Nasze recenzje

stat

Za dużo piękna, za mało bestii. Recenzja filmu "Piękna i bestia"


Trudno odmówić aktorskiej wersji słynnej baśni kunsztu technicznego i wierności klasycznemu pierwowzorowi, ale "Pięknej i bestii" wyraźnie brakuje emocjonalnego zaangażowania i interpretacyjnego ryzyka. Największą frajdę podczas seansu odnajdą najmłodsi widzowie, zaś ci nieco starsi będą jedynie w myślach odhaczać kolejne elementy słynnej animacji, która przeszło ćwierć wieku temu miała szansę na Oscara w kategorii film roku.



Disney idzie za ciosem i po udanej ekranizacji "Księgi dżungli" bierze na warsztat kolejne znane animacje, które w nieodległej przeszłości fascynowały najmłodszych widzów i rozpalały ich wyobraźnię. Nic więc dziwnego, iż "Piękna i bestia" jest swego rodzaju hołdem w kierunku współczesnych trzydziestoparolatków, którzy z werwą i rozrzewnieniem będą przypatrywać się doskonale znanej historii opatrzonej tym razem aktorskim sznytem. Najnowsza produkcja spod ręki Billa Condona jest jednak o tyle wiarygodnym, ile zachowawczym skopiowaniem animacji z 1991 roku, co można interpretować w dwojaki sposób. Z jednej strony należy pochwalić twórców filmu za wierność oryginałowi, z drugiej zganić za odtwórczą pracę bez krzty emocjonalnego zaangażowania i uwspółcześnienia prostolinijnej historii.

Tę znamy na wskroś. Piękna dziewczyna z prowincji marzy o odkrywaniu świata i wyrwaniu się z rutyny codzienności. Na skutek niefortunnych okoliczności zjawia się w magicznym zamczysku, którego panem jest ukryty pod posturą bestii książę. Bella uwalnia uwięzionego w lochach ojca, ale w zamian poświęca swoje życie. Skazana jest na towarzyszenie ożywionym przedmiotom i ich bestialskiemu władcy. Porzuca monotonny, acz jednocześnie ograniczony społecznymi normami wiejski żywot na rzecz z pozoru tylko ciężkiej niedoli. Dzień po dniu odkrywa tajemnice pana zamku, który niespodziewanie darzy swoją zakładniczkę głębszym uczuciem.

Aktorzy na czele z Emmą Watson (Bella) i zapadającym w pamięć na drugim planie Kevinem Klinem (Maurycy) bez zarzutu wywiązują się ze swoich zadań. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że każda z postaci zasługiwała w filmie na nieco więcej pola do swobodnej interpretacji. Czasami po prostu jest zbyt sztampowo, pretensjonalnie i poprawnie.
Aktorzy na czele z Emmą Watson (Bella) i zapadającym w pamięć na drugim planie Kevinem Klinem (Maurycy) bez zarzutu wywiązują się ze swoich zadań. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że każda z postaci zasługiwała w filmie na nieco więcej pola do swobodnej interpretacji. Czasami po prostu jest zbyt sztampowo, pretensjonalnie i poprawnie. mat. prasowe/ Disney
Opowieść oczywiście prowadzi do nieuchronnie przewidywalnego finału, ale przecież nie o to tu chodzi. Bill Condon wraz ze specami od efektów specjalnych zapragnął tchnąć nową jakość w historię, która oczarowała już miliony widzów. Trzeba przyznać, że na gołosłownych zapowiedziach się nie skończyło. Aktorska wersja "Pięknej i bestii" oczarowuje kunsztem technicznym, zachwyca dbałością o drobiazgi, urzeka piękną scenografią i sprawnym aktorstwem. Rozgadane świeczniki i zegary zaskakują precyzyjnym odwzorowaniem, spowite mrokiem zamczysko wywołuje gęsią skórkę, zaśnieżony las napawa grozą. Każdy, nawet drobny element tego zamaszystego widowiska pieści naszą wyobraźnię.

Rozczarowuje o dziwo tytułowa bestia - przypominająca bardziej owłosionego stwora, który nieporadnie próbuje przestraszyć zarówno piękną Bellę, jak i wygłodniałych nieco mocniejszych wrażeń widzów. Być może zachowawczość w odwzorowaniu potwora podyktowana była dostosowaniem filmu do młodszych kinomanów. Być może twórcom zabrakło inwencji i stanowczości w ukazaniu wyczekiwanego bestialstwa. Efekt finalny w postaci bestii przyprawia bardziej o litość i współczucie, aniżeli o trwogę i niepewność.

Najnowsza odsłona baśni unika zresztą niejednoznaczności pod każdym względem. Bill Condon prowadzi swoją opowieść po utartych szlakach pierwowzoru z lat 90. Nie zaskoczy więc nas ciąg fabularny, ekspozycja poszczególnych bohaterów i dbałość o odwzorowanie musicalowych elementów. Tych jest aż nazbyt wiele. Niemal każdy kadr i zwrot akcji opatrzony jest w wokalne popisy aktorów, którzy choć prawidłowo wywiązują się ze swoich obowiązków, to nachalnym (i zupełnie niezapadającym w pamięć) śpiewem burzą nieco ciągłość historii i niemiłosiernie ją wydłużają. Pod kątem wierności pierwowzorowi nie można zarzucić filmowi żadnych poważniejszych uchybień. Czy jednak przeszło ćwierć wieku to niewystarczający powód, by tchnąć w "Piękną i bestię" szczyptę współczesności?

Znakomicie odwzorowani technicznie lokatorzy zaczarowanego zamku nie tylko zachwycają dopracowaniem szczegółów, ale nasycają nieco przyrdzewiałą opowieść świeżą porcją humoru i swobodnej interpretacji.
Znakomicie odwzorowani technicznie lokatorzy zaczarowanego zamku nie tylko zachwycają dopracowaniem szczegółów, ale nasycają nieco przyrdzewiałą opowieść świeżą porcją humoru i swobodnej interpretacji. mat. prasowe/ Disney
Ponadczasowy pozostaje niezmiennie morał tej romantycznej opowiastki. Piękno ukryte wewnątrz stanowi wartość nadrzędną, nawet w obliczu konfrontacji dwóch przeciwstawnych światów. To bez wątpienia olbrzymia zaleta edukacyjna filmu wymierzona w najmłodszych widzów, którzy z filmu Billa Condona czerpać będą pełnymi garściami i poznają opowieść wartą ich uwagi. Starsi widzowie, którzy skomplikowany związek dwojga wyalienowanych wyrzutków znają aż za dobrze, mogą jednak biernie przyglądać się temu, co świetnie pamiętają z dzieciństwa i animacji rozpowszechnianej na taśmach VHS.

W tych ograniczonych konwencją ramach nieco uwięzieni wydają się być aktorzy. Olśniewająca Emma Watson zachwyca gracją, cudownymi kostiumami i posągową aparycją, ale w pewnym momencie zwyczajnie brakuje już jej pola do manewru. Dan Stevens jako bestia szasta asami z rękawa w początkowej fazie filmu, tracąc swoje argumenty wraz z postępującą metamorfozą swojej postaci. Na drugim planie oko przykuwa niezawodny Kevin Kline w roli genialnego wynalazcy i jednocześnie ojca tytułowej piękności. Show kradnie jednak znakomity Luke Evans jako krnąbrny Gaston, który nie cofnie się przed żadną podłością byle tylko zdobyć rękę Belli. Naszpikowaną miłosnymi frazesami opowieść rozluźniają też postaci o sporym potencjale komediowym - wierny towarzysz Gastona, Le Fou czy zabawnie pozornie tylko niedopasowany duet Płomyka i Trybika, którzy nie szczędzą sobie złośliwości i barwnych docinek.

Oszczędność środków i zachowawczość w kreacji ekranowej bestii doskonale oddaje stosunek twórców do całego filmu. Wyraźnie brakuje odświeżenia spowszedniałej historii, nadania jej niejednoznaczności, podsycenia filmu grozą i potworną naturą głównej postaci. Zbyt natarczywe wydaje się sprowadzenie całej opowieści do reguł, które doskonale znamy z animowanego pierwowzoru.
Oszczędność środków i zachowawczość w kreacji ekranowej bestii doskonale oddaje stosunek twórców do całego filmu. Wyraźnie brakuje odświeżenia spowszedniałej historii, nadania jej niejednoznaczności, podsycenia filmu grozą i potworną naturą głównej postaci. Zbyt natarczywe wydaje się sprowadzenie całej opowieści do reguł, które doskonale znamy z animowanego pierwowzoru. mat. prasowe/ Disney
"Piękna i bestia" przypomina ulubiony film, który widzieliśmy nieskończoną ilość razy. Nic nie jest w stanie nas zaskoczyć, nie oczekujemy żadnych ubarwień, pomijamy wątki poboczne i czerpiemy nieskrywaną radość z przewidywalności całej opowieści. Dlatego film Billa Condona idealnie wpisze się w gusta konserwatywnych miłośników klasycznych animacji i najmłodszych widzów, którzy wzruszającej historii Belli i bestii jeszcze nie znają. Pozostałym kinomanom próżno szukać w filmie elementów zaskoczenia, pogłębienia spowszedniałej nieco historii i odkrycia jej na nowo. Znajomość kultowej animacji z 1991 roku okaże się wystarczająca.

Nowe oblicze "Pięknej i bestii" krzywdy pierwowzorowi z pewnością nie wyrządza, ale nie zetrze jednocześnie kurzu z przestarzałej baśni z wciąż jednak uniwersalnym przesłaniem. Imponujące wizualnie widowisko doskonale sprawdzi się jako sceneria kinowej randki lub okazja do rodzinnego wypadu. Pozostałym widzom przyjdzie raczej przełknąć gorzką konkluzję - zbyt dużo piękna, za mało oszalałej (nie tylko z miłości) bestii.

OCENA: 6/10

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 35)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

26.05.2017 r.

19.05.2017 r.

Zapowiedzi