Nasze recenzje

stat

Saga Kinga na wielkim ekranie. Recenzja filmu "Mroczna wieża"


Filmowa wieża zbudowana na solidnych fundamentach prozy Stephena Kinga okazuje się być ekstremalnie niestabilną, chwiejną i wybrakowaną konstrukcją, która nie imponuje ani funkcjonalnością, ani estetyką. Produkcja opatrzona świetnym duetem McConaughey/Elba sprawdza się co najwyżej w kategorii niezobowiązującej letniej rozrywki. Zadeklarowani fani książkowego oryginału papierowej wersji na kinową zamieniać absolutnie nie powinni.



Teoretycznie z konstrukcji filmowej "Mrocznej wieży" nie powinien wykruszyć się choćby kamyczek. Świetne wybory castingowe (McConaughey, Elba, młody Tom Taylor), obiecujące zwiastuny, kapitalna baza wyjściowa w postaci powieści Stephena Kinga i ciekawy reżyser rodem z Danii pozwalały optymistycznie spoglądać na ekranizację popularnej książkowej sagi. Niestety wystarczyło jedynie rzucić okiem na metraż filmu, by nabrać poważnych wątpliwości co do szczerych intencji twórców. Streszczenie w półtoragodzinnym filmie 8-częściowej powieści, nawet bez specjalnej znajomości fabuły, cuchnęło podejrzanym uproszczeniem historii i redukcją kluczowych wątków.

Przypuszczenia okazały się trafne, a fakt, że nad scenariuszem czuwało aż 5 osób, ukazuje tylko skalę intensywnych prac nad skurczeniem literackiego pierwowzoru. Główny architekt "Mrocznej wieży", Duńczyk Nikolaj Arcel, pokazał się już szerszej publiczności zarówno jako sprawny scenarzysta ("Millenium" czy kryminalna trylogia z detektywami Morckiem i Assadem), jak i utalentowany reżyser (nominowany do Oscara "Kochanek królowej"). Ekranizowanie skandynawskiej beletrystyki (skądinąd na bardzo dobrym poziomie) to nie to samo jednak, co zabieranie się za dzieła tak nieoczywistego i płodnego autora, jakim jest Stephen King. Duński filmowiec, przy wydatnej pomocy scenarzystów, dokonał na tyle surowej selekcji treści, że w zasadzie literacki i filmowy wytwór łączą zaledwie postaci i fragmenty świata przedstawionego.

Roland (Idris Elba) i Jake (Tom Taylor) pochodzą z odmiennych światów, różnią się wiekiem, doświadczeniami, atrybutami i motywacją do działania. Wspólnie jednak stają na drodze czarnoksiężnika (Matthew McConaughey) pragnącego obalić Mroczną Wieżę - symbol równowagi i bezpieczeństwa wszechświata.
Roland (Idris Elba) i Jake (Tom Taylor) pochodzą z odmiennych światów, różnią się wiekiem, doświadczeniami, atrybutami i motywacją do działania. Wspólnie jednak stają na drodze czarnoksiężnika (Matthew McConaughey) pragnącego obalić Mroczną Wieżę - symbol równowagi i bezpieczeństwa wszechświata. mat. prasowe/ UIP
Najbardziej obrazoburczym dla fanów książek zabiegiem filmowców może być skierowanie kamery na nastoletniego Jake'a Chambersa (Tom Taylor) i pozostawienie niejako na drugim planie osamotnionego Rewolwerowca, Rolanda z Eld (Idris Elba). Ryzykowny ruch związany z głównym bohaterem książkowej wersji doprawdy trudno zrozumieć, a racjonalnie można próbować go wytłumaczyć jedynie fabularnym porządkiem.

Punktem wyjścia staje się historia nastolatka nękanego przez mroczne koszmary. Uwięzione dzieci, pan w czerni, mroczna wieża, zagłada wszechświata i tajemniczy protektor - wszystkie wizje chłopiec konsekwentnie przenosi na papier. Oczywiście aspołeczny rówieśnik szkicujący po kątach dekadenckie rysunki popularności w szkole nie zdobywa. W domu też nie ma lekko - kochająca matka wydaje krocie na terapeutyczne sesje dla syna, natomiast ojczym dokuczliwego problemu najchętniej by się pozbył, wysyłając pasierba do zamkniętego ośrodka. Świadomy własnego dziwactwa Jake nie potrafi jednak przestać myśleć o nadchodzącej apokalipsie i tajemniczym świecie.

Gdy młokos odkrywa przejście do alternatywnej rzeczywistości, wszystkie depresyjne wizje znajdują racjonalne wytłumaczenie. Mroczna wieża zachowuje równowagę wszechświata i zapewnia stabilizację każdej rzeczywistości. Panem w czerni okazuje się być Walter Paddick (Matthew McConaughey), który obalając konstrukcję, pragnie wpuścić do wszystkich światów wszelkie plugastwo i objąć w ten sposób władzę. Plany po części pragnie pokrzyżować Roland Deschain (Idris Elba) - ostatni z elitarnego grona Rewolwerowców strzegących bezpieczeństwa wieży, którego bardziej od ochrony obiektu interesuje jednak osobista zemsta na czarnoksiężniku. Układankę fabularną uzupełnia Jake - dziecko z genialnym umysłem, a właśnie takie potrzebne są Walterowi do obalenia Mrocznej Wieży.

"Mroczna wieża" łączy w sobie elementy klimatycznego westernu sci-fi z przeciętnym kinem akcji i dość ograniczonym filmem fantasy. Taka mieszanka z niedopasowanymi proporcjami skutkuje przestojami i przewidywalną do bólu fabułą.
"Mroczna wieża" łączy w sobie elementy klimatycznego westernu sci-fi z przeciętnym kinem akcji i dość ograniczonym filmem fantasy. Taka mieszanka z niedopasowanymi proporcjami skutkuje przestojami i przewidywalną do bólu fabułą. mat. prasowe/ UIP
Tendencyjna opowiastka o niezrozumianym przez otoczenie małym geniuszu w zestawieniu z westernowym science-fiction wypada nadzwyczaj blado, aczkolwiek trzeba przyznać, że rozpoczęta w ten sposób historia umiejętnie podsyca nasze zaciekawienie. Niepokojące wizje w dziecięcym umyśle, poszatkowane postapokaliptyczne kadry z Pośredniego Świata, ledwie zarysowany pojedynek Waltera i Rolanda - wszystkie elementy składają się na sprawny prolog. Problem jednak w tym, że trwający 2-3 kwadranse wstępniak nie tylko zapowiada, ale i streszcza fabułę "Mrocznej wieży". Treści wyraźnie brakuje w końcówce, a w efekcie wieje przeraźliwą nudą, której nie jest w stanie rozgonić nawet finałowy pojedynek dwóch odwiecznych przeciwników.

Gdy wraz z młodym bohaterem przekraczamy portal do alternatywnej rzeczywistości, żaden ze scenarzystów nie raczy już nam w interesujący sposób wyjaśnić, gdzie dokładnie trafiliśmy. Twórcom nie wystarczyło ani czasu, ani cierpliwości na głębsze zarysowanie idei wielu światów, tego jak funkcjonują i korelują ze sobą. Takie spłycenie fabuły widz z niewygórowanymi oczekiwaniami przyjmie bezboleśnie. Wszak podstawowe informacje z łatwością wystarczą do zorientowania się w filmowej fabule. Miłośnik twórczości Kinga będzie rwał włosy z głowy na widok scenariuszowych cięć.

Lekarstwem na fabularny chaos i scenariuszowe wyrwy byłaby konwencja serialu. W dobie niesłabnącej popularności telewizyjnych produkcji aż dziwne, że nikt w tak znakomitym potencjale nie odnalazł odpowiedniej inspiracji do rozbicia "Mrocznej wieży" na kilkanaście co najmniej epizodów. Gdyby ściąć filmową wersję do trzech kwadransów, otrzymalibyśmy imponujący pilot serialowej produkcji, w której zarówno Roland, jak i Walter znaleźliby więcej przestrzeni, na którą obaj zasługują.

Najsilniejszym fundamentem "Mrocznej wieży" pozostaje świetne aktorstwo na czele z kapitalnym Idrisem Elbą. Roland w jego wydaniu posiada wszelkie walory postapokaliptycznego rewolwerowca - jest oschły w kontaktach z ludźmi, ale wrażliwy na ich krzywdę, działa instynktownie i w pojedynkę, choć potrzebuje wsparcia, nie tyle fizycznego, co mentalnego. Udręczony przeszłością nie widzi zalet jutra, ale właśnie w przyszłości znajdzie klucz do wewnętrznej równowagi. Elbie w żadnej sekundzie nie brakuje ani charyzmy, ani naturalności, co sprawa, że książkowy Roland lepszego odtwórcy na wielkim ekranie znaleźć chyba nie mógł.

Kroku Elbie dotrzymuje niezawodny McConaughey, którego postać, nawet jeżeli dość często ociera się o autopastisz, to autentycznie chwilami przeraża i skupia uwagę kamery. Świetne kreacje obu gwiazdorów, podobnie zresztą jak cały filmowy koncept, należy jednak opatrzyć tabliczką z napisem "zmarnowany potencjał".

Pojedynek Rolanda z Walterem elektryzuje od pierwszej sekundy, ale podczas finałowej batalii obu postaciom i aktorom brakuje emocjonalnej amunicji i pomysłowości scenarzystów. Tak udane kreacje, podobnie jak literacki pierwowzór, zasługują na lepsze potraktowanie.
Pojedynek Rolanda z Walterem elektryzuje od pierwszej sekundy, ale podczas finałowej batalii obu postaciom i aktorom brakuje emocjonalnej amunicji i pomysłowości scenarzystów. Tak udane kreacje, podobnie jak literacki pierwowzór, zasługują na lepsze potraktowanie. mat. prasowe/ UIP
"Mroczna wieża" stanowi dziwaczną filmową konstrukcję, która nie jest ani funkcjonalna, ani zjawiskowa. Jeżeli film Arcela miał dać podwaliny pod nowe kinowe uniwersum, to swoją próbą Duńczyk dość szybko zamknął drzwi ewentualnym kontynuatorom cyklu. Poza aktorami i kilkoma bardzo udanymi scenami (do tych na pewno nie należy finałowa potyczka) trudno również w "Mroczną wieżę" z otwartymi ustami się wpatrywać. Niedopracowane efekty specjalne gdzieniegdzie boleśnie kłują w oczy. Tym większa szkoda, że niektóre pomysły choreograficzne w scenach walki są naprawdę intrygujące. Zabrakło jednak, podobnie jak całemu filmowi, odpowiedniej realizacji i stanowczej reżyserskiej ręki.

Sympatyzujący z sagą Kinga miłośnicy książek nie będą mieli czego szukać na kinowej sali. Niezaznajomieni z literackim pierwowzorem zapewne nie najgorzej spędzą czas, chwilami mocniej zacisną palce na krawędzi fotela, być może nawet uwierzą w filmową prawdę. Nie da się jednak ukryć, że wieloczęściowe i skrupulatnie dopracowywane przez lata dzieło Kinga dość ostentacyjne skurczono do niezłego jednorazowego blockbustera, o którym pamięć runie zaraz po wyjściu z sali kinowej.

OCENA: 5,5/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (23)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

18.08.2017 r.

11.08.2017 r.

Zapowiedzi