Nasze recenzje

stat

Chyra jak Lecter, a reszta jest milczeniem. Recenzja filmu "Ach śpij kochanie"


Osadzony w peerelowskich realiach kryminał Krzysztofa Langa miałby szansę trafić na wyższą filmową półkę tylko pod jednym warunkiem: Andrzej Chyra musiałby zagrać każdą z przedstawionych w filmie postaci. Seryjny morderca w jego wydaniu zdaje się być bowiem jedynym argumentem przemawiającym za "Ach śpij kochanie" - produkcją, która poprzez fatalny scenariusz i rozmytą konwencję zmarnowała wielki potencjał drzemiący w historii Władysława Mazurkiewicza.



"Piękny Władek" w latach 50. ubiegłego stulecia brylował na salonach, otaczał się pięknymi kobietami, stołował się w najdroższych restauracjach i podróżował eleganckimi samochodami. W środowisku uchodził za dżentelmena, człowieka z gigantycznymi koneksjami i smykałką do interesów. Wśród mężczyzn wzbudzał szacunek, wśród kobiet - podziw i fascynację. Pod nienagannie skrojonym garniturem krył się jednak perfidny manipulator, bezkompromisowy materialista gotowy zapłacić każdą cenę w zamian za blichtr i luksus, od których wprost się uzależnił. Dostatnie życie obywatela Mazurkiewicza spływało krwią ponad 30 ofiar, choć sądzony był ostatecznie za jedynie sześć zabójstw. Medialny proces zszokował krakowską opinię publiczną, która poznała prawdziwe oblicze "eleganckiego mordercy".

W historii Władysława Mazurkiewicza zapisanych jest tyle zaskakujących zwrotów akcji i barwnych epizodów, iż spokojnie można byłoby nimi obdarować niejeden filmowy scenariusz. Ten autorstwa Andrzeja Gołdy zupełnie jednak nie potrafił wykorzystać choćby połowy niezwykłego potencjału. Nie pomogła też reżyserska ręka Krzysztofa Langa, który rasowy kryminał wyparł w pewnym momencie pobieżną sensacją i nieporadnym melodramatem. W dodatku skoncentrowanym na postaciach, które nie są w stanie zarazić widza jakimikolwiek emocjami.

Niezaprzeczalnym atutem filmu jest genialny (i genialnie ucharakteryzowany) Andrzej Chyra jako Władysław Mazurkiewicz, morderca, który w latach 50. XX wieku miał już na koncie co najmniej 36 zabójstw. Ostatecznie udowodniono mu tylko sześć.
Niezaprzeczalnym atutem filmu jest genialny (i genialnie ucharakteryzowany) Andrzej Chyra jako Władysław Mazurkiewicz, morderca, który w latach 50. XX wieku miał już na koncie co najmniej 36 zabójstw. Ostatecznie udowodniono mu tylko sześć. mat. prasowe/ Monolith Films
Inspirowane faktami scenariusze są o tyle niewdzięcznym tematem do realizacji, iż wymagają od reżysera nieszablonowego podejścia do prezentowanej historii. Lang bezceremonialnie już w sekwencji otwarcia zasugerował widzowi, kto jest mordercą. I nie jest to bynajmniej zarzut. Pod warunkiem, że utraconą przez nas frajdę odkrywania prawdy zastąpi emocjonujące policyjne śledztwo i angażujący pojedynek pomiędzy zabójcą a stróżem prawa. A na tej kluczowej płaszczyźnie "Ach śpij kochanie" zupełnie sobie nie radzi. Reżyser zbyt szybko odkrywa wszystkie fabularne karty, które w dodatku są znacznie słabsze niż oczekiwania widowni.

Równie przejrzyste są intencje i motywy działania poszczególnych bohaterów. Milicjant Karski (Tomasz Schuchardt), jedyny sprawiedliwy wśród podłych tego świata, walczy na dwóch frontach: próbuje dopaść Mazurkiewicza, a jednocześnie lawiruje pomiędzy skorumpowanymi przełożonymi. Prokurator Waśko jest z kolei postacią zbudowaną na zasadzie "kopiuj-wklej" wielu aktorskich wcieleń Andrzeja Grabowskiego - w skrócie więc: ordynarny cham i opasły urzędas bluzgający z intensywnością cekaemu. Majora Olszowego, ubeckiego prominenta, też już znamy - to Bogusław Linda w klasycznej odsłonie z charakterystycznym grymasem na twarzy i ciętym językiem. Cała trójka nie ma już absolutnie nic więcej do zaoferowania. Grabowski jest przewidywalny i nużący, Linda nie ma czego szukać w sztampowym scenariuszu, a Schuchardt irytuje bezbarwną, jałową grą, która w finalnym fragmencie nabiera przerażająco karykaturalnego wymiaru. Aktorski regres próbuje przełamać Arkadiusz Jakubik. Wspomagający Karskiego w śledztwie amator wysokoprocentowych trunków i zadeklarowany wróg krakowskich gołębi. Jednak nawet taki fachowiec od drugoplanowych ról rozbija w końcu głowę o bezsensowny scenariusz.

Milicyjne śledztwo Karskiego (Schuchardt) i Pajka (Jakubik) niestety nie przynosi nam takiej satysfakcji i niepewności, jak choćby miało to miejsce w "Jestem mordercą". W filmie Macieja Pieprzycy nawet stróże prawa mieli sporo za uszami. U Krzysztofa Langa wszyscy są nachalnie jednowymiarowi i bezbarwni.
Milicyjne śledztwo Karskiego (Schuchardt) i Pajka (Jakubik) niestety nie przynosi nam takiej satysfakcji i niepewności, jak choćby miało to miejsce w "Jestem mordercą". W filmie Macieja Pieprzycy nawet stróże prawa mieli sporo za uszami. U Krzysztofa Langa wszyscy są nachalnie jednowymiarowi i bezbarwni. mat. prasowe/ Monolith Films
Równie stereotypowo potraktowano kobiecą część obsady. Katarzyna Warnke w roli femme fatale i zarazem byłej żony "Pięknego Władka" promienieje zaledwie w jednej scenie (dialog z Karskim podczas rewizji mieszkania), a jej postać nabiera sensu tylko w towarzystwie Andrzeja Chyry. Kelnerka Anna w wydaniu Karoliny Gruszki to z pewnością jedno z uboższych wcieleń utalentowanej aktorki. Epizody z udziałem Izabeli Kuny, a zwłaszcza Katarzyny Figury stanowią przejaw totalnego absurdu, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, iż nazwiska obu pań reklamują film.

Niezaprzeczalnym zaś królem ekranu jest Andrzej Chyra, bez którego "Ach śpij kochanie" mogłoby stanowić chyba jedynie nieudolną inscenizację Teatru Telewizji. Ekranowego "Pięknego Władka" należy pokazywać młodym adeptom sztuki aktorskiej również poza granicami kraju jako fenomenalny przykład artystycznego kunsztu i opanowania roli jedynie na płaszczyźnie gestów, mimiki i gry ciała. Stylizowany na Hannibala Lectera (zakrawa o parodię, ale jednak ma to swój urok) Chyra bez choćby pół słowa jest w stanie przelać na filmową taśmę więcej emocji niż wszystkie postaci razem wzięte. Podziwianie tak wysublimowanego warsztatu aktorskiego jest nie tylko elektryzującą przyjemnością, ale i fascynującą przygodą.

Tego zupełnie nie da się powiedzieć o filmie Krzysztofa Langa. Milicyjne śledztwo naszpikowane jest niespójnościami i fabularnymi lukami. Konwencja kryminału utkanego pomiędzy stróżem prawa a mordercą, ustępuje nagle miejsca romansowym fanaberiom scenarzysty, którego bardziej od przestępczego umysłu zaczyna interesować flirt milicjanta i kelnerki. W efekcie postać Mazurkiewicza zwyczajnie zaczyna blednąć w drugiej części filmu, a finał przypomina zlepek chaotycznych reżyserskich dokrętek. Aktorzy nie dość, że zostali obarczeni ledwie naszkicowanymi postaciami, to w większości scen nie mają choć linijki trafionego i soczystego tekstu. Dialogi są niemiłosiernie pourywane, niektóre sceny katastrofalnie zmontowane, a honor twórców filmu ratują wpasowana w epokę scenografia oraz dbałość o kostiumy.

"Ach śpij kochanie" nie wykorzystuje potencjału, jakim dysponowała historia seryjnego mordercy. Za dużo tu fabularnych uproszczeń oraz jałowych dialogów rodem z telewizyjnych seriali. Tempo opowieści również gubi się w natłoku wątków, postaci i absurdalnych zwrotów akcji.
"Ach śpij kochanie" nie wykorzystuje potencjału, jakim dysponowała historia seryjnego mordercy. Za dużo tu fabularnych uproszczeń oraz jałowych dialogów rodem z telewizyjnych seriali. Tempo opowieści również gubi się w natłoku wątków, postaci i absurdalnych zwrotów akcji. mat. prasowe/ Monolith Films
Odpowiedzialny za zdjęcia Adam Sikora głównie może zabłysnąć podczas scen przesłuchań i wizytacji Heleny Mazurkiewiczowej u męża. Krakowskie plenery występują w dość skąpym wydaniu, a znaczna część filmu osadzona jest w klaustrofobicznych peerelowskich wnętrzach. Nie na tyle korzystnie zaaranżowanych i wykorzystanych jak choćby w "Czerwonym pająku" Marcina Koszałki. Zmarnowany potencjał widać więc w każdym elemencie filmu Krzysztofa Langa.

"Ach śpij kochanie" (tytuł równie abstrakcyjny co obecność w końcowej scenie Krzysztofa Globisza) z wielokrotnie już porównywanym do niego "Jestem mordercą", poza motywem seryjnego mordercy i występującym w obu filmach Arkadiuszem Jakubikiem, nie łączy praktycznie nic. Krzysztof Lang to nie Maciej Pieprzyca. Tomasz Schuchardt to nie Mirosław Haniszewski. Andrzej Chyra to jednak Pan Aktor Andrzej Chyra, który produkcję ratuje przed totalną klapą. Z tą na pewno nie mamy do czynienia, ale polskie kino kryminalne obfitowało już w o wiele bardziej udane i przemyślane projekty.

OCENA: 4,5/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (30)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Kina

Gdynia

Rumia

DKFy

Premiery

17.11.2017 r.

10.11.2017 r.

Zapowiedzi