Nasze recenzje

stat

Dziedzictwo Rocky'ego. "Creed: Narodziny legendy" już w kinach



"Włoski Ogier" znów wraca do ringu! Na szczęście, prawie 70-letni Rocky oszczędził widzom prężenia nieco zwiotczałych muskułów i słusznie wybrał rolę trenera szlifującego pięściarski diament. Dało to efekt w postaci solidnego filmu i nowego herosa, pretendującego do godnego kontynuatora bokserskich tradycji w kinie. Wciąż jednak pierwsze skrzypce, z rolą życia, gra Sylvester Stallone.



Reżyser Ryan Coogler sprostał niełatwemu zadaniu. Nie dość, że podsunął widzowi młodego, buńczucznego i piekielnie zdolnego bohatera, to na dodatek potrafił z mistrzowską gracją zarezerwować należyte miejsce ustępującej legendzie. "Creed" to bowiem przekazanie pokoleniowej pałeczki, a właściwie w tym przypadku, bokserskich rękawic. Coogler serwuje niejako powtórkę z rozrywki: krnąbrny młodzian marzy o sportowych tytułach, choć gdzieś poza ringiem wciąż nie potrafi znokautować demonów przeszłości. Tytułowy bohater na swojej drodze spotyka jednak osobę, która wielokrotnie już udowadniała, że siłą woli i wewnętrzną równowagą można skruszyć niejednego przeciwnika. Również tego niewidzialnego.

Gdy Apollo Creed zbierał śmiertelne lanie od radzieckiej maszyny do zabijania, Iwana Drago, młodego Adonisa jeszcze na świecie nie było. Nieślubny syn - efekt małżeńskiej zdrady - urodził się z dala od wielkich fleszy, ale i godnych do naśladowania wzorców. Wychowywany bez ojca w młodym wieku traci matkę i trafia pod opiekę żony Apollo Creeda. Po latach wzorowej edukacji Adonis Johnson (nie chce przyjąć nazwiska biologicznego ojca, wybiera więc nazwisko matki) jest człowiekiem sukcesu. Ma piękny dom, eleganckie auto i dobrze płatną posadę, którą po godzinach lubi jednak zamieniać na nielegalne walki bokserskie w Meksyku. Krew ojca chyba zbyt mocno pulsuje w jego żyłach. W efekcie bogactwo i stabilność zamienia na skromną kawalerkę, przepoconą siłownię i mordercze treningi pod okiem filadelfijskiej legendy, Rocky'ego Balboa.

Właśnie więź rodząca się pomiędzy uczniem a mistrzem jest prawdziwą ozdobą filmu Cooglera. Początkowo niechętny do współpracy Rocky z upływem czasu dostrzega w młodym Creedzie upór i zacięcie, jakie osobiście popchnęły go do niejednego triumfu. Przy podopiecznym odnajduje też sens życia, odświeża blaski przeszłości, znajduje nie tylko zdolnego i żądnego wiedzy ucznia, ale i przyjaciela, u którego boku stoczy walkę o znacznie większą stawkę. Wszystko to sprawia, że relacja głównych bohaterów opiera się na utartym, ale bardzo szczerym, prawdziwym i stonowanym schemacie. Bez zbędnej melancholii, nadętej wzniosłości czy tanich chwytów emocjonalnych.

Niemal cała w tym zasługa Sylvestra Stallone'a, który fenomenalnie wciela się w rolę wyciszonego mentora. W charakterystycznym kapelusiku, wyprostowany, acz już mocno obolały samotnie przemierza ulice, zbierając po drodze salwę wiwatów na swoją cześć. Wciąż jest autorytetem, ale zamknięty w prowadzonej przez siebie knajpce unika towarzystwa i sławy. I gdzieś w tej monotonii, alienacji i wyciszeniu wysuwa się talent aktora. Dzięki kreacji, jaką stworzył Stallone widz ma wrażenie, że zestarzał się razem ze swoim idolem, że przeszedł razem z nim dziesiątki walk, że podnosił się nieraz po ciężkim knockdownie. Od Stallone'a bije sentymentalność, ale ta szczera, nie sztucznie pompowana. Kapitalnie widać to w scenie, gdy odwiedza na cmentarzu zmarłą żonę i przyjaciela. Kilka prostych ujęć i niezobowiązujących kwestii, a efekt aż przytłacza emocjami. Jeszcze większy wymiar symboliczny ma moment wchodzenia na słynne filadelfijskie schody.

Kroku, choć tylko w niektórych fragmentach, stara się dotrzymać Michael B. Jordan, czyli tytułowy Adonis Creed. Zobowiązujące do wysokich lotów nazwisko nie przekłada się jednak na jakość aktorskich umiejętności. Jordan solidnie odgrywa rolę zagubionego nieco zawodnika, na którym wyraźnie ciąży brzemię słynnego ojca. Próbuje się od tego odciąć, choć ostatecznie w charakterystyczny sposób oddaje mu cześć i szacunek. Ekranowemu Creedowi brakuje jednak charyzmy, magnetyzmu w przyciąganiu uwagi i osobowości, przez co w zestawieniu z Rockym wypada blado. Jest to jednak do nadrobienia w kolejnych częściach, które zdają się być kwestią czasu.

Twórcom oczywiście wystarczyło też ekranowego czasu na solidną dawkę boksu. Walki młodego Creeda nakręcono z rozmachem i z pomysłem, co rzadko zdarza się w przypadku filmów poruszających tematykę pięściarstwa. Znakomicie prezentuje się pod tym kątem szczególnie walka w środkowej części filmu w scenach, gdy kamera praktycznie nie opuszcza ringu i jednym ciągiem ogrywa dynamiczny pojedynek. Nieco gorzej wypada niestety finałowe starcie, nakręcone już według przerobionych i dobrze znanych schematów, aczkolwiek jest to z pewnością zamierzony ukłon w stronę starych części "Rocky'ego". Kolejnym tego typu smaczkiem są techniki treningowe z kultowym już ściganiem kurczaków i biegiem przez ulice ze zgrabnie przearanżowanymi motywami muzycznymi z przeszłości.

Twórcy "Creeda" puszczają więc oko do sympatyków gatunku, a przede wszystkim do fanów "Rocky'ego", którzy w obrazie Ryana Cooglera odnajdą swojego idola w nietypowej roli i w nietypowych sytuacjach. Do tego dostajemy mnóstwo nie tylko ringowej akcji, rozterki i dramaty bohaterów, ale także bardzo intymny i wcale nie taki oklepany wątek miłosny. Całość z pewnością nie nokautuje, ale stanowi ciekawy wstęp do kolejnej kilkurundowej sagi bokserskiej. Choć czempion wciąż jest tylko jeden.

OCENA: 7/10

Film

Creed: Narodziny legendy

Creed: Narodziny legendy (3 opinie)

4.8
produkcja
USA
gatunek
Dramat, Sportowy
premiera
8 stycznia 2016
czas trwania
2 godz. 13 min.

Opinie (20) 3 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

14.02.2020 r.

07.02.2020 r.

Zapowiedzi