane przez scenarzystów zasadzki i zwroty akcji pozbawione są pomysłu, a każdy ruch bohaterów cechuje przypadkowość i da się go z łatwością przewidzieć. Śledzenie fabuły przypomina więc komputerową rozgrywkę, której poszczególne etapy pokonywaliśmy już niejednokrotnie. Skrzętnie skrywane aż do kulminacyjnych scen zagadki ani nie dostarczają frajdy, ani nie zmuszają do główkowania wraz z bohaterami. Daleko im do angażujących łamigłówek z filmów o Indianie Jonesie.

"Tomb Raider" wykorzystuje popularny ostatnio wśród filmowców motyw "origin", a więc sięga opowieścią do początków głównej bohaterki. Lara rusza w pierwszą samodzielną misję, by odnaleźć ślad po zaginionym ojcu. Przy okazji dowiaduje się o klątwie pewnego antycznego, japońskiego bóstwa.
"Tomb Raider" wykorzystuje popularny ostatnio wśród filmowców motyw "origin", a więc sięga opowieścią do początków głównej bohaterki. Lara rusza w pierwszą samodzielną misję, by odnaleźć ślad po zaginionym ojcu. Przy okazji dowiaduje się o klątwie pewnego antycznego, japońskiego bóstwa. mat. prasowe/ Forum Film Poland
Równie ubogo i schematycznie wygląda ekspozycja pozostałych bohaterów. Trącące tanim melodramatem wspominki Lary Croft o ojcu (Dominic West) zaburzają strukturę "przygodówki" i zdecydowanie są zbyt często stosowane. Zwłaszcza że kontekst rodzinnych relacji można wydedukować już z pierwszych sekwencji. Beznadziejnie wręcz wypada czarny charakter, który po raz enty okazuje się być podatnym na przemoc półgłówkiem, który gdyby choć tylko przez chwilę zdobył się na logiczne myślenie, oszczędziłby problemów sobie i pozostałym. Marnotrawstwo tym większe, że wcielający się w Mathiasa Vogela Walton Goggins to naprawdę zdolny facet, który potrafi zaistnieć na dalszym planie. Sensownego wytłumaczenia dla obecności postaci Lu Rena (Daniel Wu) doprawdy ciężko się doszukać. Zaglądający do butelczyny marynarz ani specjalnie nie pomaga, ani nie śmieszy. W pewnym momencie w ogóle znika, a heroicznie macha zdobycznym karabinem, gdy cały kurz już opadnie.

Zaskakująco blado prezentuje się ponadto warstwa techniczna "Tomb Raidera". Od wysokobudżetowego widowiska, szczególnie w dzisiejszych czasach, należy oczekiwać efektów specjalnych co najmniej dobrej jakości. Tych w nowej odsłonie przygód Lary Croft znajdziemy ledwie kilka na czele z nieźle skręconą sceną w samolocie wiszącym na skraju wodospadu. Finałowa konfrontacja bohaterów z antycznym bóstwem w naszpikowanej pułapkami świątyni rozczarowuje. Sądzę, że zastąpienie wątpliwej jakości scen czarnym ekranem ze streszczającym przebieg akcji, dajmy na to, mistrzem wyjaśniania scenariuszowych niuansów - Morganem Freemanem, dostarczyłoby więcej wypieków na twarzy niż sztuczne efekty z niedopracowanymi detalami.

Nowa wersja przygód Lary Croft tempem akcji i choreografią walk z pewnością ma szansę dorównać słynnej serii gier. Znacznie gorzej film Roara Uthauga prezentuje się pod kątem scenariusza, drugoplanowych postaci i... efektów specjalnych. Te bowiem, jak na taki rodzaj kina, rozczarowują sztucznością i niedopracowaniem.
Nowa wersja przygód Lary Croft tempem akcji i choreografią walk z pewnością ma szansę dorównać słynnej serii gier. Znacznie gorzej film Roara Uthauga prezentuje się pod kątem scenariusza, drugoplanowych postaci i... efektów specjalnych. Te bowiem, jak na taki rodzaj kina, rozczarowują sztucznością i niedopracowaniem. mat. prasowe/ Forum Film Poland
Całkiem sprawne tempo akcji, ekranowa charyzma i urok Alicii Vikander, a także kilka charakterystycznych mrugnięć twórców filmu do miłośników znanej serii gier sprawią, że przygoda u boku nowej Lary Croft, nawet jeśli nie porwie, to na pewno zaciekawi. A to już dość spory kapitał na ewentualne kontynuacje, w które z pewnością celują producenci. Niezbędnym warunkiem musi być jednak dopracowanie scenariusza i wpompowanie większych pieniędzy w jakość zastosowanych efektów. Póki co sięgający do początków kariery Lary Croft "Tomb Raider" jest zbyt chaotycznym, a przy tym zachowawczym i asekuracyjnym widowiskiem, które jak wiele ostatnich tytułów ("Warcraft", "Assassin's Creed") nie dorównuje poziomem komputerowym pierwowzorom. Warto więc pozostać przy konsoli i czekać na filmowe DVD.

OCENA: 5/10

Film

Tomb Raider

Tomb Raider (5 opinii)

5.7
produkcja
USA
gatunek
Akcja, Przygodowy
premiera
6 kwietnia 2018
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (36)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

21.09.2018 r.

14.09.2018 r.

Zapowiedzi