Nasze recenzje

stat

Ostatni obraz Wajdy. Recenzja filmu "Powidoki"


Największą wartością "Powidoków" jest subtelny i kameralny styl, w jakim wybitny reżyser oddaje hołd znakomitemu malarzowi, tworząc inspirujące dzieło o ludzkiej niezłomności. Ostatni w reżyserskim dorobku obraz Andrzej Wajda wypełnił paletą stonowanych, wręcz ponurych barw, osadzając jednak filmowe płótno w topornych, nieco przyrdzewiałych ramach. "Powidoki" kryją w sobie interesującą opowieść, ale sposób jej zaprezentowania wydaje się daleki od możliwości mistrza.



Wartość i wrażenia towarzyszące podziwianiu malarskiego dzieła często zależą od perspektywy przyglądania się poszczególnym detalom. Podobnie jest z filmowymi "Powidokami". Nie można przecież struktury dzieła odseparować od faktu, że jest ono ostatnim, które wyszło spod ręki wybitnego polskiego reżysera. Być może właśnie z tego względu szczególnie widoczne w filmie stają się pozornie ukryte wątki: pogodzenia się głównego bohatera z wizją nieuchronnej śmierci, powolnego odchodzenia w niepamięć, stopniowego artystycznego wygasania. Nieprzypadkowo więc dzieło wieńczące ponad 60-letnią obecność Wajdy w polskim kinie, jak rzadko które, emanuje melancholijnym, kameralnym klimatem, jakby zapowiadało odejście mistrza rodzimej sztuki filmowej.

"Powidoki", choć skupiają się wokół sylwetki wybitnego malarza, teoretyka sztuki i akademickiego wykładowcy, nie są typowym filmem biograficznym, w którym akcja rozciąga się od narodzin do śmierci bohatera, niczym z punktu A do B. Ekranowego Władysława Strzemińskiego (Bogusław Linda) poznajemy w schyłkowym okresie życia. Niepełnosprawny artysta (rękę i nogę stracił podczas I wojny światowej) podejmuje z góry skazaną na klęskę walkę z socrealistyczną doktryną sztuki, mimo że w śmiałym wystąpieniu przed szereg niemal pozbawiony jest sojuszników.

Strzemiński wcale jednak o atencję nie zabiega. Opiekuńczość córki traktuje jako zbędny obowiązek, zafascynowaną studentkę trzyma na dystans, nawet z przyjacielem, poetą Julianem Przybosiem (Krzysztof Pieczyński), utrzymuje co najwyżej grzecznościowe relacje. Gdy podczas akademickiego zebrania otwarcie krytykuje stosunek peerelowskich władz do wolności artystycznej, skazuje się tym samym nie tylko na zawodowe, ale i społeczne wykluczenie. Pozbawiony pasji i środków do życia w zatęchłym mieszkanku wyalienowany artysta niepewnymi ruchami pędzla kreśli swój nie tylko malarski, ale i egzystencjalny epilog.

Władysław Strzemiński (Bogusław Linda) nie zamierza podporządkować się socrealistycznej doktrynie sztuki. Przekorna postawa artysty wkrótce doprowadzi go nie tylko do zawodowego, ale i społecznego wykluczenia.
Władysław Strzemiński (Bogusław Linda) nie zamierza podporządkować się socrealistycznej doktrynie sztuki. Przekorna postawa artysty wkrótce doprowadzi go nie tylko do zawodowego, ale i społecznego wykluczenia. fot. Anna Włoch/ Akson Studio
Wajda bardzo sprawnie uniknął biograficznej sztampy, pozostawiając nawet sporo miejsca na różnego rodzaju niedopowiedzenia. Próżno na ekranie szukać zawiłych relacji z żoną i jednocześnie również artystką, Katarzyną Kobro (choć w rzeczywistości był to bardzo burzliwy związek), oszczędnie prezentowane są fakty z dotychczasowej kariery Strzemińskiego, a nawet kwestia inwalidztwa nie jest jednoznacznie wyjaśniona. Bo nie w tym tkwi sens filmowej opowieści. "Powidoki" przede wszystkim są kinowym manifestem artystycznej wolności, symbolem nieugiętej postawy względem narzucanych norm, rozprawą o konflikcie pomiędzy jednostką a totalitarnym systemem władzy gotowej niszczyć wszelkie przejawy indywidualnego i nieschematycznego myślenia.

Świetnie ilustruje to jedna z początkowych, bardzo sugestywnych scen, w której widzimy skupionego nad obrazem Strzemińskiego. W pewnym momencie mieszkanie pokrywa czerwona poświata. Jej źródłem okazuje się być wielka krwista płachta z wizerunkiem Stalina zawieszona na budynku, w którym mieszka artysta. Główny bohater, nie zastanawiając się zbyt długo, rozcina plakat tylko po to, by móc złapać choć promień dziennego światła potrzebnego do ukończenia obrazu.

Równie obrazowa i pełna podświadomych aluzji jest sekwencja, w której wyraźnie już osłabiony Strzemiński niezamierzenie przewraca manekiny na sklepowej wystawie. Nie wzbudza to absolutnie żadnej reakcji przechodniów, co tylko potęguje uczucie wyobcowania i społecznego niebytu, w jaki popadł główny bohater. Zwolniony z uczelni, którą sam współtworzył, wykluczony ze związku artystów, który przecież powoływał do życia, pozbawiony nawet możliwości zakupu farb malarskich Strzemiński przypomina snującą się bez celu zjawę, z której resztki życia wyssał komunistyczny potwór.

"Powidoki" są przede wszystkim filmowym manifestem wolności artystycznej, która nie podlega żadnym ograniczeniom i partyjnym nakazom. Główny bohater, mimo że żyje niemal w nędzy, boryka się z głodem, chorobą i wyalienowaniem, nie wybiera łatwej drogi, jaką jest popłynięcie z nurtem socrealizmu.
"Powidoki" są przede wszystkim filmowym manifestem wolności artystycznej, która nie podlega żadnym ograniczeniom i partyjnym nakazom. Główny bohater, mimo że żyje niemal w nędzy, boryka się z głodem, chorobą i wyalienowaniem, nie wybiera łatwej drogi, jaką jest popłynięcie z nurtem socrealizmu. fot. Anna Włoch/ Akson Studio
Odzwierciedlenie na ekranie artystycznej i psychicznej pustki głównego bohatera nie byłoby możliwe bez znakomitego Bogusława Lindy. Aktor nie tylko świetnie poradził sobie z fizycznym aspektem ułomności odgrywanej postaci, ale gestem i mimiką fenomenalnie miejscami wszedł w rolę artysty wyklętego. Rola tym bardziej imponująca, że Linda musiał zmierzyć się z nie najlepiej skrojonym scenariuszem, który praktycznie obnażył film z ciekawych i rozbudowanych dialogów, zatuszował niemal postaci na dalszym planie, odarł film z dynamiki. Uchybienia te aż nadto widoczne są w często za krótkich scenach, w których kwestie aktorskie nie znajdują odpowiedniej przestrzeni na zauważalne wybrzmienie.

Pomimo że barwne postaci kreują Krzysztof Pieczyński (Julian Przyboś), Zofia Wichłacz (studentka Hania) czy Szymon Bobrowski (Włodzimierz Sokorski), to nie są one w stanie ubarwić ekranowej opowieści. Wymiany zdań są często jałowe, a gdy już Strzemiński wchodzi w głębszą dyskusję ze studentami, to zostajemy zasypani lawiną specjalistycznej nomenklatury, która miejscami wręcz nudzi i odpycha, choć pierwotnie ma spełniać ambitny cel w postaci wyłożenia na stół głównych artystycznych postulatów wybitnego malarza.

W "Powidokach" najbardziej aktorom przeszkadzają... ich kwestie. Dialogi często są bardzo sztywne, naszpikowane hasłowymi formułkami, brakuje polotu i naturalności. Stąd też najlepiej wypadają milczące kadry, w których bryluje Bogusław Linda.
W "Powidokach" najbardziej aktorom przeszkadzają... ich kwestie. Dialogi często są bardzo sztywne, naszpikowane hasłowymi formułkami, brakuje polotu i naturalności. Stąd też najlepiej wypadają milczące kadry, w których bryluje Bogusław Linda. fot. Anna Włoch/ Akson Studio
W "Powidokach" Andrzej Wajda idealnie wpisał się w założenia unizmu, który proklamował za życia sam Strzemiński. Malarska sztuka oparta na jedności dzieła pozbawionego dynamiki, kontrastów i wielobarwności nie sprawdza się jednak tak skutecznie na ekranie, jak na malarskim płótnie. Wajdzie u schyłku życia zabrakło ostrza wnikliwości, reżyserskiej przebojowości, artystycznego ryzyka i przełamania monotonii. Stąd też dużo w "Powidokach" bezbarwnych przestojów, jałowych (choć pięknie dopracowanych przez Pawła Edelmana) kadrów i zbyt oczywistej prostoty. Przez cały seans oczekujemy nadchodzącego wstrząsu, którego jednak dostajemy tylko namiastkę.

Mimo że Andrzejowi Wajdzie w reżyserskiej palecie zabrakło kolorów do wypełnienia tego filmowego dzieła, to nie ulega wątpliwości, że mistrz oddaje należny hołd Władysławowi Strzemińskiemu. Po wyjściu z kina natychmiast chwycimy za telefon, żeby w internetowej wyszukiwarce wystukać nazwisko malarza i dowiedzieć się o nim więcej. Nawet jeśli w "Powidokach" za mało jest konkretów i czuć brak geniuszu Wajdy, to pięknie zarysowany klimat tej opowieści o unikatowym człowieku może choć na chwilę zmusić do refleksji i wspomnień. Zarówno o Strzemińskim, jak i o Wajdzie.

OCENA: 6/10

Zdjęcia archiwalne: Pokaz specjalny filmu "Powidoki" i 90. urodziny Andrzeja Wajdy podczas 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni, 2016 rok:

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 64)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

19.05.2017 r.

12.05.2017 r.

Zapowiedzi