Nasze recenzje

stat

Manga w blasku Hollywood. Recenzja filmu "Ghost in the Shell"


Rozpostarty stylistycznie pomiędzy "Łowcą androidów" a znakomitą animacją sprzed ponad 20 lat "Ghost in the Shell" jest przykładem co najmniej solidnego kina science-fiction, w którym imponująca warstwa wizualna z powodzeniem tuszuje nieraz niestabilną i uproszczoną fabułę. Hollywoodzka interpretacja słynnego anime niezaznajomionych z tematem potrafi bezgranicznie wciągnąć w cyberpunkowy świat, zaś zatwardziałych miłośników mangi raczej nie powinna nawiedzać w nocnych koszmarach.



Taka to już amerykańska natura, aby każdy znaczący produkt spoza "fabryki snów" przeinaczać na własną modłę. Stąd na linię produkcyjną hollywoodzkiego warsztatu trafiają francuskie komedie, skandynawskie kryminały czy pełnokrwiste jatki rodem z Azji. Oczywiście finalny efekt owych "operacji plastycznych" nie zawsze dodaje pacjentowi uroku i nowej jakości. Dość często kończy się spektakularnym oszpeceniem oryginału, a marnych wysiłków kinowych chirurgów nie jest w stanie obronić nawet amerykańska publika.

Na szczęście aktorska wersja japońskiej animacji z 1995 roku oszczędziła filmowemu pierwowzorowi szkaradnych ran i brutalnej ingerencji w warstwę fabularną. Stojący za kamerą nowego "Ghost in the Shell" Rupert Sanders, choć kilkukrotnie zalicza potknięcia, to za każdym razem łapie równowagę, w czym dobitnie pomagają mu świetnie dobrani aktorzy, spece od efektów wizualnych i niezawodny Clint Mansell.

Mira (Scarlett Johansson) jest hybrydą człowieka i maszyny. Staje do walki z niebezpiecznym hakerem, który za wszelką cenę pragnie zniszczyć korporację Hanka Robotics, odpowiedzialną za udoskonalanie ludzi.
Mira (Scarlett Johansson) jest hybrydą człowieka i maszyny. Staje do walki z niebezpiecznym hakerem, który za wszelką cenę pragnie zniszczyć korporację Hanka Robotics, odpowiedzialną za udoskonalanie ludzi. mat. prasowe/ UIP
Filmowcy uwielbiają wręcz nękać nas apokaliptycznymi wizjami przyszłości, w której rozwinięta technologia przejmuje naczelną rolę człowieka. Podobne scenariusze przerabialiśmy już przy okazji "Łowcy androidów", "Terminatora" czy "A.I. Sztuczna inteligencja". Od pesymistycznych wizji nie uwolni nas z pewnością "Ghost in the Shell". Cyberpunkowy świat przesiąknięty jest wszędobylską elektroniką, która człowiekowi służy przede wszystkim doskonaleniu poczciwego ciała. Cybernetyczna wątroba zapewni wysokoprocentową nieśmiertelność, a wyposażone w rentgen soczewki odsłonią nawet to, co na co dzień ukryte jest skrzętnie pod bielizną, szczególnie damską.

Mira (Scarlett Johansson) jest jednak wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Nie potrzebuje gadżetów, bo właściwie sama nim jest. A dokładniej hybrydą człowieka i maszyny. Pod komputerowo zaprogramowanym pancerzem kryje się bowiem ludzki czynnik - pozwalający czuć, myśleć i działać intuicyjnie mózg. Wszystko to czyni z Miry perfekcyjną i niezniszczalną maszynę do zabijania, która wraz z partnerami z Sekcji 9 tropi niebezpiecznego hakera wypowiadającego prywatną wendetę koncernowi Hanka Robotics i pragnącego rozbić w pył zelektronizowany świat.

Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że główna bohaterka, jako innowacyjna hybryda, nie potrafi jednoznacznie odnaleźć się w ludzkim świecie. Wyalienowana ze względu na laboratoryjne pochodzenie, wraz z rozwojem wydarzeń coraz bardziej gubi się w codziennych wyborach i zawodowych obowiązkach. Pojawia się kluczowa dla filmu kwestia: jak dużo człowieka jest w maszynie i na ile robot może się poczuć przedstawicielem homo sapiens.

Do pewnego momentu twórcom "Ghost in the shell" doskonale udaje się oddać złożoność Miry, która w jednej scenie masakruje kordon zrobotyzowanych zbirów, by w następnym ujęciu subtelnie odkrywać niuanse i niedoskonałości ludzkiego ciała przypadkowo spotkanej kobiety. Gdy jednak Rupert Sanders na pierwszy plan zaczyna coraz śmielej wysuwać wątek przeszłości kobiety-cyborga, nieświadomie spłyca w ten sposób najważniejszy aspekt fabuły, który stanowił o sukcesie animowanej wersji sprzed ponad 20 lat. Mroczny, podszyty solidną akcją thriller sci-fi niebezpiecznie skręca w kierunku nachalnie moralizatorskiego kina, w którym łzawe emocje biorą górę nad wysublimowanymi pomysłami. Tych niestety wyraźnie brakuje szczególnie w finałowej sekwencji.

W "Ghost in the Shell" kluczową kwestią jest wpływ technologii na życie człowieka i sposób, w jaki ten dąży do samodoskonalenia, nawet kosztem utraty kontroli nad otaczającym światem. Pod tym względem amerykański remake ustępuje jednak japońskiej anime z 1995 roku.
W "Ghost in the Shell" kluczową kwestią jest wpływ technologii na życie człowieka i sposób, w jaki ten dąży do samodoskonalenia, nawet kosztem utraty kontroli nad otaczającym światem. Pod tym względem amerykański remake ustępuje jednak japońskiej anime z 1995 roku. mat. prasowe/ UIP
Scenariuszowe uproszczenia oczywiście wzmacniają masowy przekaz filmu, który jest w stanie zaakceptować kinowy laik kuszony zjawiskową Scarlett Johansson i dynamicznym trailerem. I żaden z tych elementów "Ghost in the shell" nie rozczarowuje. Hollywoodzka gwiazda z gracją i dostojnością dźwiga niewygodne brzemię, jakim jest odwzorowanie animowanej postaci. Mira, dzięki Johansson, przekonuje zarówno jako wyrachowana zabójczyni, ale też świetnie sprawdza się w roli kobiecego cyborga z dziecięcą pasją odkrywania choćby najdrobniejszego skrawka otaczającego świata. Starannie waży na ekranie wrażliwość i wybuchową furię. Gdy dodamy do tego nienaganne warunki i umiejętności fizyczne, naprawdę ciężko wytknąć aktorce szczególne uchybienia.

Castingową robotę twórcy filmu wykonali w całości perfekcyjnie. Znakomicie prezentuje się Duńczyk Pilou Asbaek w roli Batou, niczym żywcem wyjęty z japońskiej mangi. Nienagannie postać genialnego naukowca z matczynym instynktem odgrywa Juliete Binoche. Niezwykle charakterystyczny jest też Takeshi Kitano (człowiek-instytucja w japońskiej kinematografii), za którymi bezwiednie wodzimy wzrokiem w oczekiwaniu na każdy kolejny kadr z jego udziałem. A kwestia aktora o zającu i lisie, nawet jeśli nieco tandetna, to z pewnością trafi na szczyt listy najlepiej zapamiętanych scen w filmie.

W filmie Ruperta Sandersa fani animowanego pierwowzoru odnajdą liczne nawiązania do oryginału. Zarówno pod kątem charakteryzacji bohaterów, jak i scenografii, drugoplanowych postaci, wątków fabularnych czy akcentów muzycznych.
W filmie Ruperta Sandersa fani animowanego pierwowzoru odnajdą liczne nawiązania do oryginału. Zarówno pod kątem charakteryzacji bohaterów, jak i scenografii, drugoplanowych postaci, wątków fabularnych czy akcentów muzycznych. mat. prasowe/ UIP
Równie wielkim kunsztem wykazali się spece od efektów specjalnych. Filmowa metropolia, spowita depresyjnym smogiem i jednocześnie utopiona w jaskrawym blasku wszechobecnych neonów, nastręcza niepokojem, podsycając klimat "Ghost in the shell". Twórcom filmu udało się zgrabnie połączyć cybernetyczny mrok zaczerpnięty wprost z obrazu Ridleya Scotta z kiczowatą, przerysowaną stylistyką rodem z japońskich anime. Od wąskich uliczek bije klaustrofobiczna aura, piętrzące się nieporadnie wieżowce, zdające się zaraz runąć pod naporem misternej konstrukcji, powodują zawrót głowy, zaś obskurne nocne kluby potęgują atmosferę brutalnej przemocy. Zawodzą z kolei niestety dość ograniczone i pozbawione kombinatoryki sceny walki z przeciętną choreografią (szczególnie szkoda kapitalnej i kultowej już w wersji anime sceny walki w wodzie na tle równie imponujących, co szkaradnych budowli).

Nie sposób również pominąć niezwykle klimatyczną ścieżkę dźwiękową autorstwa Clinta Mansella, który niejednokrotnie już wynosił ten element filmowy na pierwszy plan. Podobnie jest w "Ghost in the Shell", a wisienkę na torcie stanowi motyw muzyczny Kenji Kawai z 1995 roku (choć, aby go usłyszeć trzeba się solidnie naczekać).

Podobnych nawiązań do japońskiej wersji jest oczywiście znacznie więcej. Począwszy od termoooptycznego kamuflażu, poprzez postaci śmieciarzy, aż po psa rasy basset (choć tym razem w nieco innej roli). To, co jednak znacznie różni dzieło Ruperta Sandersa od anime Mamoru Oshii (warto dodać, że oba filmy są ekranizacjami mangi Masumanego Shirowa) to ciężar fabularny i filozoficzny aspekt filmu. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że amerykańska wersja zrzuciła z siebie sporo kilogramów ważkich kwestii, by lepiej wpasować się w gusta uniwersalnego odbiorcy, dodała aktorom górnolotnych, a przez to pustych emocjonalnie dialogów, a samo zakończenie pozostawia znacznie mniej wątpliwości i niedomówień niż pierwotna adaptacja (trochę za dużo "shell", za mało "ghost").

Nie zmienia to jednak zbyt mocno faktu, że "Ghost in the shell" to co najmniej solidne kino akcji spod szyldu science-fiction, które dostarczy frajdy fanom gatunku i zainteresuje tych, którzy zarówno z sci-fi, jak i z japońskim anime do czynienia zbyt często nie mieli. Warto jednak nadrobić zaległości, choćby w wersji dla leniwych, jaką jest teledysk Wamdue Project do kawałka "King of my castle".

OCENA: 7/10

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (30)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Premiery

23.06.2017 r.

16.06.2017 r.

Zapowiedzi