Nasze recenzje

stat

W filmowym czyśćcu. Recenzja filmu "Inferno"

Inferno - trailer:


Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Przemysł filmowy nie zna jednak żadnych ograniczeń. Ron Howard, Dan Brown i Tom Hanks po 10 latach przerwy odgrzali widzom popularne, acz już mocno nieświeże danie. Jego konsumpcja głód tajemniczych zagadek co prawda zaspokoi, ale doznań estetycznych jest tu jak na lekarstwo.



Przed cenionym profesorem, Robertem Langdonem (Tom Hanks) być może najtrudniejsze w karierze zadanie. Oprócz rozwikłania kolejnych zagadek, od których zależy los ludzkości, specjalista w dziedzinie symboliki musi poskładać fragmenty postrzępionej po wypadku pamięci. Langdon budzi się we florenckim szpitalu z amnezją wsteczną. W kieszeni odnajduje jedynie zagadkowy pojemniczek z nieznaną zawartością. Sytuację pogarsza dodatkowo horda tajemniczych agentów ścigających naukowca i zabójczyni dybiąca na jego życie. Z pokiereszowaną głową pełną mrocznych wizji rodem z piekła Dantego Langdon znajduje jedynego sojusznika w osobie lekarki, Sienny Brooks (Felicity Jones). Składając kolejne kawałki zagadki para głównych bohaterów odkrywa, że ludzkości zagraża śmiercionośny wirus. Kluczem do rozwiązania jest "Boska komedia" Dantego.

Tym razem w sukurs profesorowi Langdonowi przychodzi młoda lekarka, Sienna Brooks (Felicity Jones). Para razem próbuje pokrzyżować plany szaleńca, który za pomocą zarazy chce uwolnić Ziemię od problemu przeludnienia.
Tym razem w sukurs profesorowi Langdonowi przychodzi młoda lekarka, Sienna Brooks (Felicity Jones). Para razem próbuje pokrzyżować plany szaleńca, który za pomocą zarazy chce uwolnić Ziemię od problemu przeludnienia. mat. prasowe/ UIP
Fani detektywistycznych śledztw Langdona z pewnością przyklasną z zadowolenia. W "Inferno" nie brakuje licznych zwrotów akcji, zagadkowych symboli, zawoalowanych wskazówek, dynamicznych pościgów i charakterystycznego napięcia w momencie, gdy poszczególne elementy układanki zaczynają zarysowywać całość piekielnego planu szalonego wizjonera (Ben Foster). Problem w tym, że to wszystko już nie raz na wielkim ekranie przerabialiśmy, nawet z pomocą Roberta Langdona. Fabuła bombardowana jest właściwie mnożącymi się na każdym kroku łamigłówkami, których logiczna spójność jest, co najmniej, mocno wątpliwa. Teorie spiskowe biorą górę nad emocjami bohaterów, a nawet dość radykalny zwrot akcji niknie pod naciskiem przeciążonej treści. Nagromadzenie zbyt wielu postaci i stron konfliktu zaburza płynność seansu, zaś pojawienie się tajemniczej organizacji z hinduskim "zarządcą" ochraniającym swoich "klientów" jest równie bzdurne, jak sztuczne odmładzanie na ekranie Toma Hanksa.

Dalsze znęcanie się nad fabułą "Inferno" nie ma większego sensu, bo w rękawie Rona Howarda znajdziemy asa, którym możemy przykryć każde niedociągnięcie ekranizowanej historii. Dzieło Dana Browna, na którym oparty jest film, to bowiem najlepiej sprzedająca się książka 2013 roku, co tylko potwierdza niesłabnącą sympatię czytelników (i po części widzów) do postaci Langdona i rozwiązywanych przez niego łamigłówek podszytych symboliką, historią i literaturą. Szkopuł tkwi jednak w tym, że Howard poczytnej książki dla mas nie potrafił przełożyć na filmowy ekran. Nie tym razem. "Inferno" to boleśnie schematyczne kino pozbawione swobodnej improwizacji. Brakuje reżyserskiej kreatywności, bo w głównej mierze Howard wykorzystuje patenty i rozwiązania rodem z "Kodu Da Vinci" i "Aniołów i demonów". Gdyby nie postarzała twarz Hanksa, można odnieść wrażenie, że wszystkie te filmy nakręcono jednym ciągiem.

Trio Howard, Brown i Hanks znów na wielkim ekranie bawi się w obnażanie teorii spiskowych i składanie zagadkowych puzzli, które oczywiście ukryte są w muzealnych salach.
Trio Howard, Brown i Hanks znów na wielkim ekranie bawi się w obnażanie teorii spiskowych i składanie zagadkowych puzzli, które oczywiście ukryte są w muzealnych salach. mat. prasowe/ UIP
Jeśli już mowa o odtwórcy głównej roli, to ciężko oprzeć się wrażeniu, że to najsłabsze ekranowe wcielenie Roberta Langdona. Bohaterowi "Inferno" zwyczajnie daje się we znaki zmęczenie. Przebojowości ustępuje rutyna, a brak miejsca na luźne rozładowanie emocji sprawia, że profesor jawi się nam jako przemądrzały sztywniak. Hanks robi, co może, ale frajdy z odgrywania, jak sam to wielokrotnie podkreślał aktor, najmądrzejszego gościa na planie zwyczajnie nie widać. W tej perspektywie rozczarowuje bardzo mocno spłycony finał opowieści. Prawdziwą perełką w obsadzie jest jednak energiczna i bardzo elastyczna w swojej roli Felicity Jones, co tylko dobrze prognozuje przed grudniową premierą "Łotra 1". Jones może stać się odkryciem co najmniej na miarę Daisy Ridley z "Przebudzenia mocy". Niezawodnie wypadł też świetny - zwłaszcza w dalszoplanowych rolach - Ben Foster jako Bertrand Zobrist.

Ron Howard jest jednak zbyt doświadczonym i utalentowanym filmowcem, by doszczętnie zrujnować swoje dzieło, nawet gdy to nafaszerowane jest ciężkostrawną treścią i hasłowymi dialogami. Amerykański reżyser doskonale zadbał więc o wartkie tempo akcji dynamizujące momentami ślamazarne wysiłki bohaterów. "Inferno" ogląda się dość sprawnie i mimo piętrzących się niepotrzebnie wątków czy postaci potrafi przykuć naszą ciekawość do ostatniego kadru. W gratisie do kinowego biletu dostajemy też tradycyjnie wejściówkę do największych muzeów, które u boku Langdona możemy odkryć z zupełnie nieznanej strony.

U boku Toma Hanksa, czyli ekranowego Roberta Langdona, pojawia się kolejna piękna brunetka. Felicity Jones z pewnością jest najciekawszą z dotychczasowych towarzyszek słynnego badacza.
U boku Toma Hanksa, czyli ekranowego Roberta Langdona, pojawia się kolejna piękna brunetka. Felicity Jones z pewnością jest najciekawszą z dotychczasowych towarzyszek słynnego badacza. mat. prasowe/ UIP
"Inferno" daleko do piekielnego koszmaru, ale i równie odległy jest filmowy raj. Adekwatnym miejscem wydaje się kinowy czyściec, w którym twórcy filmu powinni solidnie rozliczyć się z licznych niestety niedociągnięć. Nie ma wątpliwości, że formuła oparta na współpracy Browna, Howarda i Hanksa kategorycznie się wyczerpuje. Może w tym momencie warto dać profesorowi Langdonowi chwilę oddechu lub wręcz zaproponować emeryturę. Choć znając go, nawet przy pielęgnowaniu przydomowego ogródka ulubieniec mas dokopałby się do kolejnych zagadek przeszłości, a Ron Howard czyhałby z filmową kamerą tuż za płotem.

OCENA: 6/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (33)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

21.07.2017 r.

14.07.2017 r.

Zapowiedzi