Nasze recenzje

Kierunek: złomowisko. Recenzja filmu "Transformers: Ostatni Rycerz"


Gdy wydawało się, że przewidywalny i ogarnięty niezrozumiałą manią dewastowania na ekranie wszystkiego, co się rusza Michael Bay niczym nie potrafi już zaskoczyć, okazało się, że najnowszą częścią sagi o zmechanizowanych kosmitach nawiedzających Ziemię osiągnął zupełnie niespodziewany poziom reżyserskiego warsztatu. Powodów do dumy jednak próżno szukać, bo specjalista od eksponowania akcji kosztem fabuły zwyczajnie zaczął przynudzać. "Ostatni rycerz" udowadnia, że mistrz ekranowego kiczu i eksplozji razem ze swoimi podopiecznymi nieuchronnie zmierza na filmowe złomowisko.



Niewinna zabawa komiksowym mitem już dawno przestała zadowalać twórców filmowej serii Transformerów, którzy z każdą kolejną częścią pogrążali się w absurdalnym rozwijaniu szytej grubymi nićmi fabuły. Dziesięć lat temu Shia LeBeoufMegan Fox otoczeni przez elitę Autobotów autentycznie pozwolili nam uwierzyć w ten mechaniczny świat wypełniony pojazdami przeinaczającymi się w gigantyczne roboty. Było sporo luzu, bezcennego dystansu, nachalnego, acz jeszcze tolerowanego humoru i oczywiście efektownej akcji. Dziś "Transformers" to niemal autoparodia zdominowana efektami specjalnymi, pozbawiona choćby elementarnej fabuły, o logice, porządnym aktorstwie i budowaniu napięcia nie wspominając.

Naszpikowana gadżetami filmowa rozrywka dziś przyjęła formę pseudoapokaliptycznej epopei o bohaterskich robotach, które chronią Ziemię przed inwazją własnej rasy, ratując skórę głupawym ludziom. Tymi w rzeczywistości są twórcy filmu, którzy naiwnie wierzą, iż każdą fabularną bzdurę, każdego nijakiego bohatera i każdy oczywisty zwrot akcji są w stanie przykryć toną żelastwa wysypującego się z wielkiego ekranu.

Autoboty jeszcze raz stają do walki o dalszy byt Ziemi, choć tym razem pozbawione są pomocy ludzi. Do czasu, gdy zagłada staje się już niemal nieunikniona.
Autoboty jeszcze raz stają do walki o dalszy byt Ziemi, choć tym razem pozbawione są pomocy ludzi. Do czasu, gdy zagłada staje się już niemal nieunikniona. mat. prasowe/ Paramount Pictures
Fabułę najnowszej części "Transformers" można właściwie ograniczyć do ciągu wyrazów dźwiękonaśladowczych: "bum, trach, bach, łubudu". Pomiędzy nimi widnieje jeszcze kilka górnolotnych linijek tekstu o męstwie i poświęceniu, garść zwiotczałych żartów i quasi-naukowy bełkot o Ziemi jako mikrofali i ludziach w roli eksplodującego w niej popcornu. Śladem scenarzystów podążać jednak nie warto, więc porządkując: ukrywające się przed ludźmi Autoboty wciąż pomieszkują na Ziemi, zaś odradzający się Megatron z Decepticonami na usługach Quintessy próbuje odnaleźć legendarną włócznię i z jej pomocą odzyskać swoją planetę kosztem oczywiście ludzi i ich domu.

Dzielnym robotom zostawionym na pastwę losu przez Optimusa Prime'a pomóc próbują napakowany majsterkowicz z fryzurą głupszą niż opowiadana na ekranie historia i angielski lord strzegący tajemnic kilkusetletniego stowarzyszenia. Pozostali bohaterowie właściwie niewiele mają do roboty. Żołnierze z oddziału TRF głównie więc biegają, pływają, latają, ale jakkolwiek by się nie starali, zawsze są w niedoczasie. W konsekwencji są zupełnie zbędni. Podobnie jak osierocona nastolatka szukająca schronienia u Cade'a Yeagera (Mark Wahlberg), która nie wnosi absolutnie nic do opowiadanej historii. Pojawia się za to kolejna piękność, Vivian Wembley (Laura Haddock), czyli potomkini... Merlina.

Skąd w futurystycznym filmie akcji o robotach-kosmitach obecność znanego z arturiańskich legend maga? Odpowiedź ukryta jest już w sekwencji otwierającej "Ostatniego rycerza". W śmiałym, żeby nie powiedzieć kretyńskim, mniemaniu scenarzystów król Artur obronił Brytanię przed hordą barbarzyńców przy pomocy Transformerów dowodzonych przez pijanego (?!) Merlina właśnie. Co więcej, w założeniu twórców filmu dzielne roboty obaliły nawet nazistowskie Niemcy. Prawdopodobnie też rozbiły Krzyżaków pod Grunwaldem, a skaczący przez płot Lech Wałęsa w rzeczywistości był Autobotem, dla niepoznaki z doklejonym wąsem.

I tym razem fabuła, skądinąd fatalna, zostaje zasypana lawiną efektów specjalnych. Pomimo tego znajduje się miejsce dla rodzicielskich uczuć, morałów o przyjaźni, pojawia się nawet infantylny i wklejony na siłę wątek miłosny Cade'a (Mark Wahlberg) i Vivian (Laura Haddock).
I tym razem fabuła, skądinąd fatalna, zostaje zasypana lawiną efektów specjalnych. Pomimo tego znajduje się miejsce dla rodzicielskich uczuć, morałów o przyjaźni, pojawia się nawet infantylny i wklejony na siłę wątek miłosny Cade'a (Mark Wahlberg) i Vivian (Laura Haddock). mat. prasowe/ Paramount Pictures
Poziom ogłupienia widza jest wręcz skandaliczny, jednak biorąc pod uwagę fabularne zagrywki w poprzednich częściach, specjalnie nie dziwi. Tym bardziej, że tradycyjnie dominuje już ekranowa demolka napędzająca tę zardzewiałą machinę. Seans "Ostatniego rycerza" przypomina oglądanie muzycznego kanału w telewizji, gdzie sceny akcji przypominają teledyski, a fragmenty rozwijające fabułę - bloki reklamowe. Stopień wykonania i dialogów nawet podobny i też mamy ochotę je przewinąć lub skorzystać w tym czasie z przerwy na ubikację.

To, co wydawało się niemożliwe, naprawdę w filmie istnieje. Michel Bay bowiem w końcu lawiną efektów specjalnych zasypał naszą czujność i zainteresowanie losami bohaterów. Mnożące się batalistyczne sekwencje, do tego monotonne, przeciągnięte w nieskończoność i zrealizowane bez pomysłu, po prostu nudzą. Po godzinie eksplozji, bijatyk, ogólnego tumultu i hałasu czujemy się jak na kościelnym kazaniu recytowanym przez krzykliwego księdza przemawiającego do przesterowanego mikrofonu.

Oczywiście kunszt speców od komputerowych wariacji jest bezdyskusyjny. Roboty wciąż imponują rozmachem, konstrukcją i dynamiką. Ich transformacja zaskakuje lekkością i sprawnością wykonania. Pojawia się nawet kilka ładnych kadrów, choć oczywiście niezbyt długotrwałych. Sytuację ratować próbuje świetny i szyjący z niczego John Turturro oraz nietuzinkowy duet: Anthony Hopkins i towarzyszący mu robot-lokaj, Cogman. Wzajemne docinki dostarczają sporej porcji niezłego humoru. Gdy jednak zasłużony mistrz aktorskiego fachu szarmancko z brytyjskim akcentem rzuca niezobowiązujące: "What a bitchin' ride", można jedynie spuścić głowę i czekać na jej ścięcie, by ulżyć cierpieniom.

Cierpieć będą natomiast zagorzali fani serii, bowiem Michael Bay odpalił ostatnie fajerwerki i zapowiedział, że kończy przygodę z Transformerami. Ani myślą o tym szefowie studia Paramount Pictures, którzy już zapowiedzieli 14 (słownie: czternaście!) kontynuacji, w których znów zapewne znajdą się poszukiwania sześcianów, włóczni, mieczów, magicznych wykałaczek i zaczarowanych ołówków. Co więcej, akcja ma się dziać na przestrzeni kilku epok historycznych. Można się więc spodziewać tak znakomitych tytułów, jak "Quo vadis, Optimus?", Szeregowiec Bumblebee" czy "Piraci z Cybertronu".

Kilka humorystycznych tekstów, nienaganne dopracowanie techniczne Transformerów i wartkie, choć do czasu, tempo akcji nie są w stanie uratować filmu, który na świecie zbiera fatalne recenzje i może poszczycić się najgorszym otwarciem finansowym w historii całej serii.
Kilka humorystycznych tekstów, nienaganne dopracowanie techniczne Transformerów i wartkie, choć do czasu, tempo akcji nie są w stanie uratować filmu, który na świecie zbiera fatalne recenzje i może poszczycić się najgorszym otwarciem finansowym w historii całej serii. mat. prasowe/ Paramount Pictures
"Ostatni rycerz", pomimo technicznego spełnienia, bezlitośnie niszczy zwoje mózgowe, wyciągając je z naszej głowy i prasując rozgrzanym żelazkiem trzymanym przez Michaela Baya. Będąc małym chłopcem wpatrującym się z opuszczoną do podłogi szczęką w karty komiksu i widniejące za sklepową witryną figurki Transformerów być może doceniłbym piątą odsłonę filmowej sagi, choć mam duże wątpliwości. Tym jednak, którzy potrafią na sali kinowej przenieść się wstecz w czasie i włączyć tryb dziecka, seans "Ostatniego rycerza" będzie niczym wyprawa do robo-Disneylandu.

OCENA: 3/10

Film

Transformers: Ostatni Rycerz
5.7 7 ocen

Transformers: Ostatni Rycerz (7 opinii)

produkcja
USA
gatunek
Science-Fiction, Akcja
premiera
23 czerwca 2016
czas trwania
2 godz. 31 min.

Opinie (27) 3 zablokowane

  • Jako fan 3 pierwszych czesci (3)

    ledwo bylem w stanie wysiedziec w kinie na czwartej. Debilizm fabuly przekraczał tolerowane przeze mnie stezenie. Dobrze wiedziec, ze 5 czesc pograza serie jeszcze bardziej i tym samym zaoszczedzic swoj czas i pieniadze zostajac w domu.

    Mam nadzieje ze przynajmniej Pacific Rim 2 nie zawiedzie.

    • 3 5

    • Ja na czwartej części zasnąłem, szczęśliwie nie w kinie, a przed telewizorem. Ale to, co zdążyłem obejrzeć, absolutnie do niczego się nie nadawało.

      • 2 0

    • Ja po Pacific Rim nie obejrzę 2 częsci nawet za dopłatą

      • 3 2

    • Fan 3-ech pierwszych części? Piszesz tak, jakby dało się je obejrzeć na trzeźwo.

      Jednak Michael Bay to Michael Bay - dno dna i metr mułu...

      • 0 0

  • ha ha ha - gratuluję recenzji :)) (3)

    ale za co w takim razie 5.3?

    • 4 5

    • hahaha

      A po co chodzić do kina jak tak wiadomo,że pozytywnymi bohaterami bedą niwiarygodnie inteligentni murzyni a reszta to ciołki i plebs.Oczywiście nasze orły będą również adorowane przez niezwykle atrakcyjne partnerki.

      • 3 1

    • OCENA: 3/10 (1)

      Czytanie ze zrozumieniem sie klania.

      Ramka z 5.3 to srednia ocen uzytkownikow

      • 5 1

      • nie zauważyłem - jest tak nieistotnie umiejscowiona, za to wybija się 5.3

        • 2 0

  • recenzja (5)

    uwarzam ze film mimo pewnych niedpracowanych aspektow jest, ogolnie fajny. trzyma w napieciu fabula jest bardzo rozbudowana i naprawde widac wiele swiatow i postaci i nie jest nudno no i efekty sa tez, bardzo dobre. polecam kazdemu zwlaszcza fanom serii bedziecie, bardzo zadowoleni.

    pozdro dla ziomkow z redy a szczegolnie madoksa, kacperka, siwego, drukary i dżordża lukasa. zawsze razem, a baby sa dla leszczy! do zoba na zoltarze w niedziele siwy szykuj pupsko hehe beda baty elo

    • 4 20

    • typowa wieśniacka wypowiedź A BABY to masz w nosie glucie

      • 6 4

    • UwaRZasz tak? To nieźle ziomalu wpadaj na rewir w niedzielę będzie ekstra odjazdowo razem z ziomalami z hip hop Elo ziomalu i ziomalu pozdro Elo elo

      • 7 0

    • Baby są dla leszczy A Ty jesteś kozak i wolisz chłopakòw buhahahaha

      • 8 0

    • "Uwarzasz", powiadasz...? Pewnie też jesteś fajny "ziomek" :-) Szkoda, że nieco ograniczony, niedouczony, upośledzony... Ale elektorat PiS musi się skądś brać :-)

      • 0 0

    • wyczulenie na szyderę zerowe w narodzie.

      • 1 0

  • Byłam, po 20 minutach wyszłam, beznadziejny gniot. (3)

    Gimbaza będzie zachwycona.

    • 8 8

    • Agatka

      Wpadniesz do mnie na seans?
      Też będziesz mogła wyjść po 20min, w sumie to nawet dobrze że wyjdziesz.
      20 minutowy seansik wystarczy.

      • 12 5

    • W sumie Aguś do mnie też możesz wpaść

      na seans nawet kasę odpalę

      • 3 1

    • Wpadaj do mnie szybkousta kinomanko :)

      • 2 0

  • Nie polecam :)

    Siedziałem do końca, ale było ciężko. Wiele osób wychodziło w trakcie. Film jest głupi, ale to normalne, przecież mówimy o kosmitach którzy się zmieniają w tiry xD. Film jest zły jednak pod względami technicznymi nawet. Zły montaż, fatalne dialogi. No szkoda kasy i czasu.

    • 6 3

  • zła opinia

    Ten ton opisany w opinii w filmu, równie dobrze sięga dna jak fabuła w transformosow. Chciałem coś obiektywnego, a dostałem hejta. Od autora, który zamiast normalnym tonie pisać, pozwala sobie używać ironii. Piszesz człowieku opinie a nie skecz .

    • 13 5

  • nieporozumienie recenzenta (1)

    Mocno się dziwię recenzentowi. Na tego typu filmy nie chodzi się oczekując głębi przemyśleń, rozbudowanych wątków czy gry aktorskiej. To są typowe filmy w których najważniejsze są efekty specjalne i o tych powinna być recenzja. Jestem grafikiem i sam często zajmuję się tego typu efektami. To co robi Bay z wielką ekipą współpracowników to pierwsza liga światowa i choćby dlatego warto to obejrzeć. To prawdziwe widowisko.

    • 17 1

    • chyba trzeba miec jakąs pomrocznosc jasna zeby nazwac tego gniota pierwsza ligą... nie jestem jakims fanem tej serii ale dwie pierwsze czesci mozna obejrzeckilka razy i dobrze siebawic , trzecia byla slabsza ale tez nie meczyla a to cos po prostu meczy kazdego kto nie potrzebuje wyjasniania trzy razy kazdego zwrotu akcji . ten film jest po prostu okrutnie przegadany, nawet jakby byl krotszy o godzine to bynie nabral tempa. po prostu ciezka nieskladna fabula, pierdoły i gornolotne powiedzonka, wypowiadane takim tonem jakby byly odkryciem tysiaclecia i generlanie bezsens tej calej akcji jest nie do zniesienia... obejrzalem do koncaale naprawde sie zmeczylem. gdzie podizaly sie lekkie, fajne gadki z pierwszej czesci, luzik i lekkie przymrozenie oka nawet w trakcie ratowania swiata...

      • 1 3

  • Polecam recenzję Kinomaniaka

    czy Pietrasa na YT. W sumie to samo co tu - czyli efektowne popisy specjalistów CGI w odmętach przydennego mułu.

    • 1 1

  • Do autora tekstu

    Panie Tomaszu po zapoznaniu się z Pana recenzją nie potrafiłem się powstrzymać od komentarza wobec Pańskiej osoby. Proponuję Panu nakręcić własny film i wtedy zobaczymy jaką opinię otrzyma od pseudo kryryka filmowego, którym Pan jest.

    • 6 2

  • Jak ci się nie podoba seria

    to po jaką cholerę polazłeś do kina na ten akurat film, trzeba było iść na Minionki ;)

    • 4 0

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

16.10.2020 r.

09.10.2020 r.

Zapowiedzi