Nasze recenzje

stat

Egzaminy niedojrzałości. Recenzja filmu "Strażnicy cnoty"


Eskalacja sprośnego dowcipu i mało estetycznych żartów prowadzi w "Strażnikach cnoty" do wyłożenia na stół banalnego morału, przy którym pozostaje jedynie ziewnąć. Obsceniczną satyrę, której można było spodziewać się po zwiastunie, zastępuje finalnie mdła opowiastka o rozhisteryzowanych rodzicach goniących nie tyle za niesfornymi pociechami, ile za własnym rozumem.



Konfrontacja pokoleń z wykorzystaniem zawsze chwytliwego na ekranie seksu stanowi komediową studnię bez dna. Wystarczy jedynie odpowiednio głęboko sięgnąć wiaderkiem i zaczerpnąć dokładnie tyle, ile potrzeba, by ugasić pragnienie widzów. W "Strażnikach cnoty" i wiaderko okazało się dziurawe, i studnia nad wyraz płytka, a woda zatruta kiepskim żartem i zmącona nachalnym moralizowaniem.

Najpierw bowiem ktoś wymyślił serię żenujących, niecenzuralnych gagów, a następnie wpadł na absurdalny pomysł udekorowania filmu szczyptą nieco ambitniejszych treści. A te zwyczajnie tu nie pasują. W konsekwencji nudzą i gryzą się z oczekiwaniami widzów, którzy po soczystej porcji niepoprawnego humoru w zwiastunie, wypatrują jedynie coraz to odważniejszych wygłupów. Na czele z osławioną już sceną sączenia piwa od... innej strony. Jeden z przejętych ojców z przytwierdzoną do tylnej części ciała rurką ucieka przed policją, by chwilę później z pełną powagą uczyć córkę życiowej odpowiedzialności. Ewidentnie więc coś tu nie gra.

Mitchell (John Cena), Lisa (Leslie Mann) i Hunter (Ike Barinholtz) w dniu maturalnego balu swoich córek odkrywają, że dziewczęta mają zamiar zerwać z dziewictwem. Ruszają więc śladem nastolatek, by nie dopuścić do utraty tytułowej cnoty. Misja wymagać będzie jednak wielu nietypowych doświadczeń i ciężkiego poświęcenia.
Mitchell (John Cena), Lisa (Leslie Mann) i Hunter (Ike Barinholtz) w dniu maturalnego balu swoich córek odkrywają, że dziewczęta mają zamiar zerwać z dziewictwem. Ruszają więc śladem nastolatek, by nie dopuścić do utraty tytułowej cnoty. Misja wymagać będzie jednak wielu nietypowych doświadczeń i ciężkiego poświęcenia. mat. prasowe/ UIP
Bohaterami całego zamieszania są rodzice trójki kumplujących się nastolatek, które podczas maturalnego balu pełną dorosłość chcą osiągnąć poprzez seksualną inicjację. Nadopiekuńczy i nie do końca chyba jeszcze świadomi wieku córek Lisa, Hunter i Mitchell wpadają w panikę, gdy przypadkiem odkrywają młodzieńczy plan. I choć charakterologicznie dzieli ich niemal wszystko, to łączy wspólny cel - ocalić dziewictwo swoich ulubienic i odpędzić potencjalnych adoratorów. Gotowi są naprawdę na wiele - od alkoholowego pojedynku na studenckiej imprezie, poprzez szaleńczy pościg samochodowy, aż po włamanie i ucieczkę przed policją.

Wyjściowy zamysł twórców filmu można jeszcze uznać za całkiem niezły. Mamy do czynienia z pewnego rodzaju odwróceniem sytuacji. Młodzieńczą fascynację seksualną odkrywamy z perspektywy nie tyle rozochoconych nastolatków (kłania się "klasyk" - "American Pie"), lecz z punktu widzenia dorosłych, emocjonalnie także zaangażowanych w rozwój wydarzeń. Przełamaniem dotychczasowego schematu w tego typu produkcjach jest również fakt, że do cielesnego zbliżenia nie dążą wcale, jak to najczęściej na wielkim ekranie bywa, pewni swego młodzieńcy, a trzy urocze dziewczyny marzące o pierwszym razie.

Na tym właściwie walory fabularne "Strażników cnoty" można już podsumować, bo gdy dochodzi do realizacji założeń, szybko okazuje się, że cała opowieść poprowadzona jest co najmniej niezdarnie, zwroty akcji są sztucznie wymuszane, a o jakiejkolwiek logice i zdrowym rozsądku można zapomnieć. Najlepiej jeszcze przed wejściem na salę kinową. Inteligentne i naturalne dialogi spisać da się na odwrocie biletu, a angażująca początkowo historia szybka wytraca tempo. W drugiej części filmu robi się zwyczajnie nudno.

"Strażnicy cnoty" z jednej strony obierają stylistykę niezobowiązującej, niepoprawnej komedii z niewybrednym żartem. Z drugiej zaś jej twórcy silą się na sztuczne moralizatorstwo i doszukują się głębszego przekazu. Jedno z drugim pogodzić można tylko dzięki filmowej dojrzałości, a tej ewidentnie tu zabrakło.
"Strażnicy cnoty" z jednej strony obierają stylistykę niezobowiązującej, niepoprawnej komedii z niewybrednym żartem. Z drugiej zaś jej twórcy silą się na sztuczne moralizatorstwo i doszukują się głębszego przekazu. Jedno z drugim pogodzić można tylko dzięki filmowej dojrzałości, a tej ewidentnie tu zabrakło. mat. prasowe/ UIP
Po części wynika to z faktu, że filmowcy stopniowo przykręcają kurek z humorem. Luźna, żeby nie powiedzieć rozwiązła atmosfera przybiera na wadze, bohaterowie zaczynają (nareszcie) myśleć i czuć coś więcej niż chęć odbycia stosunku lub niedopuszczenia do niego. Wkrada się krępująco poważny nastrój, aczkolwiek niesie to ze sobą jeden niepodważalny atut - koniec z zawstydzająco niskiej jakości humorem. Doprawdy trudno zrozumieć, jak pięciu (!) scenarzystów mogło rozpisać 90 proc. żartów w oparciu jedynie o biegające gołe pośladki, pijackie ekscesy wymiotującej na siebie młodzieży i kretyńskie reakcje półgłówkowatych rodziców. Kto jednak odważy się zrzucić wszelkie okrycie moralności i przyzwoitości, będzie zapewne wesoło babrać się w tym komediowym bagienku.

Festiwal trywialnego dowcipu dodatkowo "ubarwiają" jeszcze aktorzy, którzy ochoczo pracują na to, by wzrok z ekranu odwracać znacznie częściej. John Cena ma być zapewne nowym Dwaynem Johnsonem. Były zapaśnik powinien jednak zamówić u "The Rocka" niejeden trening. Aktorski dla odmiany, bo za fizyczną tężyzną nie idzie w ślad niestety choćby mimika, będąca na poziomie "wczesnego Schwarzeneggera" po zjedzeniu wiadra cytryn. Aktorskie grymasy Ceny bowiem bawią nieraz bardziej niż rozpisane w scenariuszu dowcipy. Na szczęście sporo luzu wprowadza ekranowy Hunter (Ike Barinholtz), jednak jest to na tyle intensywna postać, iż jego dłuższe towarzystwo staje się problematyczne. Tercet tytułowych strażników uzupełnia jeszcze Leslie Mann, która po ledwie kilku minutach niczym świeżym nie jest już w stanie zaskoczyć.

Esencją komedii jest naturalnie humor. W "Strażnikach cnoty" należy spodziewać się żartów raczej najniższych lotów, monotematycznych i często na granicy dobrego smaku. A to z kolei powoduje, że film przede wszystkim skierowany jest do widzów o niewygórowanych wymaganiach i skłonnych przetrawić nawet najbardziej ordynarne gagi.
Esencją komedii jest naturalnie humor. W "Strażnikach cnoty" należy spodziewać się żartów raczej najniższych lotów, monotematycznych i często na granicy dobrego smaku. A to z kolei powoduje, że film przede wszystkim skierowany jest do widzów o niewygórowanych wymaganiach i skłonnych przetrawić nawet najbardziej ordynarne gagi. mat. prasowe/ UIP
Gdzie leży granica dorosłości i kiedy należy ją osiągnąć? - pyta filozoficznie debiutująca za kamerą Kay Cannon, ale odkrywczych odpowiedzi jednak nie dostarcza. Reżyserka próbuje portretować dorastających nastolatków, pragnie humorystycznie podkreślać pokoleniowe różnice, decyduje się nawet wpleść w opowieść wątek homoseksualny (skądinąd zgrabnie rozwinięty). Nijak ma się to jednak do obranej stylistyki. W konsekwencji jest to kino, delikatnie mówiąc, niewysokich lotów tylko dla tych, którzy szukają niskiego pułapu i nie interesuje ich szeroka perspektywa.

OCENA: 3/10

Film

Strażnicy cnoty

Strażnicy cnoty (2 opinie)

4.6
produkcja
USA
gatunek
Komedia
premiera
4 maja 2018
czas trwania
1 godz. 42 min.

Opinie (22)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdańsk

Sopot

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

17.05.2019 r.

10.05.2019 r.

Zapowiedzi