Nasze recenzje

stat

Ekstremalne filmowe doznanie. Recenzja "mother!"


Niepokojąco mroczna wiwisekcja ludzkiej natury, jaką firmuje swoim nazwiskiem twórca "Requiem dla snu" i "Czarnego łabędzia", z powodzeniem pretenduje do miana jednego z najdziwaczniejszych i najtrudniejszych w odbiorze filmów ostatnich lat. Autorski geniusz reżysera ściera się z przeładowanym symboliką kiczem, apokaliptycznej grozie towarzyszy ogrom niedorzeczności, a poetycką metaforykę zabija dosadna przemoc. Jedno jest pewne: obok "mother!" nie można przejść obojętnie.



Jakiekolwiek dywagacje i analizy związane z najnowszym dziełem Darrena Aronofsky'ego należałoby poprzedzić dość istotnym sprostowaniem. Wbrew chwytliwym promocyjnym sloganom: "mother!" nie jest horrorem. Miłośnicy klasycznego kina grozy zwabieni rozhisteryzowaną Jennifer Lawrence tę filmową pozycję lekką ręką mogą akurat wykreślić z listy obowiązkowych seansów. Owszem, Aronofsky intuicyjnie chwilami podsyca swój film niepokojem, wprowadza suspens, pozostawia mnóstwo niedopowiedzeń, a nawet sięga po sztampowe zagrywki rodem z najbardziej tendencyjnych horrorów. "mother!" wymyka się jednak jakimkolwiek gatunkowym ograniczeniom.

Jeżeli więc bodźcem motywującym nas do obejrzenia dzieła Aronofsky'ego jest tylko i wyłącznie delikatnie niepokojący i ekscytujący zarazem dreszczyk strachu, to rozczarowanie może nadejść bardzo szybko. W drugiej części filmu poczujemy wręcz tęsknotę za choćby najbardziej przewidywalnym horrorem. Łatwiej bowiem przetrawić widzowi przerażające kadry, jeśli się ich spodziewa. Na to, co serwuje w "mother!" Aronofsky przygotować się po prostu nie można. Dyskomfort, uczucie osaczenia i dezorientacja nasilają się z taką intensywnością, że dopiero po końcowych napisach odczuwamy skutki psychicznego wyczerpania.

Wielopłaszczyznowe w kwestii interpretacyjnej "mother!" pretenduje niejako do miana opus magnum Aronofsky'ego. Reżyser, wykorzystując niebanalny koncept, kreśli w ciągu dwóch godzin gorzką analizę człowieka, naświetla aktualne problemy świata, czerpie z motywów biblijnych, snuje wizję apokalipsy i rozkłada na czynniki pierwsze damsko-męskie uczucie. Możliwości odczytu filmu jest naprawdę mnóstwo.
Wielopłaszczyznowe w kwestii interpretacyjnej "mother!" pretenduje niejako do miana opus magnum Aronofsky'ego. Reżyser, wykorzystując niebanalny koncept, kreśli w ciągu dwóch godzin gorzką analizę człowieka, naświetla aktualne problemy świata, czerpie z motywów biblijnych, snuje wizję apokalipsy i rozkłada na czynniki pierwsze damsko-męskie uczucie. Możliwości odczytu filmu jest naprawdę mnóstwo. mat. prasowe/UIP
Znajomość dotychczasowej twórczości nowojorczyka wcale nie łagodzi szoku, którego prędzej czy później doznamy podczas seansu. Aronofsky skutecznie zapełnia wąską niszę, jaką Hollywood pozostawia wybrańcom na ambitne i autorskie projekty. Zwinnie od lat wymyka się komercyjnym pułapkom, zaś producentów jest w stanie przekonać do najśmielszych artystycznych wizji. W "mother!" jego abstrakcyjny koncept kina osiąga zenit. Tym razem, nie bacząc na konsekwencje, odpina każdą z asekuracyjnych lin i mimo to decyduje się balansować na cienkiej wstędze kilkaset metrów nad ziemią. Co więcej, na samobójczy spacer zaciąga niewinnego i nieświadomego widza. Bo właśnie takich ekstremalnych emocji dostarcza jego film.

W "mother!" wszystko wydaje się nieokreślone i zawoalowane, łącznie, a może przede wszystkim, z fabułą. W tym względzie warto więc wybrać jedną z dwóch strategii. Jeżeli nie obcujemy z kinem artystycznym, a jednocześnie pragniemy choć odrobinę odciążyć umysł podczas seansu, to warto zebrać wcześniej jak najwięcej informacji. Łącznie ze spoilerami. Tak, tak. Mamy do czynienia z tego typu filmem, iż nawet znajomość poszczególnych ekranowych faktów niekoniecznie musi nam pomóc w interpretacji obrazu. Miłośnikom intelektualnego survivalu natomiast powinien wystarczyć jedynie zarys opowieści.

Ona (Jennifer Lawrence) na co dzień zajmuje się urządzeniem niedawno odnowionego domu, gotowaniem, praniem, prasowaniem i zapewnieniem Jemu (Javier Bardem) jak największego komfortu. On z kolei, ceniony poeta, zmaga się z twórczym kryzysem. Najczęściej więc snuje się po wnętrzach, psioczy, narzeka, a zaangażowanie w kwestie domowe ogranicza do minimum. Parę z emocjonalnego marazmu wybudza pojawienie się niespodziewanego gościa (Ed Harris), do którego dołącza wkrótce małżonka (Michelle Pfeiffer). Artysta w przybyszach dostrzega nowe idee i bodziec do przełamania pisarskiej niemocy. Gospodyni domu alergicznie reaguje na intruzów, których z czasem będzie coraz więcej, co wstrząśnie fundamentami okazałego domostwa.

"mother!" to aktorski popis Jennifer Lawrence,która musiała uporać się z najtrudniejszą i najbardziej wymagającą kreacją w swojej karierze. Znakomicie wypadła też Michele Pfeiffer. Zdecydowanie natomiast w blasku pań pozostali panowie: Ed Harris i Javier Bardem (na zdj.).
"mother!" to aktorski popis Jennifer Lawrence,która musiała uporać się z najtrudniejszą i najbardziej wymagającą kreacją w swojej karierze. Znakomicie wypadła też Michele Pfeiffer. Zdecydowanie natomiast w blasku pań pozostali panowie: Ed Harris i Javier Bardem (na zdj.). mat. prasowe/ UIP
Przez połowę filmu Aronofsky skutecznie mami nas konwencją kameralnego thrillera. Podobnie jak główna bohaterka jesteśmy totalnie zaskoczeni nieproszonymi gośćmi, ich obecność i związane z tym sytuacje wydają się absurdalne. Tak samo jak znakomicie operująca grą ciała i twarzy Lawrence odczuwamy duszny dyskomfort i irytującą atmosferę zagubienia. Doskonale wzmacnia to kamera prowadzona przez Matthew Libatique'a, która nie odstępuje zafrasowanej aktorki na krok. Dzięki temu zarówno ona, jak i widz, poznają jedynie ten sam fragment rzeczywistości, a to z kolei wpływa na współodczuwanie podobnych emocji. Na tym jednak przejrzystość "mother!" się kończy.

Druga część filmu bowiem przypomina eskalację chaosu i zrzucenie emocjonalnej atomówki. Aronofsky szarżuje bez żadnych ograniczeń, będąc jednocześnie tak sugestywnym i bezpośrednim, iż staje się przez to nachalny ze swoją wizją filmu. Zaczyna bombardowanie widza serią alegorii, ucieka w pretensjonalną symbolikę, w mnożeniu absurdów i fabularnych niedorzeczności jest infantylny, nieokrzesany, niemal fanatyczny. W pewnym momencie zapomina nawet o publice. Niczym narkoman zatraca się w alternatywnej rzeczywistości. Biernym obserwatorem szaleństwa pozostaje widz, który nawet jeśli wcześniej domyśla się ogólnego konceptu, to z pewnością nie może spodziewać się wyłożenia go w takiej formie.

Aronofsky zupełnie niepotrzebnie celuje w podobieństwa do Kubricka, Lyncha czy Mallicka, a tymczasem z napuszoną metaforyką bliżej mu do filmowego Paulo Coelho. Absurdalne pomysły inscenizacyjne są po prostu tendencyjne, a przez to prześmiewcze, nienaturalne i mylnie zaniżają ocenę oryginalnego i odważnego reżyserskiego eksperymentu. A jaki jest jego zamysł? Warto jedynie uprzedzić, że niczego nie wolno tu interpretować dosłownie, a reżyser, podobnie jak w poprzednim swoim filmie, garściami czerpie z biblijnych ksiąg, snując jednocześnie apokaliptyczną wizję przyszłości i wystawiając surową ocenę nie tylko człowiekowi.

Pierwsza część filmu ujęta w formie klimatycznego thrillera stanowi ledwie wstęp do brutalnego wyłożenia reżyserskich tez. Aronofsky zbyt mocno uwierzył w potęgę własnego języka filmowego. Ten okazuje się być miejscami kiczowaty, przerysowany, a przez to prześmiewczy i niepoważny. W przeciwieństwie do założenia filmu.
Pierwsza część filmu ujęta w formie klimatycznego thrillera stanowi ledwie wstęp do brutalnego wyłożenia reżyserskich tez. Aronofsky zbyt mocno uwierzył w potęgę własnego języka filmowego. Ten okazuje się być miejscami kiczowaty, przerysowany, a przez to prześmiewczy i niepoważny. W przeciwieństwie do założenia filmu. mat. prasowe/UIP
Jeżeli przebijemy się przez kolejne warstwy mało efektywnych i efektownych metafor oraz kiczowatych ilustracji, to dostrzeżemy genialne założenie, które broniłoby się bez dodatkowych udziwnień. Sporo widzów zatrzyma się jednak na pierwszej takiej barierze i absolutnie będzie miało podstawy ku temu, by "mother!" i jego twórcę skazać na potępienie.

Stąd też diametralnie różne od siebie oceny najnowszego dzieła Aronofsky'ego, którego od perfekcji odciągnęły zbytnia pewność siebie i brak dyscypliny. Brawury i reżyserskiej niezależności należy jednak pogratulować. "mother!" jest ekstremalnym filmowym wyzwaniem, które na pewno nie pozostawia obojętnym, wywołuje skrajne emocje i boleśnie wwierca się w naszą strefę komfortu. I choćby dlatego najnowszy projekt Aronofsky'ego można uznać za niepokojąco, ale wciąż niekompletnie udany.

OCENA: 7/10

Film

Mother!

Mother! (10 opinii)

5.2
produkcja
USA
gatunek
Horror
premiera
3 listopada 2017
czas trwania
2 godz. 1 min.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (33)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

16.11.2018 r.

09.11.2018 r.

Zapowiedzi