Nasze recenzje

stat

Cud nie kobieta. Recenzja filmu "Wonder Woman"


"Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle". Mało gustowne powiedzenie doskonale sprawdza się jednak w przypadku "Wonder Woman". DC w końcu znalazło płaszczyznę, na której bije Marvela o głowę. Wojownicza Amazonka fanom uniwersum spod znaku nietoperza i czerwonej peleryny daje nadzieję na lepsze jutro. A Gal Gadot jako filmowa "Woder Woman" to najlepszy z dotychczasowych kobiecych superbohaterów w światowym kinie.



Artystyczne fiasko filmowego starcia Batmana z Supermanem przy mizernym wsparciu "Legionu samobójców" nie roztaczało przed fanami uniwersum DC zbyt świetlanej przyszłości. Zakompleksieni rozrastającym się do gigantycznych rozmiarów sukcesem duetu Marvel/Disney producenci ze stajni Warner Bros. nie potrafili znaleźć skutecznej odtrutki na jednostajne, miałkie i przesycone wizualnym kiczem kino. Podczas gdy dwaj najwięksi twardziele w zdziecinniałym pojedynku targali się nawzajem za peleryny, a Deadshot strzelał ślepakami w anorektycznego Jokera, niespodziewanie męską robotę zaczęły przejmować z pozoru tylko delikatne piękności.

Harley Quinn bezapelacyjnie rozświetlała ponurą atmosferę w "Legionie samobójców" (sprawdźcie naszą recenzję filmu), natomiast Wonder Woman skwapliwie kradła każdą efektowną sekundę w "Świcie sprawiedliwości" (więcej w recenzji "Batman vs Superman"). Nic więc dziwnego, że umięśnieni przystojniacy poszli w odstawkę, słusznie ustępując pola kobietom z charakterem, a przede wszystkim potencjałem. "Wonder Woman" jest tego najlepszym dowodem. Wojownicza Amazonka przeszywającą ekran charyzmą i nietuzinkowym wdziękiem jest w stanie zasłonić liczne niedociągnięcia i uproszczenia, które w filmach spod szyldu DC wracają niestety niezależnie od tego, kto staje za kamerą.

Największym atutem przykrywającym liczne niedoskonałości filmu jest główna postać, w którą znakomicie wciela się Gal Gadot, pochodząca z Izraela aktorka znana choćby z serii "Szybcy i wściekli".
Największym atutem przykrywającym liczne niedoskonałości filmu jest główna postać, w którą znakomicie wciela się Gal Gadot, pochodząca z Izraela aktorka znana choćby z serii "Szybcy i wściekli". mat. prasowe/ Warner Bros.
Reżyserka Patty Jenkins opowieść o protagonistce komiksowych superbohaterek rozbiła niejako na dwa akty. W pierwszym poznajemy rodowód Diany (Gal Gadot), księżniczki Amazonek z wyspy Themiscyra, która początkowo wbrew woli matki podejmuje katorżniczy trening, aby stać się najlepszą specjalistką w swoim fachu i podjąć w przyszłości walkę z bogiem wojny Aresem. Wyjściowy pomysł z genezą Wonder Woman uznać można za słuszny, sposób wykonania już nie bardzo.

Przez dobre pół godziny przyglądamy się marnym staraniom grafików komputerowych, przysłuchujemy się jałowym motywacyjnym gadkom i przechodzimy instruktażowy kurs samoobrony. Aby żaden półobrót i fikołek nie umknął uwadze niezbyt spostrzegawczych widzów (bo za takich chyba mają nas twórcy filmu), w sukurs przychodzi nadużywana technika slow-motion, której filmowcy z DC nie wiedzieć czemu wzorem pozostałych kolegów po fachu nie chcą odłożyć do lamusa.

Rozbijający się na odizolowanej od świata wyspie samolot pilotowany przez Steve'a Trevora (Chris Pine) przerywa przydługi prolog i rozpędza tlącą się zaledwie akcję. Przystojnego brytyjskiego szpiega ratuje główna bohaterka, która nie dość, że dowiaduje się o istnieniu płci przeciwnej, to zostaje uświadomiona o rozwijającej się równolegle cywilizacji. Ta jednak nie ma się najlepiej za sprawą dziesiątkującej ludzkość I wojny światowej. Zdeterminowana Diana błyskawicznie niemiecką agresję utożsamia z przejawem działalności Aresa i na przekór towarzyszkom decyduje się u boku poznanego dopiero mężczyzny ruszyć na ratunek światu. Brzmi niedorzecznie i groteskowo? Będzie tego więcej, więc wybierając się na seans "Wonder Woman" logikę i racjonalne myślenie należy przestawić w tryb uśpienia.

Usnąć na szczęście nie dadzą nam główni bohaterowie, którzy opuszczając rajską wyspę i przenosząc się do obskurnego w porównaniu do Themiscyry Londynu, inicjują zdecydowanie lepszy drugi akt tej filmowej opowieści. Fabularnie podążamy trasą, której każdy wiraż i nierówność znamy na pamięć. Para charyzmatycznych idealistów (choć z różnych pobudek) pragnie uratować ludzkość, tej z kolei zagraża demoniczny niemiecki generał (Danny Huston) dążący oczywiście do władzy nad światem. Bohaterom ze wsparciem przychodzi grupka postrzelonych nieco indywidualistów, zaś do złoczyńcy pomocną dłoń wyciąga równie genialna, co niezrównoważona chemiczka (niezła Elena Anaya), pracująca nad morderczym gazem, który ma unicestwić wszelkich wrogów (choć jak to bywa w przypadku czarnych charakterów, najbardziej ma się oberwać bezbronnym cywilom).

Steve (Chris Pine) i Diana (Gal Gadot) tworzą bardzo naturalny, wręcz spontaniczny duet głównych bohaterów, dzięki którym z mniejszym bólem można przyjąć przewidywalne fabularne twisty, masę ekranowego patosu i niezbyt wyrafinowane zakończenie. Para zdecydowanie ma patent na widza.
Steve (Chris Pine) i Diana (Gal Gadot) tworzą bardzo naturalny, wręcz spontaniczny duet głównych bohaterów, dzięki którym z mniejszym bólem można przyjąć przewidywalne fabularne twisty, masę ekranowego patosu i niezbyt wyrafinowane zakończenie. Para zdecydowanie ma patent na widza. mat. prasowe/ Warner Bros.
Dynamiczne tempo akcji i sposób poprowadzenia banalnej, a miejscami wręcz irytującej fabuły, rekompensują jednak scenariuszowe luki. Najistotniejszy jest fakt, że DC w końcu znalazło receptę na przełamanie gęstego, pompatycznego klimatu, serwując w "Wonder Woman" dawkę autoironicznego luzu i poczucia humoru, których ewidentnie brakowało w poprzednich produkcjach. Podszyte aluzjami i niegasnącym flirtem wymiany zdań pomiędzy Dianą a Stevem wnoszą tak upragniony koloryt i nadają posągowej fabule bezcennej lekkości. Odpowiednich barw dodają dalszoplanowe postaci, a całość nabiera względnej płynności, o której można było pomarzyć w przypadku "Legionu..." czy "BvS".

Gigantyczna w tym zasługa Chrisa Pine'a i Gal Gadot, którym udało się stworzyć jeden z najlepszych tegorocznych filmowych duetów. Wzajemna chemia podsycana humorem oraz iskrzącym, acz nienachalnym i zgrabnie ukazanym uczuciem nie pozwala filmowi pójść niechybnie na dno pod ciężarem znów przeforsowanego patosu, którego karykaturalną już esencją jest moment ataku na niemieckie okopy. Pine świetnie sprawdza się w roli brawurowego oficera, onieśmielonego jednak towarzystwem tak mocarnej partnerki. Dystans i naturalność pozwalają aktorowi stworzyć niemal równorzędną postać w odniesieniu do tytułowej bohaterki.

Nie da się jednak ukryć, że to Wonder Woman i Gal Gadot są najpewniejszym punktem filmu. Absolutnie każdy atut tej produkcji nieodłącznie wiąże się z pochodzącą z Izraela aktorką, która wydaje się być stworzona do roli pięknej wojowniczki o pacyfistycznym usposobieniu. Gadot pod każdym względem prezentuje się imponująco: fizycznie i charakterologicznie. Ujmuje nieporadnością, gdy poznaje obcą cywilizację. Zadziwia odwagą, ciętą ripostą i bezpośredniością w kontaktach ze Stevem. Imponuje mocą i determinacją, gdy trzeba rozprawić się z wrogiem. Gadot w każdej ekranowej sytuacji potrafi zastosować odpowiedni warsztat aktorski, skrupulatnie rozdzielić emocje i hipnotyzować każdym spojrzeniem. Jest bezapelacyjnie zachwycająca, dzięki czemu staje się królową superbohaterów. DC nareszcie znalazło kontrapunkt w rywalizacji z Marvelem.

Filmowa Wonder Woman kusą spódniczką i zgrabnymi kształtami jedynie wzbogaca wizerunek silnej, niezależnej kobiety, której najcenniejszymi atutami są determinacja, charyzma i przebojowość.
Filmowa Wonder Woman kusą spódniczką i zgrabnymi kształtami jedynie wzbogaca wizerunek silnej, niezależnej kobiety, której najcenniejszymi atutami są determinacja, charyzma i przebojowość. mat. prasowe/ Warner Bros.
Najważniejsze być może jest jednak to, iż Gal Gadot przy wsparciu Patty Jenkins uniknęła jakże niebezpiecznej seksistowskiej nadinterpretacji. Filmowa Wonder Woman kusą spódniczką i zgrabnymi kształtami jedynie wzbogaca wizerunek silnej, niezależnej kobiety, której najcenniejszymi atutami są determinacja, charyzma i przebojowość.

Tej wyraźnie zabrakło twórcom "Wonder Woman". Wyraziste postaci nie są niestety kompatybilne z na wskroś przewidywalną fabułą. Dynamiczna akcja ponownie zostaje pobrudzona sztucznym i wymuszonym patosem, a niezła choreografia zamordowana lawiną kadrów slow-motion i znów przeładowanym efektami rozczarowującym finałem (wnioski z "BvS" nie zostały wyciągnięte). Wonder Gadot razem z Chrisem Pinem podciągają jednak ocenę całości co najmniej o dwa stopnie. Póki zadziorna Amazonka bronić będzie filmowego uniwersum DC, póty poturbowani Batman i Superman mogą spokojnie leczyć rany i trzymać się kurczowo spódniczki swojej protektorki.

OCENA: 6/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (33)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

13.10.2017 r.

06.10.2017 r.

Zapowiedzi