Nasze recenzje

stat

Kolorowa odtrutka na szarą jesień. Recenzja filmu "Thor: Ragnarok"


Nasączona pstrokatymi barwami i absurdalnym humorem wyprawa do filmowego Asgardu rozświetli nawet najbardziej przygnębiającą jesienną szarugę. "Thor: Ragnarok" jest przykładem prostego w użyciu, lecz niezwykle skutecznego antydepresanta, którego jedynym skutkiem ubocznym mogą być obolałe od śmiechu mięśnie brzucha. Filmowe uniwersum Marvela zyskało kolejnego superbohatera - reżyserskiego świra z Antypodów, który tchnął w to komercyjne imperium odrobinę abstrakcyjnego szaleństwa.



Wybór nowozelandzkiego outsidera na fotel reżysera trzeciej odsłony przygód władcy piorunów mógł wprawić w osłupienie niejednego zagorzałego sympatyka widowisk spod znaku Marvela. Taika Waititi z dotychczasowym filmowym dorobkiem stał niemal w opozycji do hollywoodzkiego blichtru i wielomilionowych produkcji. Za stosunkowo skromne pieniądze w plenerach rodzimej Nowej Zelandii tworzył niszowe, lekkostrawne i autorskie kino, w którym inteligentny humor przeplatał z absurdalnymi pomysłami fabularnymi. W znakomitej komedii "Co robimy w ukryciu" czy w jeszcze lepszych "Dzikich łowach" nieraz ostentacyjnie naigrywał się z mentalności i filmowego warsztatu amerykańskich kolegów po fachu.

Stąd też nie wróżono Waititiemu sukcesu, gdy ten podjął wyzwanie i zmierzył się z najbardziej dochodową franczyzą we współczesnym kinie. I nagle okazało się, że anonimowy filmowiec z fantazją bardziej nieokiełznaną niż nowozelandzka natura, odpalił z hukiem wszystkie silniki, podkręcił maksymalnie "Immigrant Song" Led Zeppelin i zabrał nas w dziką podróż na spotkanie z gromowładnym Thorem. Słynny twardziel, po dwóch kiepskich solowych projektach, lepszego gościa w Asgardzie nie mógł się spodziewać.

Przystrzyżony Thor, rozgadany Hulk, eksplozja humoru większa niż kiedykolwiek u Marvela i śmiałe pomysły fabularne. "Ragnarok" niewątpliwie wyróżnia się na tle pozostałych marvelowskich pozycji, choć w dużej mierze bazuje na sprawdzonym patencie: lekki i zgrabny humor w połączeniu z pompatyczną akcją. Wciąż działa.
Przystrzyżony Thor, rozgadany Hulk, eksplozja humoru większa niż kiedykolwiek u Marvela i śmiałe pomysły fabularne. "Ragnarok" niewątpliwie wyróżnia się na tle pozostałych marvelowskich pozycji, choć w dużej mierze bazuje na sprawdzonym patencie: lekki i zgrabny humor w połączeniu z pompatyczną akcją. Wciąż działa. mat. prasowe/ Disney
Rozbuchany wielobarwnymi sekwencjami, energiczną muzyką i humorystycznymi dialogami zwiastun nie kłamie ani trochę. "Ragnarok" zapewnia odlot bez choćby grama używek. To zarazem najbardziej komediowy akcent w całym filmowym uniwersum Marvela, gdzie niemal każda scena ocieka absurdalnym żartem, aktorzy z nieposkromioną frajdą bawią się swoimi postaciami, a reżyser mając nareszcie odpowiednie zaplecze może dać upust zwariowanej wyobraźni.

Waititi bezceremonialne pozbył się również zbędnego balastu z poprzednich filmów poświęconych Thorowi: wykreślił miałkie postaci, odrzucił sztampową fabułę i drętwe dialogi, rozluźnił sztywną konwencję, a przy okazji znacząco rozkręcił dwóch Avengersów, którzy do tej pory błyszczeli tylko w gromadzie.

Drastyczna zewnętrzna metamorfoza Thora to ledwie zalążek zmian. Nowozelandzki reżyser wycisnął niemal jak cytrynę cały komediowy potencjał Chrisa Hemswortha. Nie oznacza to bynajmniej, że muskularny syn Odyna, słynący z odwagi i dużego mniemania o sobie, nagle przeistoczył się w głupawego błazna. Wręcz przeciwnie. Thor poza włosami zrzucił co najmniej tonę ciężkawej podniosłości. W "Ragnaroku" pokazuje, że równie skuteczny i atrakcyjny zarazem może być nie tylko na polu bitwy, ale też w słownych utarczkach z Hulkiem czy niestroniącą od alkoholu Walkirią.

U Waititiego władca gromów to wyluzowany kumpel, z którym można skoczyć na piwo zaraz po ocaleniu świata. Heroizm i gotowość do poświęcenia to bowiem wciąż najwyższe wartości, jakie przyświecają Thorowi, nawet gdy blondasowi wyostrzył się żart i nabrał do siebie większego dystansu.

Tytułowy bohater nie prezentowałby się zresztą tak fantastycznie, gdyby nie doskonała świta, jaką się otoczył. Nareszcie nieco więcej do pokazania i (o dziwo) do powiedzenia ma Hulk - idealny bitewny partner Thora w wydaniu niepowtarzalnego Marka Ruffalo, który ostatecznie chyba zamknie dyskusję na temat tego, kto powinien podszywać się pod zielonego złośnika. Wzajemne tarcia i uszczypliwości pomiędzy dwoma Avengersami to kolejna perełka "Ragnaroka". Bez zarzutu prezentuje się Tom Hiddleston, który w Lokim nadal potrafi odnaleźć pokłady nowej energii i wciąż pozostaje przy tym trudny do rozgryzienia dla widzów. Twórcom filmu udało się także wpleść w marvelowski świat pierwszy czarny charakter w kobiecym wydaniu. I to nie byle jakim, bo Cate Blanchett nawet schematyczną i jednowymiarową postać potrafi odegrać z mistrzowską klasą i charyzmą. Ręce same składają się do braw.

"Thor: Ragnarok" to jazda bez trzymanki na granicy pomiędzy patosem a absurdem, sztywnym heroizmem a luźną improwizacją. Duża w tym zasługa reżysera, który chwilami aż nadto nachalnie starał się przemycić humor w każdej niemal scenie. Efekt jest wciąż jednak więcej niż zadowalający.
"Thor: Ragnarok" to jazda bez trzymanki na granicy pomiędzy patosem a absurdem, sztywnym heroizmem a luźną improwizacją. Duża w tym zasługa reżysera, który chwilami aż nadto nachalnie starał się przemycić humor w każdej niemal scenie. Efekt jest wciąż jednak więcej niż zadowalający. mat. prasowe/ Disney
Nowa odsłona "Thora" to ponadto żywiołowa i zwariowana symfonia absurdu wygrywana przez nietuzinkowe postaci z drugiego planu na czele z nie do końca trzeźwo myślącą (dosłownie) Walkirią (udany marvelowski debiut Tessy Thompson), karykaturalnym Skurgem (Karl Urban), fenomenalnym w swym dziwactwie Grandmasterem (wielki Jeff Goldlum) i autorskim pomysłem samego Waititego - Korgem - mistrzem ironicznej puenty i sytuacyjnego humoru. Tę postać na pewno zapamiętacie. Podobnie jak chyba najlepszy dotychczasowy epizod samego Stana Lee. Nie mam wątpliwości, że staruszek właśnie z tej rólki czerpał najwięcej frajdy.

I choć producenci dali reżyserowi zielone światło na spełnianie nawet najbardziej karkołomnych fanaberii, pozwolili na jego autorski podpis pod dziełem, przymknęli oko na wysublimowany humor i podśmiewanie się z samego Tony'ego Starka, to w niektórych kwestiach byli niczym przyjacielski, ale wymagający szef. Waititi, chcąc nie chcąc, musiał więc zadbać o dozę powagi, dać bohaterom chwilę nostalgii i dumy, zaakcentować ich dramaty i oczywiście znaleźć miejsce na rozbuchane sceny akcji. Niewątpliwie w tych fragmentach Nowozelandczyk radził sobie słabiej aniżeli z realizacją własnych konceptów. W pełni autorska wizja byłaby jednak zbyt ryzykowna, a na taką brawurę szefostwo Marvela jeszcze gotowe nie jest. Film w końcu swoje zarobić musi.

Trzecia część przygód Thora obfituje w wiele świetnych ról. Doskonale w roli czarnego charakteru, mimo scenariuszowej oszczędności, radzi sobie Cate Blanchett. Bryluje niezwykle wyluzowany Chris Hemsworth. A i Mark Ruffalo ma zdecydowanie więcej przestrzeni niż w filmach o Avengersach. Doskonały kwartet dopełnia jeszcze niezwykle wyrazisty Jeff Goldblum.
Trzecia część przygód Thora obfituje w wiele świetnych ról. Doskonale w roli czarnego charakteru, mimo scenariuszowej oszczędności, radzi sobie Cate Blanchett. Bryluje niezwykle wyluzowany Chris Hemsworth. A i Mark Ruffalo ma zdecydowanie więcej przestrzeni niż w filmach o Avengersach. Doskonały kwartet dopełnia jeszcze niezwykle wyrazisty Jeff Goldblum.
Powściągliwością Waititi musiał wykazać się również budując fabułę "Ragnaroka". Na tym polu podmuchu świeżości nie poczujemy. Gdy na horyzoncie Asgardu pojawia się wypędzona przed laty siostra Thora i Lokiego, Hela (Cate Blanchett), bracia muszą stanąć do nierównej walki o byt poddanych. Problem w tym, że obaj trafiają na planetę Sakaar - zbiorowisko międzygalaktycznych wyrzutków, którymi rządzi Grandmaster (Jeff Goldblum). Stąd niełatwo uciec. Trzeba więc połączyć siły i przezwyciężyć braterską niechęć. Przyda się również ekipa ratunkowa. Dawna protektorka królestwa (Tessa Thompson) i zielony idol mieszkańców Sakaar (Mark Ruffalo) nadają się idealnie. Problem w tym, jak przekonać tę dwójkę do współpracy.

W systematycznym łączeniu faktów i prowadzeniu fabuły Waititi nie jest już tak swobodny i nieobliczalny jak w przypadku ekspozycji bohaterów, budowaniu więzi między nimi a widownią i serwowaniu akcji wymieszanej z humorem. Pomysł na zakończenie, trzeba jednak przyznać, dość odważny i nieoczywisty. Podobnie jak cały "Thor: Ragnarok" będący zdecydowanie najlepszym z trylogii filmów o synu Odyna. Dwugodzinna rozrywka, chwilami ocierająca się już o autoparodię lub aktorską improwizację, przyklei nam uśmiech na twarzy, który nie zejdzie jeszcze długo po wyjściu z kina.

OCENA: 8/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (20)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

17.11.2017 r.

10.11.2017 r.

Zapowiedzi